piątek, 20 listopada 2009

Hagakure

Klasyka gatunku. Nauka umierania. Księga śmierci. Wykładnia bushido. Bla bla bla bla bla.



"Hagakure" 葉隠 czyli "(Zapiski) w cieniu liści". Pozycja niewątpliwie klasyczna i podobnie jak i inne klasyczne pozycje, wliczając misjonarską, raczej nudna. Całość jest zapisem przemyśleń niejakiego Yamamoto Tsunetomo, samuraja służącego rodowi Nabeshima z prowincji Saga. Tsunetomo zdecydował się nie popełnić samobójstwa po śmierci swego daymio, wypełniając tym samym ostatnie życzenie tego ostatniego. Jest to o tyle zabawne, że większość jego opinii zawartych w "Hagakure" w dość kategorycznym tonie zaleca śmierć jako panaceum na wszelkie bolączki i nijak nie dopuszcza choćby cienia wahania. Ba- nasz heros posunął się do uznania 47 roninów za niedoskonałych. Jego zdaniem nie powinni czekać z zemstą tylko uderzyć natychmiast, bez przygotowania i zginąć. Zwlekanie i planowanie, mimo że miało przynieść o wiele lepsze rezultaty, uznał za niegodne prawdziwego bushi. Jego opinie i bajdurzenia o tym jak to wspaniale było w czasach kiedy wszyscy wyrzynali wszystkich i nikt rzekomo nie zastanawiał się czy poświęcenie życia ma sens znalazło zdumiewająco wielu klakierów. Pierwszym był faktyczny autor "Hagakure"- młody wówczas samuraj Tashiro Tsuramoto, który pieczołowicie spisywał wywody swojego bożyszcza.



Co ciekawe książka- całych 11 tomów- pozostawała właściwie nieznana, leżakując w archiwach rodu Nabeshima aż do lat 30-tych XX wieku, do czasu, kiedy wygrzebali ją ideolodzy nowo-powstającego nacjonalizmu, szukający materiałów mogących pomóc im w praniu mózgów rekrutów nowej armii japońskiej. "Hagakure" ze swoją apoteozą bezmyślnego posłuszeństwa, pogardy dla śmierci i idealizowania postaci wojownika (tęsknoty dość zrozumiałej u kogoś, kto miecze miał nosić tylko dla parady a w rzeczywistości był zwykłym urzędnikiem) nadawało się do tego celu idealnie. W budowaniu świadomości nacjonalistów spełniło rolę porównywalną z tą, jaką w Europe odegrał "Mein Kampf". Obecnie "Hagakure" powraca, reklamowane miłośnikom japonizmów jako "najdoskonalsza wykładnia ducha bushido".

Historia niewątpliwie jest kobietą- nie zawsze jest piękna, za to potrafi być piekielnie złośliwa.

czwartek, 19 listopada 2009

Smycz i jej psy

Bushido, uporczywie mitologizowane już od momentu powstania, było niczym innym, jak wyjątkowo skutecznym narzędziem kontrolowania potencjalnie groźnej warstwy społecznej. Przemiana umysłowości całego społeczeństwa dokonała się oczywiście nieprzypadkowo- jest wynikiem celowej, planowej manipulacji której rezultaty- o ironio- obecnie są interpretowane jako autentyczny wyraz duchowości kasty wojowników.

Owi bushi, którzy dość niezgrabnie pojawili się na scenie w czasie wojen Gempei, początkowo nie byli nikim więcej niż pogardzanymi prostakami, burakami upchanymi w sztywne i odporne na uszkodzenia opakowania. Korzystało się z ich pomocy kiedy było to niezbędne, potem zaś odsyłało z powrotem na prowincję, nagradzając (albo i nie) dobrym słowem, czego śladem jest zresztą nazwa samurai, pochodząca od mało chwalebnego terminu saburai określającego tych, którzy służą (w domyśle- szlachetnie urodzonym). Rzeczy zaczęły się komplikować w chwili, kiedy owi w gruncie rzeczy nieskomplikowani ludzi zdali sobie sprawę z prostego faktu- król (bądź cesarz) jest nagi, nie dysponuje tak naprawdę żadną liczącą się siłą a dobra którymi ma być szafarzem są w rzeczywistości "do wzięcia". Pół biedy kiedy administracja państwowa miała dość marchewek i mogła sowicie wynagrodzić poskramianie buntowników. Gorzej, kiedy wraz z rozwijającym się niedomaganiem administracji- problemami ze ściąganiem czy choćby naliczeniem podatków- pojawiły się pustki w skarbcu i okazało się że państwo jako organizacja nie ma masom zbrojnych do zaoferowania zupełnie i absolutnie niczego, ba- staje się jedynie sztywną i coraz bardziej pijącą w tłuściutkie boczki ramą. Nie trzeba było długo czekać na pierwszego "wyzwoliciela" który pod pretekstem chronienia majestatu sięgnął po władzę. Jeszcze mniej czasu zajęło lokalnym pankom postawienie sobie pytania "zaraz, skoro jemu się udało to dlaczego ja mam nie spróbować ?". Od tego momentu Japonia stała się krajem nieustannych przetasowań, przebiegających w znajomej atmosferze wszechobecnej podejrzliwości. Kiedy szło o władzę, wszelkie związki międzyludzkie szły w kąt. Ojcowie mordowali synów, ci odwzajemniali się im tym samym. Truto, duszono, gwałcono, kamienowano, słowem- robiono wszystko co tylko się da byle tylko dopchać się do koryta lub przy nim utrzymać. Sukces bądź porażka w dużej mierze zależały od tego czy i na jak długo dany przywódca potrafił sobie zapewnić poparcie mas którymi miał kierować. Lojalność była towarem wysoce cenionym, ale nieczęsto spotykanym i prawie nigdy nie bezinteresownym. Było to więcej niż niewygodne dla każdego przywódcy, niezależnie od poziomu na którym musiał pełnić swoją rolę. Trudno się więc dziwić, że w interesie każdego, kto wspiął się po drabinie nad głowy innych było wpojenie znajdującym się pod nim, że ich pozycja jest nie tylko słuszna i zgodna z wolą bogów, ale że ich świętym obowiązkiem- ba, pragnieniem- jest wspieranie zwierzchnika. Absolutna, bezgraniczna i ślepa lojalność, wpajana była coraz silniej wraz z krystalizowaniem się struktury zależności feudalnych. Ostateczne skodyfikowana- jakżeby inaczej- na wyraźne zapotrzebowanie policyjnego reżimu Tokugawów i pod jego nadzorem, już po stu latach pokoju stała się legendą. Ten fragment totalitarnej propagandy przetrwał upadek shogunatu i przewijał się w historii Japonii przez różnego rodzaju konstrukcje ideologiczne zawsze, kiedy w grę wchodziło uzyskanie psiego posłuszeństwa.

Smycz która przetrzymała śmierć tak psa, jak i jego pana.

niedziela, 15 listopada 2009

Bez tytułu IV

Co za cholera ? Przez dobrych piętnaście minut stałem patrząc pod światło na zawartość szklanki. To że chwilę wcześniej obudziłem się nijak nie poprawiało moich zdolności analitycznych, podobnie jak i nie robiła im najlepiej ziębiąca w bose stopy podłoga. Im bardziej byłem przytomny tym mniej wierzyłem własnym oczom. To, co właśnie ciekło z kranu i chlupało w naczyniu nijak nie chciało przypominać wody. No dobrze- było z grubsza rzecz ujmując mokre, ale jeśli wziąć pod uwagę kolor i konsystencję bliżej temu było do krwawej Marry. Gdyby jeszcze smak... niestety, jeśli o niego idzie rzeczy miały się o wiele gorzej. Niestety- bo pierwszym co zrobiłem po zwleczeniu się na dół i dobrnięciu na półślepo do kranu było napicie się. Drugim co zrobiłem było wyjątkowo dynamiczne pozbycie się zawartości jamy ustnej połączone z próbą uniknięcia równie dynamicznego pozbycia się zawartości całej reszty układu pokarmowego. Smakowało toto jak mieszanka zakisłego końskiego moczu i pozostałości po płukaniu zardzewiałych kotłów w jakiejś fabryce. Nie żartownisiu, nie próbowałem. To tylko wyobraźnia podsuwa mi takie połączenie. W każdym razie zawartością szklanki była paskudna, rdzawa breja. Koszmarna pobudka, wymuszająca wyrobienie miesięcznej normy mycia zębów w ciągu pięciu minut. Szorowałem je bodaj trzy razy... no, może cztery. W łbie kołatał mi złośliwie przyczepiony obrazek studni ze snu. Może dlatego że z moją było coś nie tak ? Zdążyłem o tym pomyśleć i zamarłem. Zaraz, skoro myję zęby, woda w łazience jest zdatna do użytku, to znaczy że ani chybi coś nie tak z kranem w kuchni. Wytarłem usta ręcznikiem i poczłapałem sprawdzić. Przekręciłem kurek nad zlewozmywakiem. Woda która popłynęła z kranu była chłodna i jak na warunki polskie krystalicznie wręcz czysta. Niedobrze. Miałem nieodparte wrażenie że ktoś na górze uparł się żeby robić mi od rana głupie kawały. Spokojnie. Bez nerwów. Wdech, wydech... Może nie do końca się obudziłem ? Niemożliwe żebym ciągle się mylił i spijał wodę z pędzli czy kamieni szlifierskich. Pogapiłem się jeszcze przez chwilę, zakręciłem wodę i poszedłem włożyć coś na tyłek.

piątek, 16 października 2009

Bez tytułu III

Podobno zdarzają się takie seryjne sny. Weź choćby Magdę- tej śni się zawsze to samo miasteczko, w miasteczku ci sami ludzie którzy, kiedy przez dłuższy czas nie zdarza jej się śnić o tym miejscu, dopytują czemu tak dawno jej nie było. W sumie nie miałbym nic przeciwko temu żeby NIEKTÓRE z moich snów powtarzały się choćby i co noc, ale- litości, nie te w których oglądam zrujnowaną i przysypaną śniegiem budę. Tym razem widziałem ją z perspektywy ścieżki biegnącej z doliny aż do świątynnej bramy. Niewielki dziedzińczyk czy raczej kawałek z grubsza wyrównanego terenu porośniętego rachityczną trawą z niewielką studnią pośrodku. We śnie czułem nieodpartą chęć zajrzenia do studni. Powoli podszedłem do niej, pochyliłem się żeby odsunąć deski którymi jakaś pobożna dusza zakryła otwór i oczywiście- jak to we śnie- usłyszałem hałas za plecami. Oczywiście- jak to we śnie odwróciłem się i oczywiście gówno zobaczyłem. Obudziłem się zanim zdążyłem cokolwiek zauważyć i przez chwilę tępo wpatrywałem się w swoje włochate kulasy, sterczące ze sterty pracowicie rozkopanej pościeli. Sen zostawił po sobie dziwne, chociaż znajome uczucie że zapomniałem o czymś ważnym, o istotnej i pewnie niezbędnej informacji która błąka się gdzieś z tyłu czaszki. Pisarze żywiący złudzenia co do swojego talentu piszą zwykle w takich sytuacjach o czubku języka ale nie mając tego rodzaju aspiracji deleguję tą część ciała do może mniej ambitnych za to o wiele przyjemniejszych zastosowań. Jak by nie było przez kilka kolejnych dni nie mogłem pozbyć się z głowy obrazu tamtej chwili. Prostuję się, obracam i … ciemność widzę. Coś... cholera wie co.

Zalałem herbatę. Pierwsza, poranna dawka cukru. Sącząc gorącą breję tępo wgapiałem się w wyłączony ekran monitora drapiąc się... jak każdy świeżo obudzony facet. Siedziałem tak do chwili kiedy do moich zaspanych kubków smakowych nie dotarło że coś tu kurde jest nie tak. Pewnie cierpliwie wysyłały tą informację do mózgu przez jakiś czas ale sam wiesz jak jest nad ranem. Synapsy mają wychodne, coś tam nie działa, coś nie przewodzi. Koniec końców zanim zareagowałem byłem w połowie kubka. Patrzyłem na niego, obracałem w ustach językiem i nie do końca pewien co z tym fantem zrobić. Herbata, zamiast jak zwykle zaciągać z lekka bergamotką, jechała zdecydowanie nieherbacianym metalicznym posmakiem, na dobitkę była niezbyt klarowna. Pamiętam że posądzałem się o użycie przez pomyłkę kubka w którym moczyłem szmatkę do wycierania miecza w trakcie pracy. Wtedy jeszcze mogłem wierzyć w tego rodzaju nieskomplikowane uzasadnienia. Świat przestał być prosty odrobinę później.

Miecz powoli „przeglądał na oczy”. Jasne- o efektach metalurgicznych czy chociażby rozpoznaniu hady ciągle jeszcze nie mogło być mowy, ale większość powierzchni była wyprowadzona. Rdza i czarny nalot zniknęły, stal świeciła matowym, niebieskawym poblaskiem. Całość zaczynała z grubsza wyglądać jak zwykła, zdrowa klinga po wstępnym szlifie. No dobrze, był jeden wyjątek. Jakieś trzy palce od habaki ostrze pozostawało wyraźnie wyszczerbione. Płaskie, podłużne, trzymilimetrowe ukruszenie. Tak naprawdę było ono przyczyną mojego pierwszego szlifierskiego dylematu: czy działać zachowawczo, zostawić ubytek nieruszony, czy też zaryzykować zmianę proporcji ostrza i zwęzić je na całej długości. Ponieważ nie widziałem granic hamonu, miecz był niesygnowany i nie nosił wyraźnych cech żadnej ze szkół, poruszałbym się kompletnie na oślep, ryzykując kompletne zniszczenie głowni. Wybrałem opcję zachowawczą.

wtorek, 13 października 2009

Bez tytułu II

Przeczucie ? Jakie tam przeczucie, czego ? To życie a nie jakiś pieprzony film. Po prostu sen jakich wiele. W każdym razie jeśli chodzi o szlif dalej ciągnąłem tą beznadziejną robotę, heblując kawałek zardzewiałego żelastwa jak pies sukę. Szlif, tradycyjny, japoński szlif, nawet w idealnych warunkach nie jest łatwy a te w których ja zaczynałem... no cóż, idealne nie były. Żadnego stołu, żadnego odpływu, żadnej bieżącej wody. Szara, kwadratowa miska z PCV, kilka kamieni których szanujący się togishi nawet by nie dotknął i to w sumie już, cały setup mojego warsztatu. No dobrze- trochę- TROCHĘ wiedzy i mnóstwo zapału. Wspominałem o pierwszej dziewczynie ? No właśnie. Wszystko było „oh-jakie-nowe”, „oh-jakie-japońskie” i „oh-jakie-wspaniałe”. Nie mam zielonego pojęcia jakim cudem od razu na początku nie dostałem tężca czy jakiejś innej cholery. Rdza, woda, lato i, jak się okazało, piekielnie ostry kawałek metalu. Okazało się w dość paskudny sposób- kciuk goił się trzy miesiące a bliznę na knykciu prawej dłoni mam do dziś, bo w ranę wdał się jakich cholerny grzyb i dopiero spirytus na zmianę z rivanolem połączone z wycinaniem tego co swędziało nożykiem do tapet go wybiły.

Na domiar złego stal z której wykuto to cholerstwo była, ujmując rzecz delikatnie: dziwna. To że rdzewiała w oczach było w jakiś sposób zrozumiałe. Rudy piaskowe, dużo zanieczyszczeń, wysokowęglowa stal. Dosypać sody do wody używanej przy szlifie i będzie dużo lepiej- przynajmniej jeśli chodzi o rdzewienie, bo taka mieszanka wysusza z kolei skórę tak, że po ledwie dwu godzinach pracy robi się błyszcząca i cienka jak na dłoniach staruszków a niedługo później pęka tworząc drobne ranki w każdym najdrobniejszym zagięciu. Szlifowanie w lateksowych rękawiczkach nie wchodziło w grę, a twarze pań w aptece gdzie kupowałem wazelinę z każdą kolejną wizytą mówiły coraz więcej o ich opinii na temat moich upodobań. Jak by nie było sam fakt rdzewienia to jeszcze nic. Wspominają o nim wszyscy togishi, wzmiankują wszystkie podręczniki, słowem: jest to coś czego należy się spodziewać. O wiele gorsze było to, że ostrze zamiast pokrywać się zwykłym rdzawym nomen-omen nalotem, robiło się najpierw zielonkawe. Stal ? Zieleniejąca pod wpływem wody jak jakaś cholerna miedź ? Tego jeszcze nie grali.

Oczywiście na początku szło mi jak krew z nosa. Plecy, ręce, nogi, pośladki- po godzinie pracy całe ciało zaczynało drętwieć i boleć. W przerwach zagrzebywałem się w ikonografię. Co ? Że nie wyglądam ? No popatrz... a jednak. Dawno temu, kiedy zrozumiałem że kariera naukowa składa się w dużej mierze z lizania starych i mało apetycznych zadów, ku rozpaczy rodziców rzuciłem ambitne plany w kąt i wziąłem się za grafikę. Mimo to ciągle, może z przekory a może z nawyku, zajmowałem się historią kultury. Kiedy minęło mi zniesmaczenie po niesławnym zamknięciu studiów doktoranckich miałem tak dość starej Europy, że wziąłem się za symbolikę dalekiego wschodu. To była terra incognita. O ile symbole europejskie czytałem instynktownie, były dla mnie językiem o wiele bardziej naturalny niż polszczyzna, o tyle symbole Tybetu czy Japonii okazały się być klockami łamigłówki której zasad zupełnie nie znałem. Słowa, gesty, kolory, układy i wzajemne powiązania... nic nie pasowało do niczego. Wycierałem ręce, co na dobrą sprawę było tylko czczą pantomimą bo czarny osad wraz z zapachem metalu wgryzał się w skórę i siadałem do kolejnych emanacji, kręgów świata diamentowego, mudr, mantr, inkantacji.

Po jednej z takich nasiadówek po raz pierwszy złapałem się na próbie cofnięcia błędu w szlifie gestem naciskania klawiszy Ctrl+Z. Głupota. Drobnostka. Rzecz która przydarza się każdemu pracującemu z komputerami, automatyczne i odruchowe przeniesienie zachowania które jest czymś normalnym w ciągu 8 godzin codziennej pańszczyzny. Sęk w tym, że w tej chwili nie siedziałem przy komputerze. Najpierw roześmiałem się jak głupi a potem spojrzałem na swoją dłoń. Wyprostowane palce mały i wskazujący. Podkurczony serdeczny i środkowy. Kciuk odwiedziony w bok. Gest odegnania zła. Tarjana. Abhayamudra. „Koza” z tradycji Słowian. Ręka Fatimy. Święta piątka. Khamsa.

Niech smutek nie przekroczy przez tą bramę
Niech zmarwienie nie zagości w tych murach
Niech nie ma tu sporów
Niech ten dom pozostanie wypełniony błogosławieństwem radości i pokoju

czwartek, 8 października 2009

Kiedy robi się mokro

Opowiadania opowiadaniami ale nie ma to jak kawałek historycznego mięsa. Drugi post dzisiejszej nocy więc nie będę się rozpisywał. Za oknem leje, ja wypiłem ponad dziesięć herbat- będzie o ochronie przed wilgocią.

Nihonto z natury nie przepadają za wodą. Ten kto dotknął kiedyś paluchem powierzchni ostrza ze stali węglowej (lub ma znajomych nie potrafiących trzymać łap przy sobie) ten wie, jak błyskawicznie potrafi ona rdzewieć. Po 10 minutach od dotknięcia zmiany wymagają polerowania uchiko a czasem wręcz powtórzenia ostatnich stadiów szlifu. Niestety, samurajowie nie mieli wpływu na warunki pogodowe w jakich przychodziło im się przemieszczać a od edyktów Dai-sho katana no Sunpo oyobi tohats futsumoh no Sei (1645) wręcz nie wolno im było paradować bez mieczy.

Najprostszym sposobem zabezpieczenia miecza przed wilgocią było opatulenie go różnego rodzaju pokrowcami, wykonywanymi z bawełny bądź jedwabiu. Te okrywające saya nie są szczególnie pasjonujące, o wiele ciekawszym wynalazkiem były "czapeczki" nakładane na tsukę. Ponieważ nie były noszone w czasie służby, nie podlegały restrykcjom formalnym, dlatego bardzo często zdobiono je możliwie bogato, zwykle dodatkowo umieszczając na nich mon właściciela miecza.



Ilustracja zamieszczona dzięki uprzejmości p. Kena Hoonjan z firmy Dragon Dance Japanese Antiques http://www.trocadero.com/dragondance

Jeszcze inną formą były czysto użytkowe "prezerwatywy" nakładane na tsukę i ciasno wiązane tak, by umożliwiać pewny uchwyt i użycie miecza w razie potrzeby, bez konieczności bawienia się w odplątywanie sznureczków. Rękojeść miecza wyglądała wtedy właściwie identycznie jak rękojeści współczesnych fukuroshinai.



Ilustracja zamieszczona dzięki uprzejmości p. Kena Hoonjan z firmy Dragon Dance Japanese Antiques http://www.trocadero.com/dragondance

Ważniejsze osobistości nie odbywały podróży konno czy nawet pieszo, a w palankinach w których z powodu ciasnoty noszenie ceremonialnych tachi czy katan było niemożliwe. Miecze umieszczano w dość charakterystycznych, cylindrycznych tubach i powierzano giermkom idącym za palankinem. Większość z tych pojemników była bogato zdobiona- świetnym przykładem jest bogato zdobiony egzemplarz z British Museum (na fotce poniżej). Okres Momoyama, laka, maki-e złotem, inkrustacje macicą perłową na podkładzie drewnianym.

środa, 7 października 2009

Bez tytułu I

Pierwsze zmiany były zupełnie niezauważalne. Musiały być. Koniec końców trudno oczekiwać żeby woda czerpana ze starej, zapuszczonej studni zawsze była krystalicznie czysta, zwłaszcza kiedy pompa działa jak chce a o żadnych filtrach nie może być mowy. Nic czym tak naprawdę warto by się przejmować. Odrobinę bardziej żółtawe zabarwienie, na dobrą sprawę widoczne dopiero wtedy kiedy postawi się obok szklanki z kranówką i butelkowaną wodą mineralną. Jasne- zwariowane pańcie z zakrętką na punkcie zdrowego trybu życia czy ich metroseksualne odpowiedniki z pewnością kręciłyby nosem ale nie dajmy się zwariować- nikt kto w dzieciństwie pił wodę z ulicznych pomp nie będzie przejmował się tego rodzaju pierdołami. Zwłaszcza pijąc lurowatą herbatę której gatunek tak czy tak nie ma znaczenia. Liczy się wyłącznie ilość cukru.

Czekaj, zapalę fajkę.

To było pierwsze doświadczenie. Pierwsze zauroczenie. Dawka próbna. Podobno w przypadku narkotyków dają ją darmo. Nie wiem- nie mam doświadczeń z narkotykami, ale jeśli chodzi o nihonto w kraju kwitnącego kartofla to dupa zbita. Klinga przyjechała z Osaki. Zapakowana w folię bąbelkową i kilka arkuszy codziennej gazety. Zardzewiała, skazana na godny pożałowania los przedmiotów nieprzydatnych. Nie potrafię powiedzieć czemu w ogóle zdecydowałem się ją wylicytować. Podejrzewam że tak sprzedawca- siedzący w Japonii Francuz handlujący japońskimi antykami, jak i wszyscy oglądający aukcję musieli stukać się w głowę widząc wariata gotowego płacić za kawał złomu. Jak by nie było- trafiła do mnie.

Zabierałem się do niej równie niezdarnie co nastolatek do pierwszej dziewczyny w życiu. Wbrew radom kolegów którzy polecali potraktować trupa drucianą szczotką, albo co najmniej arato, zdejmowałem rdzę kamieniami których normalnie używa się do polerowania. Powoli, strasznie mozolnie, centymetr po centymetrze. Najpierw zeszła luźna, czerwona rdza. Później pokłady czarnych, nieaktywnych tlenków, tworzące matową, tłustą powłokę. Wreszcie po tygodniu chechłania zaczęła przezierać zimna, niebieskawa stal.

Chyba wtedy po raz pierwszy przyśniła mi się mała, zrujnowana świątynia na przełęczy rodem z filmów Kurosawy. Dziurawy dach, sterty naniesionego wiatrem śniegu pod ścianami, przechylona na jedną stronę tori. Malowniczy obraz nędzy i rozpaczy, z wiatrem wczuwającym się w rolę i wyjącym niemiłosiernie. Blada grań trędowatego kamienia, kępy suchej trawy sterczące spod śniegu. Ot- mało znaczący obrazek. Jeśli zajmujesz się wszystkim co japońskie zbyt długo, nie dziw się że potem tłuką ci się po łbie krajobrazy nijak nie pasujące do gryki i dzięcieliny.

CDN

wtorek, 29 września 2009

Nie baw się synku żołnierzami...

Jednym z moich mniej szkodliwych nałogów jest zbieranie figurek. Kiedyś były to wiadra (bez przenośni, trzy duże, 12 litrowe wiadra) plastikowych żołnierzyków, potem armie do różnych systemów bitewnych, teraz- zbierające kurz figurki gromadzone pod pretekstem zabawy w modelarstwo (bo starym prykom nie przystoi bawić się czymś tak niepoważnym jak plastikowi żołnierze). Jedną z ostatnio upolowanych na Allegro jest figurka mająca przedstawiać Date Masamune.

Masamune urodził się 5 września 1567 roku. Jako dziecko zachorował na ospę, która zniekształciła jego twarz. Według jednej z legend jego prawe oko zwisało z oczodołu. Kiedy jeden z doradców ojca Masamune zwrócił chłopakowi uwagę na to, że w walce przeciwnik może szarpnąć za nie i dzięki temu uzyskać przewagę, Masamune odciął bądź wyłupał oko. Oczodół zakrywał opaską do której przymocowana była tsuba. Od tego czasu zaczęto go nazywać dokuganryū (独眼竜)- jednookim smokiem. Przydomek został zapożyczony z- jakże by inaczej- historiografii chińskiej. Pierwotnie nosił go chiński generał z IX wieku, Li Keyong.



Młody Masamune w żadnym razie nie był pupilkiem swoich rodziców, czemu właściwie trudno się dziwić- kalectwo nie było cechą szczególnie pożądaną. Jakkolwiek by nie było, już w wieku 14 lat poprowadził pierwszą kampanię wojskową (kampania przeciwko rodowi Soma z roku 1581). W 1584 jego ojciec, Terumune, abdykował na jego rzecz. Niedługo po tym senior został poproszony o mediację pomiędzy Date Masamune a głową tradycyjnie wrogiego rodu Hatakeyama Yoshitsugu. Mediacja była konieczna głównie z powodu dość... gwałtownego temperamentu jednookiego, który mimo młodego wieku wsławił się już kilkoma dość spektakularnymi (nawet jak na tamtą epokę) rzeziami. Niestety- Yoshitsugu wpadł na wyjątkowo zły pomysł- chciał posłużyć się Terumune jako zakładnikiem i wymusić ustępstwa. Sama idea pozornie miała jakieś szanse powodzenia. szacunek dla rodziców był koniec końców jedną z głównych cnót propagowanych przez konfucjanizm, sęk w tym że Masamune nie był szczególnie kochającym synem. Według niektórych historyków jako 16 latek przymusił ojca do abdykacji, uprzedzając nominację na głowę rodu własnego brata- faworyta matki. Tego ostatniego wyeliminował podmieniając dania po otrzymaniu wiadomości że życzliwa mamusia chciała struć kalekiego narwańca. Matka widząc że jej plan obrócił się przeciwko niej uciekła do swoich rodziców i na dobre zniknęła ze sceny. Wracając do nieudolnej próby porwania: jakiekolwiek emocje nie wchodziły w grę, suche fakty mówią same za siebie. Większość porywaczy zginęła nad rzeką Abukuma od salw "grupy ratunkowej", która "mimochodem" pozbawiła też życia Terumune. Od tego momentu aż do 1589 Date Masamune, już jako niekwestionowany przywódca rodu, walczył- jako "szlachetny mściciel", nieledwie wcielenie wszystkich cnót samurajskich- z koalicją rodów Hatakeyama, Soma i Ashina, w ostatecznym rozrachunku wychodząc z konfrontacji zwycięsko, w ostatniej bitwie- pod Suriageharą- wyrzynając wojska Ashina i biorąc w ciągu jednego popołudnia prawie 2500 głów.



Niestety większość portretów z epoki jest bezczelnie pochlebcza- nie znalazłem ani jednego który pokazywałby daymio bez oka. Współczesny, konny pomnik Date Masamune stojący w założonym przez niego mieście Sendai (©Yasufumi Nishi/© JNTO).


Rok póżniej- w 1590- ród Date został wciągnięty w wir polityki na najwyższym (co w odniesieniu do Japonii może być stwierdzeniem odrobinę złośliwym) szczeblu. Oto prowadzący kampanię przeciwko rodzinie Hojo Hideyoshi "poprosił" Masamune o wzięcie udziału w oblężeniu zamku w Odawara. Masamune ociągał się na tyle długo, że rozwścieczył Hideyoshiego. Kiedy wreszcie pojawił się przed- było nie było działającym z namaszczenia samego cesarza- zwierzchnikiem, był ubrany w białe, pogrzebowe szaty, czym dał do zrozumienia że jest gotów śmiercią zapłacić za zniewagę. Jego spokój i opanowanie sprawiły że Toyotomi miał tylko mruknąć: "Ten może się nam jeszcze na coś przydać ".

Oczywiście Hideyoshi nie zapomniał zniewagi (wszyscy wielcy tych czasów byli czarująco pamiętliwi) i nie tylko zmniejszył lenno Masamune, które tamten powiększał w trakcie wieloletnich wojen z sąsiadami, ale też od tej pory traktował go z nieufnością. W 1595 próbowano wmieszać go w spisek Toyotomi Hidetsugu- uniknął poważniejszej kary wyłącznie dzięki wstawiennictwu Ieyasu Tokugawy, któremu odpłacił poparciem zarówno w wojnie 1600 roku, jak i w kolejnych kampaniach. W ostatniej z nich- 1615, przeciwko Osace- stary smok po raz ostatni pokazał zęby. Kiedy oddziały jednego z sojuszników zbyt ospale nacierały, Date "zmotywował je" kilkoma salwami w plecy. Według kronikarzy- podziałało.

Date był jedynym z japońskich daymio tej epoki który zdobył się na próbę wykorzystania szans jakie dawała współpraca z europejczykami. Z jego inicjatywy, korzystając z doświadczeń zachodnich szkutników, zbudowano pełnomorski statek, którym została wysłana pierwsza japońska misja dyplomatyczna do Europy. Odwiedziła ona min. dwór papieski i mimo że rezultaty jej działalności okazały się być dość mizerne, w Hiszpanii do dziś żyją potomkowie japońskich chrześcijan, którzy zdecydowali się szukać tam ucieczki przed prześladowaniami.



Papież Grzegorz XIII przyjmuje Hasekurę Tsunengaga, posła Date Masamune. Obraz powstały grubo po fakcie, około 1655. Jak się nie ma co się lubi... Warto zwrócić uwagę na to jak włoski malarz przedstawił kimona i fryzury członków delegacji.


Wracając do samej figurki, czy, dmąc w poważniejszą tubę, do tego jak wyglądała zbroja Date Masamune- jest ona bardzo charakterystyczna i dość łatwa do rozpoznania. Date to nie tylko "jednooki smok", ale też "człowiek z bananem" (na hełmie nosił ozdobę w kształcie złotego łuku księżyca). Również zbroja którą nosił- bardzo charakterystyczny i nowoczesny typ, nazywany yukinoshita-do, powstały w prowincji Sagami, w warsztacie Yukinoshity Denshichirô Hisaie około 1573. Są to bardzo praktyczne konstrukcje, na ile to możliwe pozbawione skomplikowanego sznurowania, co za tym idzie tańsze i prostsze w produkcji i utrzymaniu. Masamune uzbroił całą swoją armię w zbroje tego typu.

Uparty, nieobliczalny, pamiętliwy i wściekle wytrwały Masamune był człowiekiem którego powszechnie szanowano i któremu równie powszechnie nie dowierzano. Jego najsłynniejszą maksymą było hasło:

"Praworządność bez umiaru staje się rygoryzmem, życzliwość bez umiaru- słabością".

Zmarł spokojnie w 1636 roku, jako jeden z najpotężniejszych ludzi w Japonii.

środa, 23 września 2009

I kompletnie stracił głowę...

Przemoc- zwłaszcza kiedy zajmują się nią większe grupy ludzi- mimo wielu niewątpliwych zalet ma jedną, za to dość poważną wadę. Jest mianowicie z natury dość... chaotyczna. W trakcie spędzania czasu na niefrasobliwym dekompletowaniu ciał bliźnich dość łatwo stracić z oczu główny cel jakiemu - przynajmniej w teorii- owa zabawa powinna być podporządkowana. W większości przypadków było nim osiąganie pewnych korzyści, im bardziej wymiernych tym lepiej. W Europie całą rzecz rozwiązano przy pomocy okupów i kodeksu honorowego regulującego warunki na jakich można było spieniężyć pokonanego delikwenta. W przypadku Japończyków sprawa wyglądała nieco inaczej: nagrody za pełnienie służby rozdzielane były tylko i wyłącznie przez bezpośredniego suwerena. Służba wojownika polegała na likwidowaniu wrogów a że japońscy panowie feudalni nie należeli do osób naiwnych, naturalną koleją rzeczy domagali się dowodów efektywności działań swoich podwładnych. Próbowano różnych systemów- podpisywano strzały, toczono imienne pojedynki ale wszystko to było zbyt skomplikowane i niewygodne żeby mogło działać, zwłaszcza że zdarzało się, że trafiony wojownik wyciągał z rany strzałę i wystrzeliwał ją w stronę nieprzyjaciela, czasem osiągając lepsze rezultaty niż jej pierwotny właściciel. Sprawę rozwiązywał zwyczaj poświadczania biegłości w pozbawianiu bliźnich życia przy pomocy kolekcjonowania ich głów. Odcinano je sobie nawzajem zarówno podczas bitwy jak i po zakończeniu działań. Trofea przekazywano giermkom bądź wiązano do siodeł (głowy znamienitszych postaci po prawej stronie, mniej ważnych po lewej). Po skończonej walce następowała ceremonia oglądania głów. Była ona na tyle ważna że już pod koniec XIV wieku podręczniki etykiety wojskowej (buke kojitsu) opisywały w jaki sposób ceremonia "oceny głów" (kubi jikken) czy "konfrontacji twarzą w twarz" (taimen) powinna przebiegać. Zwykle odbywała się ona w miejscu chronionym (na wypadek gdyby ocalałym niedobitkom przyszło na myśl odzyskanie głów towarzyszy broni), bardzo często na terenie pobliskich świątyń. Bezpośrednio przed inspekcją głowy myto i czesano. Często zadanie to powierzano kobietom- wyjątek z pamiętnika Oan, córki bushi, jednej ze służących w zamku Ogaki opowiadający o wydarzeniach związanych z bitwą pod Sekigahara:

"Razem z matką, żonami i córkami innych sług, odlewałyśmy pociski w zamku. W tym samym miejscu przechowywane były odcięte głowy zdobyte przez naszych sojuszników. Do każdej z nich doczepialiśmy notkę by można je było zidentyfikować, po czym kilkukrotnie czerniłyśmy jej zęby (...) Nawet te odcięte głowy przestały mnie przerażać, przywykłam do nich tak że mimo iż byłam cała przesiąknięta ich odorem spałam spokojnie " (cytat za S. Turbull, Warriors of Mediaeval Japan )

Rany twarzy maskowano pastą z mączki ryżowej i makijażem, zęby czerniono. Wojownicy zbierali się na ceremonię w pełnym rynsztunku bojowym (na znak szacunku dla pokonanych wrogów). Głowy mniej znaczących przeciwników wieszano "grupami" i wódz dokonujący przeglądu nie zsiadał nawet z konia by je obejrzeć. Jeśli chodzi o znakomitości- ich głowy przynoszono pojedynczo. Wojownik który zdobył trofeum klęcząc stawiał postument (rodzaj deski z kolcem który wbijano w szyję) na ziemi, chwytał prawą ręką za włosy a lewą podtrzymywał kark. Należało pamiętać by "wzrok" zmarłego skierowany był na lewo od osoby oglądającej trofeum. Po dokonanej prezentacji głowy zwracano rodzinom zabitych bądź wieszano na pokaz przy bramach miejskich czy w miejscach kaźni. Ważnym elementem etykiety, o którym zresztą wspomniał Tokugawa Ieyasu oglądając głowę Kimura Shigenariego, było spalanie kadzideł w kopule własnego hełmu- w razie przegranej bitwy i ... utraty głowy był to niewątpliwie miły gest w stronę przyszłych widzów. Sposób eksponowania ciał tak wrogów jak i skazańców to odrębny temat także tym razem daruję sobie omawianie wszelkich możliwych wariantów.

Co ciekawe głowy kolekcjonowano nie tylko po to by przypodobać się ziemskim feudałom- znany jest choćby przypadek, niejakiego Obusumy Saburo (późny XIII wiek), który ofiarowywał głowy pokonanych przeciwników bóstwom opiekuńczym wojowników. Nie inaczej zachowywał się sam Yoritomo.

Oczywiście dążenie do zdobycia możliwie cennego trofeum stało w jaskrawej sprzeczności z jakimkolwiek planowaniem akcji bojowych, stąd od XIV wieku coraz częściej słyszy się głosy poszczególnych dowódców zabraniających swoim podwładnym tego rodzaju praktyk. Jakkolwiek nie było gest utrzymał się bardzo długo- ostatnie przypadki buntori ("brania swego udziału") jak nazywano polowania na głowy to epizody z czasów II wojny światowej.

środa, 16 września 2009

Hebanowe... zęby

Współczesnym Japonkom z pewnością nie można odmówić uroku- drobne, wielkookie, świergotliwe, z krzywymi nogami i zębami pięcioletniego wielbiciela cukierków, na dodatek takiego któremu złośliwi koledzy podkładają zamiast nich kamyki. Podobno część winy za ten stan rzeczy ponoszą ichni producenci pasty do zębów, którzy w trosce o wrażenia klientów mają do swojego produktu dodawać... cukru. Trudno powiedzieć jak jest w rzeczywistości, jedno pozostaje poza wszelką wątpliwością- jeśli chodzi o podejście do wyglądu tej części ciała kanony piękna obowiązujące japońskie piękności nigdy nie pokrywały się z tymi które obowiązywały w Europie. Śnieżnobiałe uśmiechy ? Ząbki jak perełki ? Obrzydliwość jakiej świat nie widział. Ba- na dobitkę rozpusta. Publiczne pokazywanie jakichkolwiek części ciała związanych z tabu- nie tylko krwi ale również i kości uznawane było za obnoszenie się z nieczystością, gest równie wulgarny co w Europie smarowanie się łajnem. Obnoszenie się z obrzydliwością. Najprostszym sposobem uniknięcia gorszenia innych było przysłanianie ust wachlarzem, rękawem bądź- z braku tychże- wyprostowaną dłonią. Uroczy i bardzo charakterystyczny gest który pozostaje w użyciu do dziś. Oczywiście nie był to jedyny środek zapobiegawczy. Żeby nie sprawiać przykrości postronnym już w epoce Heian zaczęto barwić zęby na czarno, ukrywając tym samym ich "wulgarną" biel.



Kitagawa Utamaro, jeden z drzeworytów należących do serii "Szkice kobiet", przedstawiający kobietę czerniącą zęby. Oczywiście rysunek nie ma wiele wspólnego z realiami japońskiego antyku i pokazuje rzeczywistość epoki Edo- artysta żył od 1754 roku do 1806.

Sama procedura (nazywana ohaguro) z pewnością nie zaliczała się ani do prostych ani do przyjemnych. Najpierw należało przygotować miksturę- utartą w moździerzu gęstą papkę z tlenków żelaza. Potem nałożyć ją na zęby i czekać... dwadzieścia- czterdzieści minut aby zęby pokryły się równomierną warstwą nalotu, który oprócz tego, że nadawał im upragniony, czarny kolor, to stanowił warstwę ochronną, podobną do tej, jaka powstaje na zębach osób żujących betel. Oczywiście damy dworu- jak na szanujące się kobiety przystało- tak ten, jak i wszystkie inne zabiegi toaletowe wykonywały grupowo, a że nie do pomyślenia było zachowanie milczenia przez tak monstrualnie długi okres czasu radziły sobie jak mogły, próbując gwarzyć nie ruszając przy tym ustami. Efekty akustyczne musiały być wyjątkowo osobliwe, skoro nawet Sei Shonagon wpisała głos, jaki wydaje się z siebie podczas czernienia zębów na listę rzeczy obrzydliwych. Cóż- bycie piękną nigdy nie było łatwe. Jak nietrudno się domyśleć procedurę należało co jakiś czas powtarzać, jako że po tygodniu- dwóch piękna czerń zębów ustępowała miejsca szarości albo wręcz- o zgrozo- obrzydliwej, wulgarnej bieli. Czernione zęby były jednym z niezmiennych elementów wizerunku osób dbających o swój wygląd, nie tylko kobiet ale i mężczyzn, aż do reform epoki Meji, kiedy to zwyczaj uznano za staromodny i nieprzystający do nowowprowadzanych kanonów. Patrząc na efekty działania słodkich past do zębów- mimo wszystko żal.

piątek, 11 września 2009

Skośnooki kupidyn

Japoński amor nijak nie przypomina tłustego gołodupca z greckiej mitologii. Nazywa się Aizen. Nie, nie chodzi o Aizen Soosuke z Bleach. Aizen Myo- jak sam przydomek mówi- jest jednym z królów mądrości czy- jak wolą Chińczycy- królów światła, chociaż nie zalicza się go do "wielkiej piątki". Jest- podobnie jak opisywani wcześniej Nio czy Fudo Myoo- zaliczany do vajradara i ujmując rzecz delikatnie nie wygląda szczególnie przyjaźnie. Zmarszczona twarz (na domiar złego z dodatkowym okiem umieszczonym pionowo pośrodku czoła), zmierzwione włosy, łeb lwa zamiast nakrycia głowy, krwistoczerwone ciało, łuk i strzała w dłoniach, słowem: aparycja kojarząca się raczej z solidnym mordobiciem niż z miłością. Jak większość bóstw buddyjskich, zwłaszcza tych związanych z buddyzmem ezoterycznym, również i to pochodzi z Indii, gdzie znany był pod imieniem Ragaraja. Aizen jest bóstwem żądzy i miłosnych uniesień, tym, który sprawia że ulegają one przekształceniu we współczucie obejmujące wszystkie istoty żywe. Jako taki uznawany był za patrona prostytutek, śpiewaków, muzyków i -z zupełnie nieznanych mi powodów- najemców.



Przedstawiany jest zwykle siedzący na kwiecie lotosu, z trzema parami rąk w których trzyma kolejno łuk i strzałę, vajrę i dzwon, wreszcie kwiat lotosu i pustą pięść. Ta ostatnia w rzeczywistości ma służyć jako wolna przestrzeń w którą adept może "włożyć" dowolny obiekt, w zależności od tego jaki cel ma spełniać jego medytacja. O symbolice vajry i dzwonu było w poprzednim poście.

Łuk i strzała są symbolem oznakami najwyższego autorytetu, panowania (w tym przypadku nad pasjami) ale także atrybutami męskości. Według niektórych przekazów Aizen niszczy przy ich pomocy iluzję, odpędzając demony, podobnie jak robił to Fudo używając miecza. Skrzywiona twarz bóstwa nie ma być oznaką gniewu, ale stanu najwyższej pasji, momentu w którym uniesienie zostaje przeistoczone we współczucie. Podobnie rzecz wygląda jeśli chodzi o nietypowy kolor ciała. Jak pisał mnich Ichijo (884-947), "Skóra Aizen-o jest tak naprawdę biała, ale ponieważ współczuje on wszystkim żyjącym istotom, a jego współczucie jest tak silne że rozrywa jego kości tak że łzy współczucia płyną z całego jego ciała, tak że skóra staje się czerwona".



Drzeworyt przedstawiający Ragaraja, Hidenobu Tosa, 1783

Co ciekawe obu Mio (Fudo i Aizen) przedstawia się dość często razem. Mają wówczas wyrażać koncepcje tożsamości samsary i nirwany w przypadku Fudo (nirwana nie jest odrębną rzeczywistością ale prawdziwym i obrazem świata narodzin i śmierci) i tej w myśl której nieczystości są składnikiem oświecenia w przypadku Aizena (stan bodhi osiąga się nie przez zniszczenie pragnień, ale przez ich uwolnienie i przemianie w czystą energię oświeconego umysłu). Nietrudno zrozumieć dlaczego uznaje się ich za dwie uzupełniające się nawzajem emanacje buddy kosmicznego- Dainichi nyorai, stanowiące odpowiedniki dwu rzeczywistości: diamentowej czyli świata umysłu (Fudo Myo) i rzeczywistości macierzyńskiego łona- świata powietrza, wody, ognia, ziemi i formy (Aizen Myo). Dwie emanacje tego samego buddy, dwie koncepcje przedstawienia aspektów rzeczywistości i dwa obrazy wchodzące zwyczajowo w skład typowo japońskiej mandali "bliźniaczej"- Ryokai.

sobota, 5 września 2009

Vajra

Zdarzyło mi się wspomnieć o tym przedmiocie kilka razy- wypadałoby wyjaśnić o co tak naprawdę chodzi. Pierwotnie była jednym z atrybutów Indry- hinduskiego króla bogów, gromowładnego władcy nieba. Stworzona z kości ascety Dadhichi które ten dobrowolnie ofiarował, wiedząc że tylko broń z takiego materiału może zapewnić bogom zwycięstwo nad Vritrą. W czasie tej walki miała łączyć właściwości włóczni, miecza i maczugi.



Wyobrażenie Indry trzymającego vajrę. Płaskorzeźba z Phnom Kulen w Kambodży, IX wiek.

Trudno powiedzieć w którym momencie nastąpiło dość naturalne utożsamienie broni Indry z piorunem, faktem jest że sama nazwa w sanskrycie oznacza "niezniszczalny" czy "niewzruszony". Nazwa tybetańska- dorje- znaczy zarówno "piorun" jak i "szlachetny kamień"- nie diament, jak najczęściej się przyjmuje, ale przedmiot wychodzący zwycięsko z konfrontacji z każdą inną substancją, wieczny i niezmienny, lśniący odbitym blaskiem i pociągający mających szansę oglądania go. Sam przedmiot- rytualna vajra- składa się z kilku części z których każda ma oczywiście znaczenie symboliczne.



Vajra o dziewięciu kłach. Przedmioty tego typu można znaleźć w każdym sklepie z orientaliami na świecie.

W centrum znajduje się kula- symbol nietrwałości, pustki namacalnej rzeczywistości (Kū, 空). Po każdej stronie znajdują się po trzy pierścienie symbolizujące trzy cechy natury buddy- pustkę, niepodzielność i brak wysiłku. Z nich wyrastają po dwa ośmiopłatkowe kwiaty lotosu- dolny wyobraża ośmiu bothisatwów, górny- ich osiem żeńskich odpowiedników czy partnerek (jakkolwiek nieadekwatne nie byłoby to słowo). 16 płatków to 16 rodzajów pustki. Nad lotosami znajdują się kolejne trzy pierścienie (łącznie sześć)- symbolizujących sześć doskonałych cnót- cierpliwości, hojności, dyscypliny, starania, cierpliwości i medytacji. Z nich wychodzą głowy makar (rodzaj dość pokracznego skrzyżowania ryby z krokodylem bądź słoniem, mającego symbolizować unię przeciwieństw), będące podstawą dla wieńczących całość promieni. W najczęściej spotykanej postaci jest ich pięć (cztery wychodzące z głów makar i jeden centralny), choć oczywiście zdarzają się inne warianty. Ich znaczenie może być różne- pięciu buddów i ich pięć żeńskich odpowiedników, pięć zmysłów- ilość interpretacji jest zbyt duża by wymienić wszystkie. Centralny promień bywa zakończony czworobocznym ostrosłupem- symbolem świętej góry Meru. Promienie mogą być rozwarte- i wówczas mamy do czynienia z vajrą "agresywną"- bronią lub stykać się wierzchołkami. Legenda głosi że Siakhamuni wziął broń Indry i sprawił że jej groźne kły zamknęły się w znaną obecnie kulistą formę. Otwarta forma jest bronią istot których zadaniem jest nie tyle bezmyślna przemoc, co raczej wymierzanie sprawiedliwości. Zamknięta- narzędziem tych które kierują się współczuciem.

piątek, 4 września 2009

Om, Um, mhmmm...

"Jam jest Alfa i Omega, początek i koniec". Brzmi nieco pompatycznie ale jako slogan reklamowy niewątpliwie ma pewną siłę przekonywania. W przypadku wierzeń japońskich pojęcia alfy i omegi należałoby wprawdzie zastąpić odpowiednio nazwami "ah" i "n", ale wymowa symboliczna pozostaje taka sama. Początek i koniec, narodziny i śmierć, początek i koniec świata- dwa punkty graniczne pomiędzy którymi zawierają się wszystkie możliwości. Pełnia doznań, odczuć, mądrości. Wszystkie te pojęcia mają swoje odpowiedniki ikonograficzne, których wizerunki stały się- paradoksalnie w całkowitym oddzieleniu od sfery znaczeniowej- jednymi z bardziej znanych przykładów sztuki japońskiej. Mowa o Nioo- postaciach muskularnych, pomalowanych na czerwono strażników bram w świątyniach buddyjskich.



Postać jednego z Nioo (sądząc po zaciśniętych ustach Ungyō 吽形) ze świątynii Fudoin w Hiroshimie. ©JNTO

Wyglądają niemal jak bliźniacy (bez aluzji politycznych, rzeźby japońskie bywają straszne ale nie aż tak), jedyną cechą która wyraźnie ich różni jest to, że jeden ma usta otwarte jak do krzyku (Agyō 阿形 ) podczas gdy drugi- zaciśnięte w kreskę (Ungyō 吽形). Układ ust ma odpowiadać temu jaki przybierają podczas wypowiadania liter "ah" i "un". Z pewnością obu uważa się- podobnie jak wspomnianego wcześniej Fudo Myoo- za Vajradara "trzymających vajrę" (co można też przetłumaczyć jako "władający piorunem"). Vajra to pierwotnie rodzaj broni obuchowej która z czasem straciła właściwości użytkowe i stała się przedmiotem kultowym. Symbolizuje zarówno niepohamowaną siłę pioruna, jak i właściwości diamentu który przecina wszystko ale nie może być przecięty. Jako posługujący się nią Nioo są więc postaciami zdolnymi do niszczenia ignorancji, istotami mogącymi dopomóc adeptom na drodze do oświecenia. Zdarzyło mi się spotkać interpretację według której jeden ze strażników (nazywanych też "życzliwymi królami") ma symbolizować siłę aktywną, działającą podczas gdy drugi- pasywną, uśpioną. Sama koncepcja umieszczania na filarach bramy lub w ich okolicach postaci ludzkich nie jest oczywiście ani nowa, ani oryginalna. W sztuce hinduskiej nazywane są one dvarapala (strażnikami wrót) i zwykle funkcję tą pełnią bóstwa bądź emanacje bóstw, symbolizujące dwa uzupełniające się przeciwieństwa.



Inne wyobrażenie, tym razem Agyō ze świątynii Rin-nouji, Nitenmon. W prawym ręku wyraźnie widoczna dość nietypowa wajra (zamiast pięciu "szponów" z każdej strony ma tylko jeden) ©Yasufumi Nishi©JNTO


Czasem postaci ludzkich strażników zastępują dwa wizerunki chińskich lwów- shishi (jeden- samica- ma wówczas pysk otwarty, drugi- zamknięty).

Japońscy Nioo uważani są za emanacje Dainichi Nyorai- kosmicznego buddy symbolizującego między innymi zenit, pełnię wiedzy czyli właśnie wszystko to, co zawiera się pomiędzy "ah" i "un". Jego mudra, z pięcioma palcami (pięcioma żywiołami) obejmującymi palec wskazujący drugiej ręki (oczyszczoną czy przebudzoną świadomością) jest również interpretowana jako symbol aktu płciowego- było nie było również pełni wynikającej z połączenia przeciwieństw. Jego innym symbolem jest przedstawienie vajry i dzwonu...

Sumując- jak zwykle kiedy za coś się biorę zaczęło się od wzniosłych idei, a skończyło na dupie. Ot- moja droga od "ah" do "un".

czwartek, 3 września 2009

Dany boy...

Wśród praktyków sztuk walki z którymi zdarzyło mi się rozmawiać, spotkałem bardzo wielu "zbieraczy danów". Ten stopień tu, egzamin tam, kolejny ówdzie- zamiana miejsc w hierarchii, kolorowe szarfy czy pasy, sifu, sensei, sempai, kyu i dany. Przyznam że tego rodzaju "filatelistyka" nigdy nie pociągała mnie jakoś szczególnie i nie z racji uprzedzenia do poddawania się ocenie- jest we mnie co najmniej tyle samo z konia wyścigowego co w każdym innym przedstawicielu homo sapiens.

Żeby wyjaśnić moje podejście muszę cofnąć się do pojęć podstawowych, leżących u samych fundamentów sztuk walki. Bardzo ważnym było dla mnie zrozumienie wpływu, jaki miał sposób postrzegania upływu czasu na kształt systemów treningowych i samych sztuk walki. Dla nas oczywistym jest, że czas jest jednym z wymiarów rzeczywistości, który można wyobrazić sobie jako prostą, biegnącą od punktu leżącego gdzieś w okolicy fenomenu nazywanego umownie wielkim wybuchem , aż po bliżej niezidentyfikowaną przyszłość. W takim ujęciu ewolucja każdej z dziedzin wiedzy czy umiejętności, nie wyłączając sztuk walki, jest stopniowym udoskonalaniem- pojawiają się nowe techniki, stare ulegają sublimacji bądź- co nieuchronne w przypadku technik nieskutecznych- zapomnieniu.

W tradycji japońskiej funkcjonuje zupełnie inne rozumienie czasu. Oto u początku właściwie każdej dziedziny życia (wliczając religię i filozofię) znajduje się objawienie- bezpośredni kontakt z absolutem, ze źródłem. Wszystko co następuje po nim jest w naturalny sposób mniej doskonałe, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę wpływ mappo (czyli ery w której prawo ulega degeneracji). Najwłaściwszą byłaby analogia z rzeką, której woda najczystsza jest u źródła, później zaś ulega stopniowemu zabrudzeniu. Termin "ryu" najczęściej tłumaczy się jako "szkoła", choć w rzeczywistości bardziej pasuje tu słowo "nurt" (wraz z wszystkimi jego "wodnymi" konotacjami). Każde ryu jest rzeką, która łączy przeszłość z teraźniejszością. Nowinki czy modernizacje dopuszczalne są wyłącznie wtedy, gdy są rezultatem objawienia tenshin shoden- niebiańskiej prawdy. To właśnie taka wizja rzeczywistości skłaniała praktyków sztuk walki do pozornie bezcelowych medytacji i postów. Co ważne- wyniki objawienia nie zawsze muszą być praktyczne, natomiast zawsze muszą pozostawać w ramach zakreślonych przez założyciela szkoły- w innym przypadku nowa gałąź oddala się zbyt daleko od pierwotnego przekazu i staje się wynaturzeniem (zwykle w ten sposób powstaje nowa szkoła). Nowe interpretacje czy metody treningowe mogą być bardziej efektywne, przynosić więcej korzyści- ale niosą ze sobą nieuchronnie oderwanie od oryginalnego, pierwotnego przekazu.

Wracając do niezbyt przeze mnie lubianego systemu stopni w szkołach sztuk walki- pierwotnie, w tradycyjnych szkołach walki po prostu nie istniał. Owszem- był system licencji menkyo (免許) wywodzący się z Chin i wzorowany na systemie funkcjonującym w ramach struktur dworu i administracji państwowej. Pojawił się on w Japonii około VIII wieku. Każdy z adeptów po zakończeniu pewnego etapu szkolenia otrzymywał od nauczyciela certyfikat. Pierwszy z nich- okuiri- dosłownie "wejście w sekret"- można było otrzymać najwcześniej po spędzeniu czterech do ośmiu lat na codziennych treningach. Jego otrzymanie oznaczało tak naprawdę że dany adept został uznany za godnego rozpoczęcia właściwej nauki. Drugi- mokuroku (w dwu stopniach, sho- i go-) czyli "rejestr"- oznacza wpisanie ucznia do ksiąg i rejestrów szkoły i uznanie za jednego z jej pełnoprawnych adeptów. Jego wręczenie następowało po kolejnych ośmiu- piętnastu latach. Ostatni etap to menkyo- "licencja" którą adept otrzymuje po upływie od kilkunastu do dwudziestu paru lat. Oznacza ona, że został uznany przez głowę szkoły za godnego prowadzenia zajęć i posługiwania się jej imieniem. Na dobrą sprawę to wszystko (poza drobnym rozróżnieniem na menkyo i kaidan menkyo)- początkujący, pełnoprawni uczniowie i mistrzowie.

System kyu/dan wprowadzony został około roku 1883 przez Kano Jigoro, "ojca" judo na potrzeby tworzonego wówczas przez niego sportowego systemu treningowego judo, ale tak naprawdę wywodzi się z dziedziny życie nie mającej szczególnie wiele wspólnego ze sztukami walki. Podział na stopnie kyu i dan pojawił się po raz pierwszy jako system klasyfikacji graczy w go, grę będącą jedną z pasji społeczeństwa japońskiego epoki Edo. Honinbo Dosaku, zawodowy gracz, stworzył system rang i odpowiadających im "forów" jakie należy dawać przeciwnikom- amatorom w grze w zależności od stopni, żeby pozostawała ona choć trochę ciekawa dla obu stron. Ponieważ system ten porządkował hierarchię i pozwalał na dość łatwą orientację, został bardzo szybko zaadoptowany przez różnej maści szkoły- od ikebany po te zajmujące się nauką ceremonii herbacianej.

Czy system kyu/dan jest zły ? Nie wiem. Przy moim żałośnie małym zasobie wiedzy na ten temat jedyne co mogę powiedzieć to to, że jest to system hierarchii o niekoniecznie najchwalebniejszej genezie i nie mający nic wspólnego z filozofią i tradycją szkoleniową koryu.

czwartek, 27 sierpnia 2009

Lanie wody

Spytajcie kogokolwiek o symbol Azji- złoto przeciw orzeszkom że wymieni smoka. Japoński tatuaż ? Oczywiście, smok. Miecz ? Oprawa "w smoki", jakżeby inaczej. Kapcie ? Szlafroki ? Piórniki ? Wszystko, czego dusza zapragnie, z prezerwatywami włącznie. Już sama popularność motywu onieśmiela, ale tak czy owak chyba nie da się uciec od jego omówienia. Pomalutku, po kawałeczku jakoś się trzeba będzie przez tego giganta przepchać- jest zbyt ważny i zbyt zagnieżdżony w świadomości żeby można go było ot tak, po prostu przemilczeć.



Nie, mówienie o smoku- prezerwatywie nie było przenośnią. Swoją drogą nie da się temu odmówić pozorów sensu- skoro toto ma sobie radzić z dziewicami. Roar- roar, babe...


O tym że Europejskie smoki nie mają najlepszej prasy nie trzeba przypominać. Czy winne są temu ich ekscentryczne upodobania kulinarne, czy pozostałości wierzeń utożsamiających gady z grzechem - to w gruncie rzeczy nieistotne. Jakkolwiek by nie było, uznaje się je za istoty niewątpliwie potężne, imponujące i w jakich sposób godne respektu, ale zdecydowanie złowrogie. W kulturach wschodu smok pełni całkowicie odmienną funkcję. W japońskich opowieściach smok jest niewątpliwie istotą potężną i majestatyczną, ale bardzo rzadko wrogą. Symbol wody, władca burz i piorunów o dość gwałtownym temperamencie, to w gruncie rzeczy stwór dobroduszny.



Rzeźba przedstawiająca smoka jako władcę wód, burz i błyskawic. Wizerunek o tyle nietypowy, że uskrzydlony. Brama światyni Engaku, ©Yasufumi Nishi/© JNTO


Smoki należą do rodziny nagów- mitycznych, półboskich istot wywodzących się z mitologii indyjskiej, posiadających cechy ludzkie i gadzie. Są nierozerwalnie związane z żywiołem wody- mają być królami wszelkich żyjących w niej stworzeń, władcami i patronami czterech oceanów. Podobnie jak w przypadku setek innych japońskich symboli geneza "smoczej" ikonografii związana jest w ten czy inny sposób z Chinami i nie uległa jakimś radykalnym przemianom podczas importu.

Seledynowy smok jest jednym z czterech symboli stron świata. Jego domena to wschód, a żywioł- drewno, bądź (rzadziej) woda. Jego odwiecznym wrogiem jest czerwony feniks- zwierzę symbolizujące południe i związane z żywiołem wody. Para ta należy do yang, podczas gdy biały tygrys (zachód, metal) i czarny żółw (północ, woda). Para smok i feniks to odpowiednio symbole cesarza i cesarzowej. Dwa żywioły czy dwa zwierzęta będące w opozycji (ogień i woda bądź ogień i drewno) tworzą w tym przypadku jedność, pełnię.



Piękny przykład klasycznego wizerunku smoka w interpretacji rzeźby "japońskiego baroku"- dekoracje pawilonów w Nikko ©JNTO.

Japońskie smoki, w przeciwieństwie do swoich kuzynów z innych stron świata, są zwykle całkowicie pozbawione skrzydeł. W swojej naturalnej postaci (posiadają zdolność zmiany kształtu i często przeistaczają się w brodatych starców) smok ma ciało węża, głowę wielbłąda, rogi jelenia, oczy sarny, łuski smoka, szpony orła i pazury tygrysa. Liczba szponów jest powodem dość ożywionej dyskusji. Otóż tak Chińczycy jak i Koreańczycy twierdzą, że im bardziej oryginalny i czcigodny smok, tym więcej ma pazurów. Te pochodzące z Chin zwykle mają ich cztery, oprócz smoka cesarskiego który ma ich pięć. Koreańczycy dyskretnie bo dyskretnie (nie bardzo mogli sobie pozwolić na bezpośrednie obrażanie sąsiada) wymalowywali w pałacach swoich królów smoki z siedmioma pazurami. Japoński smok ma ledwie trzy szpony (powraca jak echo liczba trzy związana z symboliką solarną i symbolami władzy) i skoro już symbol funkcjonował w tej postaci przez parę stuleci, to jakoś trzeba było z tej biedy wybrnąć. Japończycy z właściwym sobie kreatywnym podejściem do historii zaczęli lansować tezę odwrotną do tej znanej z kontynentu, czyli twierdzić, że im bliżej miejsca powstania motywu, tym mniej szponów. Spór przypomina trochę wojny o sposób jedzenia jaj z opowieści Jonathana Swifta, choć oczywiście są uczeni gotowi do przelania krwi ostatniej kropli z żył w obronie swojej wizji pochodzenia i genealogii motywu.



Smok w dość typowej dla siebie roli wierzchowca. Drzeworyt Kunisady II, około roku 1860


Ilu szponów by nie miał, smok zwykle przedstawiany jest z kulistym przedmiotem w jednej z łap. Ten przedmiot to słynna relikwia buddyjska (oczywiście motyw jest o wiele starszy i pochodzi z tradycji hinduistycznej, gdzie związany był z postaciami Shivy i Ganeshy). Wygląda jak płonąca czy płomienista perła i oprócz tego, że bardzo często pojawia się w przedstawieniach smoków, jest jednym z atrybutów Avalokiteśvary i Jizo (Ksitigarbhy jeśli kto woli). Nazywa się nyoi-shu (如意珠). Klejnot ten- jak mówią legendy- ma moc spełniania dowolnych życzeń swego posiadacza. Co ciekawe w tradycji centralnej Azji związany jest on nie tylko z wizerunkami smoka, co konia-wiatru (według innych przekładów nazw tybetańskich i chińskich rzecznego konia bądź wręcz smoczego konia), mającego być ni mniej ni więcej tylko stworzonym na potrzeby rytuałów szamanistycznych wyobrażeniem duszy człowieka. Nie ma sensu cytować wszystkich teorii A. Baileya z "Caves of the sun", wystarczy wspomnieć o nierozerwalnych związkach konia jako symbolu z żywiołem wody. Niezależnie od tego które zwierze jest "nosicielem" klejnotu- czy będzie to smok, czy koń, czy wreszcie postać taka jak będąca wcieleniem Avalokiteśvary bogini miłosierdzia Kannon (przedstawiana zresztą jako jadąca na smoku bądź też - w innym wariancie ikonograficznym- z głową konia), pojawienie się tego symbolu wydaje się być zawsze powiązane z wodą. Po raz kolejny odczytując symbolikę japońską docieramy do tego samego punktu, tego samego przekazu: osiągnięcie nadludzkich możliwości, spełnienie życzeń czy osiągnięcie doskonałości możliwe jest dopiero po oczyszczeniu, które zwykle dokonuje się przez wodę.

Na początek chyba wystarczy- noc już się kończy a mi zostało jeszcze niemało pracy.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

I jeszcze raz w zaświaty...

Po napisaniu poprzedniego tekstu po raz kolejny obejrzałem "Spirited away". Cały film jest przede wszystkim opowieścią o... podróży do świata duchów. Główny bohaterka trafia tam po przekroczeniu (czy raczej: przejechaniu obok) tradycyjnej torii- bramy będącej przejściem i znakiem granicznym pomiędzy światem ludzi i bogów. Jej rodzice nieświadomie łamią jedno z ważniejszych tabu i jedzą pokarm ofiarny, tym samym kalając zarówno jego jak i siebie. Po jego zjedzeniu stają się częścią rzeczywistości w której się znaleźli, ale jako ci, którzy zanieczyścili ofiary zostają zamienieni w zwierzęta będące symbolami nieczystości- świnie. Z kolei sama Chichiro po przekroczeniu granicy i zapadnięciu nocy stopniowo staje się coraz bardziej przezroczysta, nierealna. Jej fizyczne ciało nie może istnieć w zaświatach. Ratunkiem jest dla niej spożycie choć jednego ziarna pokarmu pochodzącego ze świata w którym się znalazła. W poprzednim poście wspomniałem o imionach jako elemencie tożsamości- rzeczywiście w filmie pełnią one bardzo ważną funkcję. W japońskich rytuałach przejścia- czy to dojrzewania, zaślubin czy też najważniejszym ze wszystkich rytuale pogrzebowym zamknięcie każdego kolejnego etapu wiązało się ze zmianą imienia. W przypadku zmarłych- czyli tych którzy mogli stać się kami- zmiana imienia miała zapewnić spokój temu który odszedł, sprawić że nie będzie niepokojony przez żywych, wymieniających imię do którego przywykł. Każda z postaci w świecie kami pozostaje pozbawiona swojego imienia. Jest pozbawiona tożsamości nie tylko przez wspomniane wcześniej "skalanie", ale również przez kradzież imienia. Chichiro, Haku... Przestępstwem do której Haku zostaje zmuszony przez Jubabę jest kradzież pieczęci hanko jej siostry, Zeniby. Trzeba przyznać że z punktu widzenia europejczyka to wyjątkowo mizerne przestępstwo, ale warto pamiętać że w kulturach wschodu pieczęć do dziś stanowi sygnaturę ważniejszą i często bardziej osobistą od odręcznego podpisu. Zbrodnią smoka jest więc nie tyle błaha próba kradzieży przedmiotu, co zawładnięcia imieniem- a więc i tożsamością- czarownicy. Ot- kolejny drobny klocek w układance...

niedziela, 23 sierpnia 2009

W krainie kami

Jeśli wierzyć feministkom faceci dojrzewają przez pierwszych 14 lat życiach, później już jedynie rosną. Mam z tą maksymą pewien problem- z jednej strony sugeruje ona obciążenie niedojrzałością, z drugiej- jest być może jedyną moją szansą na zakwalifikowanie się w poczet 100% samców. Ot- traf chciał, rzeczywiście nie bardzo wyrosłem z zabawek. Te ulubione nie są już co prawda już pokryte kudłami (przynajmniej jeśli chodzi o 99% powierzchni ciała) ale ciągle, mimo wspomnieniom nauk mamusi że miejsce zabawek jest na półce, nie mogę się oprzeć pokusie ciągnięcia ich do łóżka. Jak każde, nawet nieco przeterminowane dziecko przepadam też za bajkami (czego pochodną jest w pewnym sensie niniejszy blog). Jedną z tych do których lubię wracać jest film Miyazakiego "Spirited Away". Pamiętam że kiedy oglądałem ją pierwszy raz, przywalił mnie ilością symboli i warstw znaczeniowych upchanych w czymś co w kulturze zachodniej wkłada się do szufladki z napisem "historyjki dla dzieci". Szczególnie długo dokuczała mi scena w której Haku pod postacią smoka walczy z chmurą papierowych ludzików. Przeczuwałem że nie mogą to być "ot tak" przypadkowe figurki ale nie mając żadnego rozeznania w symbolice japońskiej nie znajdowałem żadnego punktu zaczepienia dla odczytania tego obrazu.



Co ciekawe już sama nazwa tych laleczek mówi wiele. Ta najpopularniejsza- hitogata (人形) składa się z dwu znaków, oznaczające odpowiednio "człowieka" (hito) i "kształt" (kata), ale w okresie Muromachi używano również innej- katashiro (形代), co oznacza "kształt zastępczy". W praktykach magicznych i religijnych każda reprezentacja danej osoby jest potencjalnie nośnikiem ducha (tamashii) i jako taka może z powodzeniem stanowić zastępnik samej osoby. Mechanizm ten znany jest wielu kulturom- wystarczy przypomnieć złowrogie praktyki magiczne europejskiego renesansu czy obawę przedstawicieli ludów prymitywnych przed skradzeniem części duszy przez fotografa. Japońskie papierowe figurki ludzkie używane są w shintoistycznych rytuałach oczyszczenia. Jako że wycina się je kilkoma prostymi ruchami i pozbawione cech indywidualnych, piszę się na nich własne imię, czasem wiek a potarcie laleczką hitogata ciała sprawia, że przechodzą na nią wszystkie grzechy, skalania, "nieczystości", które muszą zostać zmyte. Oznaczenie imieniem wiąże lalkę z konkretną osobą- jak w historii stworzenia człowieka wspomnianej w "The Pillow Book" przez Greenewaya dopiero z zapisaniem imienia na wizerunku akt stworzenia zostaje dokonany, a dwa różne sposoby reprezentacji, materialna reprezentacja ciała i związany ze sferą ducha znak tworzą nową jakość- człowieka.

"Kiedy bóg stworzył pierwszy gliniany model człowieka, namalował oczy... usta... płeć. Potem namalował każdemu jego imię, by człowiek nigdy go nie zapomniał [...]"

Podczas rytuału odbywającego się zwykle w okolicach połowy roku wrzuca się je do wody- strumienia bądź przyświątynnej studni w której dokonuje się rytualnych ablucji, co ma zapewnić oczyszczenie z grzechów na kolejną połowę roku.

Wróćmy do filmu Miyazakiego. Pozbawiona własnego imienia- a więc w pewien sposób niekompletna, będąca nie do końca człowiekiem główna bohaterka uwięziona jest w gigantycznej łaźni, w której różnego rodzaju kami oczyszczają się po pobycie w świecie ludzi z wszelkiego brudów jakimi zostali w nim skalani.



W męczącej mnie przez parę lat scenie Haku, wracając do łaźni w postaci smoka, zostaje okaleczony przez setki hitogata, symbolicznych przedstawień zrzucanego przez ludzi brudu. W gruncie rzeczy wymowa tej sceny jest powtórzeniem przy pomocy nieco innych środków przekazu ze sceny w której Sen pomaga w oczyszczeniu z - tym razem materialnych- śmieci innego smoka. W obu przypadkach smok jest oczywiście symbolicznym przedstawieniem rzeki, skalanej tak dosłownie, jak i w sensie metafizycznym przez ludzi i w obu rozpoznanie prawdziwej natury rzeczy i zjawisk możliwe jest dopiero po oczyszczeniu obserwatora i przedmiotu obserwacji. Nic dziwnego że takiej właśnie transformacji i oczyszczeniu ulega zresztą sama Sen, która dopiero po tym zabiegu i dzięki niemu jest w stanie przejrzeć iluzję, równocześnie odzyskując własną tożsamość i uwalniając rodziców.

Oczywiście laleczki hitogata były wykorzystywane również do innych celów- były akcesoriami czarnej magii i magii miłosnej ale opowieść o tym należy do całkowicie innej bajki.

wtorek, 18 sierpnia 2009

Głuchota bogów

Bądźmy szczerzy- bóstwa nigdy nie były szczególnie skore do zajmowania się śmiertelnikami. Pół biedy kiedy ci gotowi byli rżnąć setkami woły czy dziewice- na tym etapie rozwoju ludzkości nieśmiertelnym, jeśli wierzyć legendom, jakoś łatwiej przychodziło oderwanie się od "M jak miłość", odłożenie gazety i kiwnięcie paluchem w sprawie tego czy innego petenta. Niestety- z czasem przestało im się chcieć słuchać modłów i cuda przestały być tak spektakularne jak w złotym wieku (być może przyczynił się do tego fakt wyginięcia legendarnych dziewic). Ot- w sam raz tyle żeby się nie przemęczyć i nie dać parchom zapomnieć o sobie. Wskrzeszenie dzieciątka tu, przywrócenie wzroku tam- i już, starczy, cieszyć się i bić pokłony. Większość nacji podeszła do życzeń swoich bogów z pokorą, ograniczając sie do cichszej lub głośniejszej modlitwy i śpiewów. Co ciekawe instrumenty perkusyjne i spora część dętych zostały wykluczone z liturgii czemu trudno doprawdy się dziwić- mało kto lubi być budzony z dobrze zasłużonej drzemki dzikimi hałasami, toteż bicie w dzwony, strzały z armat, terkotanie grzechotkami i bicie w bębny zostawiono na okoliczność odstraszania demonów. Oczywiście Japończycy- jak zwykle- wiedzieli lepiej i nie dość że jak wszystkie inne nacje pokalane buddyzmem używają różnego kalibru bębnów w liturgiach, to jeszcze wprowadzili inny irytujący zwyczaj czyli klaskanie w dłonie- kashiwade.

Wywodzi sie on jeszcze ze starożytności, kiedy to było gestem oddania czci czy szacunku. Nihongi wspomina że kiedy cesarzowa zasiadała na tronie, minister z szacunkiem klaskał w dłonie- trudno powiedzieć czy czcząc w niej małżonkę boga na ziemi czy też władczynię (zwykle zresztą- w przypadku choćby Fujiwarów- będącą jego własną córką). Ilość klaśnięć może być różna. Najczęściej klaszcze się dwa razy ale dla uhonorowania szczególnie ważnych bóstw (jak choćby Amaterasu) liczbę tą podwaja się, chociaż w niektórych rytuałach zdarza się ponad trzydzieści klaśnięć pod rząd.

Zdaniem antropologów sam gest ma wiele wspólnego ze zwykłym i wspólnym dla wszystkich kultur modlitewnym złożeniem dłoni, wywodzącym się z niewolniczego oddawania rąk "pod sznur". W przypadku rytualnego klaskania owa wiernopoddańcza czołobitność przybiera cechy natręctwa czy wręcz mściwej złośliwości- odgłos składanych rąk ma wybudzić bóstwo z letargu i sprawić że zwróci ono uwagę na uporczywego suplikanta (stąd klaszcze się po złożeniu ofiary a przed modlitwą- nigdy po). Nie wiem jak zachowują się wybudzone z drzemki kami ale sądząc po ilości kataklizmów nawiedzających Japonię potrafią właściwie ocenić namolność swoich wyznawców.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Wakacje

Od 8 do 16- go... pierwsze od długiego czasu i już skończone. Pora wracać do pisania

środa, 5 sierpnia 2009

Mono no aware

Podobno każdy człowiek w pewnym wieku ma w szafie trupa. Ja mam ich kilka. Leżą spokojnie na stojaku, oczyszczone z powierzchniowych zabrudzeń, zabezpieczone i w większości martwe. Stare, zniszczone miecze- według pompatycznej ideologii stworzonej na potrzeby totalitarnej dyktatury Tokugawów dusze kilku pokoleń dawno spalonych Japończyków, według większości ich twardo stojących na nogach rodaków- nie wart złamanego grosza złom bez widoków na jakąkolwiek przyszłość. W gruncie rzeczy są dość żałosne, ale nie da się zaprzeczyć że między innymi dlatego wpisują się idealnie w ramy pewnego XIX wiecznego pojęcia które w ciągu ostatnich stu lat zrobiło niesamowitą karierę.

Japonia nie miała szczęścia (czy raczej nieszczęścia) do teorii sztuki. W ramach pismach poświęconych zagadnieniom sztuki nigdy nie doszło do rozważań dotyczących statusu artysty, jego roli w społeczeństwie, przez długi czas nie zajmowano się nawet doprecyzowaniem terminologii związanej z estetyką, uznając ją za oczywistą. Pierwszymi którzy podjęli próby zdefiniowania unikalnych cech japońskiej kultury była grupa uczonych i poetów która poświęciła się kokugakushu- (dosł. studiom nad starożytnością- w domyśle oczywiście japońską). Grupa ta, poszukując czystych i nieskażonych źródeł tradycji na których można by oprzeć ideologię narodową, odrzucała dominujące wówczas wzorce promowanego przez reżim neokonfucjanizmu. Co zabawne za takie "czyste źródło" uznali oni poezję epoki Heinan, a więc czasu, kiedy damy dworu pisały "nie znajduję w tym niczego pięknego ale skoro Chińczycy piszą że jest to urocze to musi tak być". Jakkolwiek by nie było, w ideologii kokugakushu pojawiła się koncepcja mówiąca że "prawdziwe serce" (w rozumieniu ducha narodowego) ujawni się i okaże w całej wspaniałości kiedy zniszczone zostanie "chińskie serce"- synonim szkodliwego oddziaływania tysiącletnich wpływów z kontynentu.

Według głównego ideologa grupy- Motoori Norinagi- unikalność japońskiego myślenia o świecie miała polegać na zdolności do bezpośredniego odbierania i odczuwania istoty rzeczywistości bez konieczności posługiwania się w czasie tego procesu mediami takimi język. W zetknięciu z przedmiotami (mono) i zjawiskami Japończycy mieli być w stanie odczuć ich piękno skontrastowane z przemijalnością i zostać "poruszeni" czy "zachwyceni" (co nie jest może najdoskonalszym tłumaczeniem terminu aware ale na potrzeby zwykłego blogu powinno z powodzeniem wystarczyć). Cały termin- mono no aware- to opis odczucia będącego mieszanką podziwu dla piękna i smutku wynikającego ze świadomości jego przemijalności. Mimo że określenie jest dość późne, przyjęło się jako termin idealnie ujmujący nastrój i postawę właściwą bohaterom Genji Monogatari czy nastojowi poezji ze zbioru "Manyoshu". Podobnie jak pojęcia takie jak "smutek" czy "piękno" łatwiej chyba odczuć jego znaczenie niż je wyjaśnić. Haiku wielkiego Basho...

***
Letnie trawy
to wszystko co zostało
ze snów wojowników


... i o pół tysiąclecia starszy poemat otwierający Heike monogatari:

Dźwięk dzwonów świątyni Gion
jest echem nietrwałości wszechrzeczy.
Kolor kwiatów na rozdwojonych pniach
obwieszcza że rozkwit jest zwiastunem upadku.
Ten kto jest dumny nie pozostaje takim na długo
jest jak przemijający sen wiosennej nocy.
Ten kto jest dzielny w końcu zostanie zniszczony
by być niczym więcej niż pył na wietrze.

niedziela, 2 sierpnia 2009

Problemy z ogórkami

Połykam ksiażki. To jeden z moich mrocznych nałogów. Trzystustronicowa powieść to zwykle trzy- cztery godziny. Przy tego rodzaju nawykach czytelniczych nie bardzo mogę sobie pozwolić na bycie wybrednym i często- gęsto przebijam się przez lektury ledwie- ledwie wybijające się ponad poziom intelektualny Joli Rutowicz. Dziś w supermarkecie wygrzebałem pierwszą część cyklu o Saint- Germain. Niestety- jak przystało na cykl wampiryczny główny bohater, oprócz tego że żywi się krwią nosi wyłącznie czarne ubrania, spojrzeniem zniewala kobiety, jest nieludzko silny, bogaty i inteligentny słowem- ideał oczyma zakompleksionych pryszczatych nastolatków bądź niedopchanych panien z pretensjami do mrocznego emploi. Przebijając się przez kolejne peany ku czci obowiązkowo bladego herosa nie mogłem nie uśmiechnąć się na wspomnienie wampirów z Japonii... Oczywiście każda kultura ma jakichś krwiopijców. W przypadku mitologii japońskiej mamy oczywiście różnorakie złowrogie stwory które "przy okazji" potrafią pozbawić swoje ofiary krwi jak złowrogie duchy, koty bądź tanuki, ale tak naprawdę jedynym prawdziwym wampirem, wysysającym życie z swoich ofiar jest stworek z pozoru raczej niegroźny czyli kappa (河童- dosłownie "dziecko rzeki").

Wygląda toto dość pokracznie- trochę jakby małpie założyć na łapy płetwy pływackie, tors wpakować w skorupę żółwia a na łbie wygolić tonsurkę i dorzucić solidną porcję rybiego smrodu. Pośrodku tonsurki, na samym czubku płaskiej czaszki każda kappa ma wgłębienie wypełnione wodą ze zbiornika w którym żyją. Mimo swych małych rozmiarów kappa jest dziesięciokrotnie silniejsza od człowieka, pod warunkiem że woda z wgłębienia nie wyschnie bądź nie zostanie wylana- jeśli do tego dojdzie kappa traci całą swoją siłę, według niektórych legend może nawet umrzeć. Ta drobna niedogodność wielokrotnie ocaliła życie ludziom wyzwanym przez kappy na pojedynek. Kappy, w przeciwieństwie do wielu istot o których zdarzyło mi się pisać wcześniej, są Japończykami z krwi i kości. Uwielbiają narodowy sport Japonii- sumo (w którym są podobno mistrzami, legenda przypisuje im wynalezienie koppo- "twardych" technik ataku na kości), co zresztą jest powodem dla którego zaczepiają ludzi zabłąkanych w pobliżu zbiorników wodnych i wyzywają ich na pojedynki o wyjątkowo wysokie stawki. Z jednej strony- skarby zebrane przez kappy jako nagroda za wygraną walkę, z drugiej- dość bolesna i wyjątkowo prawdopodobna śmierć. Na szczęście kappy posiadają proporcjonalnie silnie rozwiniętą inną typowo japońską cechę- poszanowanie dla etykiety. Człowiek przymuszony przez tych zielonych gangsterów do pojedynku powinien rozpocząć go od ceremonialnego ukłonu- kłaniając się w odpowiedzi kappa utraci życiodajną wodę i znajdzie się na łasce człowieka.



Kappa w całej krasie. Rysunek Hokusai.

Kappy to (przynajmniej od epoki Muromachi- w ich przypadku ewolucja wizerunku wydaje się przebiegać w sposób odwrotny do tego który można obserwować w przypadku tengu) istoty z złe, choć zawsze pieczołowicie przestrzegające wszelkiego rodzaju umów, nawet jeśli ma im to przynieść szkodę. Większość ich żartów jest może niekoniecznie w najlepszym guście ale nieszczególnie groźnych- ot, uwielbiają zaglądanie pod kimona przechodzących mostkiem czy przeprawiających się łodzią kobiet, głośnie pierdzenie w twarz rybakom i inne dowcipasy tego typu. Powodem dla którego te pokraki zawsze przypominają mi się kiedy tylko widzę obraz klasycznego, do znudzenia idealnego "europejskiego" wampira jest fakt, że kappom przypisuje się winę za śmierć większości topielców- zwłaszcza dzieci. Topielcy, zwłaszcza jeśli namakali odpowiednio długo, mają mieć (panie wybaczą dosłowność) obrzękłe odbyty, co dało asumpt do powstania legend o wodnych demonach które żywią się krwią, siłą życiową bądź- to moja ulubiona wersja- z czystej złośliwości wyciągają (mówiąc precyzyjniej wysysają) jelita i żołądek przez odbyt zostawiając tylko obrzękły, pełen płynu bęben. Jak sądzę ostatnia odmiana odnosi się do nieboszczyków którzy pławili się w wodzie z dużym zacięciem i dobrze świadczy o dociekliwości i naukowym podejściu ludzi żyjących w pobliżu zbiorników wodnych.



Jak widać na nieszczególnie wysokich lotów drzeworycie Tsukiyoki Yoshitoshiego nie zawsze kappy straszą rybaków puszczaniem wiatrów- jak mówi japońskie przysłowie "od czasu do czasu i kappa utonie"- każdemu może się podwinąć noga. Niektóre pomyłki mogą być bardzo groźne w skutkach, nawet dla demonów. 1881,

Co ciekawe pośród wielu teorii dotyczących pochodzenia kappy, z których jedne mówią o portugalskich mnichach (tonsura i słowo kapa), inne o małpach (ogólny pokrój i- niestety chińska- legenda o królu małp) znajduje się też taka, która tłumaczy ich pochodzenie faktem wyrzucania przez Japończyków martwych lub w pełni sprawnych ale nie do końca potrzebnych noworodków do rzek. Mizuko- dosłownie wodne dziecko- (水子) to nazwa jaką dziś określa się dzieci zmarłe przed porodem, a która wcześniej odnosiła się do wszystkich zmarłych dzieci. Nie da się nie zauważyć że jej znaczenie jest na dobrą sprawę identyczne ze znaczeniem słowa kappa. Jeśli stare, shintoistyczne bóstwa wody stały się mściwymi wcieleniami dzieci skrzywdzonych za życia, ich pragnienie zemsty na żywych wydawałoby się być uzasadnione i bardzo typowe. Choć tłumaczenie to jest najbardziej ponurym ze wszystkich z jakimi się spotkałem, brzmi najbardziej prawdopodobnie i przypomina o tej stronie historii kraju kwitnącej wiśni o której raczej nieczęsto wspomina się w poetyckich opisach. Oczywiście z pewnością mamy tu do czynienia z nałożeniem się na siebie dwu toposów- starego, pochodzącego jeszcze z epoki antycznej i nowego, nadającego kappom wszystkie cechy właściwe wszelkim mściwym duchom z japońskich podań. Jeśli chodzi o stary wzorzec to pierwsza wzmianka o duchach wody odpowiadających współczesnym wizerunkom kappa pochodzi z Nichon Shoki a więc mówimy o roku 720 (choć tam mówi się raczej o bogu rzeki- Kawa no Kami), i dotyczy bardziej staromodnej personifikacji sił przyrody, posiadających zarówno cechy negatywne jak i pozytywne (jak choćby przypisywana kappom umiejętność leczenia złamań i zwichnięć).

Pozostaje jeszcze kwestia wyjaśnienia tytułu postu... otóż kappy przepadają za ogórkami. Mają na ich punkcie tak kompletnego bzika, że można wyłgać się od śmierci rzucając im kilka ogórków. Dlaczego ? Nie mam najzieleńszego pojęcia, faktem jest że maki z ogórkiem nazywa się nie kyuri maki, a właśnie kappa maki. Smacznego

piątek, 31 lipca 2009

Człowiek który umarł stojąc

Saito Musashibo Benkei (西塔武蔵坊弁慶). Żeby uniknąć powtarzania tego na każdym kroku- postać o której mowa to od XII wieku do dziś idol mas- bohater sztuk noh i przedstawień teatru kabuki, później filmów, powieści i gier video, słowem- superheros. Co za tym idzie w przypadku jakiejkolwiek relacji dotyczącej jego życia i czynów nie jest możliwe oddzielenie faktów od legendy- wszystko jest legendą.

Relacje o narodzinach Benkei nie są zgodne. Co prawda wszystkie twierdzą, że jego matką była córka kowala, ale z ustaleniem ojcostwa są poważne problemy. Jedne źródła mówią że jest nim bóstwo opiekuńczego świątynii, inne- że był to demon, jeszcze inne- że począł się jako owoc gwałtu którego dopuściła się główny kapłan. Jakkolwiek nie było już jako dziecko Benkei musiał zapowiadać się niezgorzej skoro dorobił się przydomku Oniwaka (鬼若)- diabelskie dziecko. Nieludzką siłę Benkei legendy uzasadniają tym, że jego matka będąc w ciąży jadła żelazo (co, biorąc pod uwagę powszechny wówczas zwyczaj czernienia zębów, niekoniecznie musiało mieć negatywny wpływ na jej urodę), podobno pochodziła też z rodu wywodzącego się od innego supersiłacza z japońskich legend, Dojo-Hoshi. Nasz bohater urodził się z kompletem zębów i długimi do kolan włosami- rzecz o tyle ciekawa że w mitologii ludów słowiańskich, w tym i polskiej, takie dzieci uważano za potencjalne strzygi. Już jako dziecko jednym uderzeniem wbił kowadło dziadunia w ziemię, a poproszony o przyniesienie drzewa potraktował rzecz dosłownie i wyrwał jakieś z korzeniami.

Młody Benkei złożył śluby buddyjskie w klasztorze Enryakui, gdzie otrzymał imię Musashibo (dosł. "kapłan Musashi") i został sohei- rodzajem mnicha- wojownika. Prawdopodobnie to w klasztorze opanował umiejętność walki typową dla mnichów bronią- naginatą. Oczywiście bliskość światynii w żaden sposób nie złagodziła temperamentu Benkeia i nie obeszło się bez różnego kalibru afer. Żeby nie być gołosłownym: Benkei wybrał się "w odwiedziny" do odwiecznych przeciwników mnichów z Enryakui, klasztoru Miidera, skąd jako pamiątkę z podróży przytargał na górę Hei gigantyczny dzwon. Niestety, okazało się że zamiast dzwonić dzwon tylko głucho mamrocze "chcę wrócić do Miidery". Jako że uproszony przez pognębionych przeciwników opat wytargował u Benkei ustępstwo i zwrot skradzionego przedmiotu, ten kopnął dzwon tak, że doturlał się on z powrotem na miejsce. Ceną ustępstwa miała być rzecz pozornie trywialna- jeden posiłek do syta. W jego rezultacie zapasy żywności mnichów z Miidery zostały spustoszone, a na gigantycznym kotle z którego jadł Benkei do dziś pokazuje się się rzekome ślady zębów słynnego żarłoka.



Benkei ciągnący dzwon z Miidery, Kuniyoshi, 1845


Benkei potraktował swoje obowiązki sohei poważnie i samodzielnie dobrał sobie broń- niecodzienny zestaw narzędzi używanych raczej przez zbuntowanych chłopów niż wojowników, od którego jego przedstawienia w pełnym rynsztunku określa się mianem "Benkei od siedmiu narzędzi" (Nanadogu Benkei ). W jego skład wchodzą drewniana stępa (hizuchi), piła (nokogiri), rodzaj maczugi (tetsubo), włócznia z ostrzem w kształcie półksiężyca (sasumata), sierp (nagihama), topór (masakari) i rodzaj grabi czy pazurów na długim trzonku (kumade).

Kiedy zwrócił się do kowali z prośbą o wykucie zbroi ci oznajmili mu że na takiego giganta będzie potrzeba tyle stali co na tysiąc mieczy. Musashibo znalazł więc sobie miejsce przy moście Gojoe i z właściwym sobie poczuciem taktu zaczął kolekcjonować miecze- wyzywał każdego przechodzącego na pojedynek a zwyciężonemu odbierał broń. Niestety, ostatnią, tysięczną walką jaką odbył w tym miejscu było spotkanie z młodym Ushiwaką- Minamoto no Yoshitsune który dzięki treningowi jaki otrzymał od tengu pokonał olbrzyma. Od tego czasu Benkei został przybocznym Yoshitsune, towarzysząc mu aż do śmierci.



Benkei i Ushiwaka maru walczący na moście Gojoe. Drzeworyt Kuniyoshiego pokazujący obu herosów w klasycznym ujęciu- młodzieńczy, nieco kobiecy Yoshitsune i Benkei w typowym stroju sohei. Zza pleców giganta wystaje jego nietypowy zestaw uzbrojenia

Niedługo przed finałem konfliktu pomiędzy braćmi przebywający w Manpukuji w Koshigoe (niedaleko Kamakury) Yoshitsune próbował wyjaśnić wszystko w liście do brata, niestety cykady utrudniały mu zebranie myśli. Benkei miał krzyknąć "cisza" na tyle głośno, że do dziś w tej okolicy nie słychać żadnych owadów.

Kiedy po dwu latach kłótni, intryg, wreszcie otwartej walki, po przegranej bitwie nad rzeką Koromo (1189) jego pan przygotowywał się do samobójstwa, Benkei trzymał wrogów na dystans, blokując przejście przez most prowadzący do zamku. Po krótkim czasie przeciwnicy, bojąc się zbliżyć, zaczęli strzelać z łuków. Część strzał została przecięta w locie, inne wbiły się w zbroję nie robiąc widocznej szkody. Wreszcie Musashibo oparł się na naginacie i tak zamarł. Nad ranem wrogowie, widząc że olbrzym nie reaguje, odważyli się podejść bliżej i dopiero wówczas zauważyli, że Benkei umarł stojąc (zdaniem kolegi- lekarza rzecz absolutnie awykonalna). Epizod ten znany jest pod nazwą "Benkei no Tachi Ōjo"(弁慶の立往生)- dosłownie "Benkei umierającego stojąc".



Typowy strój yamabushi. Fotografia z przełomu XIX i XX wieku.


Benkei przedstawiany jest zwykle w białej mnisiej narzutce na czarnym pancerzu, czasem stroju dopełnia czarna czapeczka shugenja, jako że według niektórych legend pomiędzy pobytem Benkei w Enryakuii a polowaniem na miecze przy moście Gojoe był okres kiedy, wyrzucony za złe sprawowanie z klasztoru, przyłączył się do shugenja, co z kolei dało asumpt do łączenia go z tym kultem i - oczywiście- z tengu.

czwartek, 30 lipca 2009

Przeklęte ostrza

Spójrzmy prawdzie w oczy- dla większości praktyków miecza nazwiska kowali japońskich nie tylko pozostają nieznane co wręcz nie mają żadnego znaczenia. Trudno się zresztą dziwić- wiele osób ma problemy z choćby wymienieniem gokaden, co tu mówić o poszczególnych twórcach. Są jednak dwie postaci na tyle legendarne, że ich imiona znane są szerszym kręgom, ba- stały się wręcz synonimami doskonałości. Nie, nie chodzi o "Hattori Hanzo" (ten mit to temat na inną rozmowę). Twórcy których mam na myśli to niekwestionowany cesarz kowali japońskich- Soshu Masamune i nie tyle gorszy co całkowicie od niego odmienny Sengo Muramasa (千子 村正), kowal działający w XVI wieku w prowincji Ise.

Ostrza Muramasy mają kilka bardzo charakterystycznych cech. Najważniejszą z nich jest tak zwany "zwierciadlany" hamon. Linia hartu na ostrzach wykutych przez tego kowala jest identyczna po obu stronach. Z punktu widzenia laika- nic osobliwego. Sęk w tym, że każdy kto choć raz miał w ręku ostrze nihonto z hamonem innym niż suguha (prosta linia), mógł bez trudu zauważyć że hamon po obu stronach miecza jest inny, zarówno jeśli chodzi o samą linię hartu jak i rodzaj efektów metalurgicznych. Inny układ ziaren, inne ashi... Ura i omote są jak dwie strony twarzy jednej osoby- niby bardzo podobne ale nie da się nie zauważyć różnic. Wynika to z przebiegu samego procesu hartowania. Ostrze oklejane jest gliną (upraszczając, nie będziemy się teraz dokładnie zajmować składem mieszanki) i od grubości warstwy i sposobu jej ukształtowania zależy to w jaki sposób przebiegać będzie formowanie się kryształów w stali podczas gwałtownego chłodzenia w wodzie. Już samo "wywołanie" hamonu na monostali, czyli w gruncie rzeczy zwykłym, współczesnym płaskowniku, takim z jakich wyrabia się miecze Hanwei czy Cheness, jest bardzo trudne. Uzyskanie go w taki sposób, żeby tradycyjna, warstwowo skuwana stal nie porozdzielała się, wygięła w odpowiedni łuk (katana przed hartem jest prosta) i nie popękała jest zajęciem wymagającym kilku lat praktyki i kilkuset kilogramów zmarnowanego żelastwa. Zdolność do kontrolowania wszystkich parametrów procesu do tego stopnia, żeby obie strony głowni były identyczne nie tylko jeśli chodzi o rysunek i przebieg yakiba, ale i rodzaj efektów w obrębie hamonu to znak mistrzostwa graniczącego z talentem do chodzenia po wodzie, ożywienia zmarłego lub zrozumienia kobiety. Hamon Muramasy to zwykle midareba, najczęściej w jego "osobistym" rysunku sanbon-sugi. W jego charakterze widać wpływy szkół Soshu (sam Muramasa wywodzi się z tradycji Mino). Inną bardzo widoczną cecha głowni Muramasy jest bardzo starannie kształtowane nakago (trzpień) w kształcie tanagobara (brzucha ryby).



Muramasa w pracowni. Ilustracja z "A Muramasa blade. A Story of Feudalism in Old Japan", 1887, miedzioryt na podstawie nieznanego drzeworytu japońskiego.


W opisach jego ostrzy nieodmiennie podkreśla się że są one stworzone z myślą o cięciu, kowala który je formował nie obchodziło piękno ale względy czysto użytkowe. Muramasy nie zajmowała sztuka- on dążył do stworzenia idealnych narzędzi mordu. Osoby analizujące kształt jego- zwykle dwuznakowych- sygnatur również podkreślają że musiały one wyjść spod ręki silnej, gwałtownej osobowości.

Jeśli wierzyć przekazom które do naszych czasów nabrały już patyny legendy, Muramasa był geniuszem, ale geniuszem gwałtownym i chwiejącym się na krawędzi obłędu. Cechy charakteru twórcy miały zostać utrwalone w jego dziełach tak mocno, że jego miecze do dziś uważa się za przeklęte. Bardzo znana historia opowiada o rywalizacji Muramasy i Masamune której punktem kulminacyjnym miało być umieszczenie w rzece dwu głowni stworzonych przez obu twórców. Kiedy płatki lotosu przepływały obok kling, ostrze Masamune tak zmieniało nurt wody że omijały je z dwu stron nietknięte, podczas gdy głownia Muramasy tworzyła zawirowania wciągające kolejne płatki wprost na ostrze. Oczywiście przy pewnej dozie braku poszanowania dla- było nie było- ciekawej legendy można całą rzecz tłumaczyć ilością niku (soczewkowatego wybrzuszenia na przekroju ostrza). Bardziej "hydrodynamiczne", posiadające grubszy profil dzieła Masamune cięły inaczej niż mające przekrój zbliżony do klina głownie Muramasy. W podobny sposób tworzy się miecze i dziś- te o tradycyjnym przekroju (mające dużo niku) są przystosowane do cięcia ciała- rozchylają przecinaną tkankę na boki, natomiast w pokazach cięcia mat sprawdzają się raczej słabo. Z kolei miecze o klidze pokroju brzytwy znakomicie tną słomę i świetnie nadają się do pokazów (vide- miecze gumdo), ale kiedy ciąć nimi mięso przykleja się ono do płazów i klinga "utyka". Jakkolwiek by nie tłumaczyć tej legendy przekonanie jakoby ostrza Muramasy były "krwiożercze" było powszechne. Wierzono że wydobyte z pochwy tak "pragną" krwi, że mogą doprowadzić właściciela do obłędu bądź samobójstwa. Co zabawne na zachodzie przez jakiś czas pokutowała "legenda ludowa" będąca pochodną tego przekonania, a mianowicie twierdzenie że jeśli wyciągnęło się już japoński miecz z pochwy, to koniecznie trzeba "dać mu posmakować krwi". W rezultacie setki "znawców" w dobrej wierze i przekonaniu o byciu bardziej koszernym od papieża cięły się po łapach i tłumaczyły innym, równie nieświadomym, że jest to element tradycji...

U źródeł legendy mieczy Masamune leżą wydarzenia związane z historią rodziny Ieyasu Tokugawy. W 1535 roku samurai Abe Masatoyo, zbuntowany sługa Matsudairy Kiyoyasu, dziada Ieyasu, przeciął go na pół. Miecz którym się posłużył wykuł Muramasa. Dziesieć lat później ojciec Ieyasu, Matsudaira Hirotada, został cieżko raniony przez swojego pijanego sługę, Iwamatsu Hachiyę. Ponownie- głownia Muramasy (tym razem wakizashi). Sam Ieyasu poważnie zaciął się w rękę kogataną i znowu okazało się że ostrze wykuł Muramasa. Kiedy w 1579 ukochany syn Ieyasu, Nobuyasu, popełniał seppuku, jego kaishaku użył katany która okazała się być dziełem kogo ? Nietrudno zgadnąć. Po tych wszystkich całkowicie przypadkowych wydarzeniach w czasie walk roku 1600 Oda Kawachi no Kami, jeden z generałów Ieayasu, przebił głowę pokonanego generała włócznią yari. Zaciekawiony Ieyasu zażyczył sobie zobaczyć ostrze broni którą dokonał tego czynu i kiedy podczas oglądania zaciął się, z miejsca uznał że musiała być ona wykuta przez Muramasę. Rzeczywiście tak było i od tego momentu rozpoczęła się wojna Tokugawów z Muramasą.

Swoją drogą sądząc po tym jak często się kaleczył, Ieyasu albo był do przesady nieostrożny (co raczej do niego niepodobne) albo nieprawdopodobnie wręcz dupowaty...

Wiadomość o szczególnej "wrogości" jaką dzieła Muramasy miały przejawiać wobec rodu Matsudaira musiała być dość powszechnie znana już w czasie kampanii zimowej (czyli w 1614) skoro przeciwnicy Tokugawy, sojusznicy rodu Toyotomi, wyjątkowo chętnie ekwipowali się w ostrza Masamune. Jeden z generałów z Osaki, Fukushima Masanori, nosił katanę i yari a słynny Sanada Yukimura tachi który wyszedł spod ręki mistrza. W tej sytuacji nieco mniej dziwnym wydaje się fakt że szogunat z maniackim wręcz uporem polował na wszystkie dzieła mistrza. Za ich posiadanie groziła śmierć o czym przekonał się choćby skazany w 1634 na seppuku Takanakume no Suke Shigeyoshi, burmistrz miasta Nagasaki w którego kolekcji znajdowały się aż 24 takie ostrza. Zakaz- oprócz pożądanych rezultatów- miał jeszcze dwie, nieco mniej korzystne dla szogunatu konsekwencje. Pierwszą było dość powszechne ukrywanie bądź maskowanie głowni Muramasy. Zamiast niszczyć tak znakomite klingi zacierano pierwszy znak sygnatury a pod drugim dawano inny, "mune", zmieniając tym samym podpis kowala na Masamune. Drugim, o wiele poważniejszym rezultatem wprowadzenia zakazu był wzrost popytu na dzieła mistrza wśród przeciwników bakufu. Podobno wiele z osobistości które wesżły w skład rządu Meji nosiło je u boku.

Niezależnie od tego, czy mroczna legenda Muramasy jest dziełem propagandy szogunatu czy nie, o jego głowniach do dziś mówi się satsujinken- miecze odbierające życie, podczas gdy miecze Masamune nazywane są katsujinken- mieczami dającymi życie.

PS. W kwietniu 2009 wypuszczono grę pod tytułem "Muramasa: Demon Blade". Wii rules...