czwartek, 31 sierpnia 2017

I bestia, i smok, i szewczyk

Ostatnia rycina. W tym przypadku mamy "w ręku" jedynie "błędną" wersję Torchii- ta "koszerna", autorstwa LCF jest zaledwie opisana.

Hebrajska litera Teth (Wąż), rzymska VIIII i grecka Theta (dziewiąta litera alfabetu)

N.NC SCO TEN.BR LVX

NUNC SCIO TENEBRIS LUX - w luźnym przekładzie "Teraz wiem że z ciemności- światło".

Tym co widzimy jest więc obraz zatracenia- brama prowadząca do królestwa cienia. Goła baba z półksiężycem na podołku siedzi na siedmiogłowym smoku. W tle płonący zamek. Niestety- to najmniej ciekawa i najbardziej oczywista z wszystkich rycin. Motyw ikonograficzny kurwy babilońskiej jest tak stary, jak sama wizja św. Jana. Znowu mamy kręgi powiązanej z diabłem i śmiercią Diany, Lilith i Megajry. Nieco ciekawsze jest rozważenie roli jaką odgrywa ta rycina w całym zestawie któremu się przyglądaliśmy. Jako że należy ona do błędnego ciągu- a więc do mylnej czy może celowo zwodniczej ścieżki tych, którzy nie potrafią odnaleźć prawdy- pokazuje cel, ku któremu ona prowadzi. Oto apokalipsa. Zwycięża zwierzęca, ciemna strona ludzkiej natury. Zamek, mający być schronieniem, miejscem ucieczki czy wręcz symbolem ludzkiego ciała- płonie. Ostatnim krokiem ścieżki głupców jest zagłada. Rozwiązanie pod każdym względem sztampowe, ale, bądźmy szczerzy: czegóż innego można było oczekiwać? Klasyka klasyki. Śmierć, śmierć, śmierć.


Pozostaje jeszcze to, co nie zostało powiedziane, czy raczej to, co- zgodnie z tradycją ezoteryczną- powiedziane być nie może. Zarówno w ksiażce, jak i w filmie, nie oglądamy "prawdziwej", lucyferiańskiej wersji dziewiątej bramy. Wiemy, że miał na niej widnieć zamek jaśniejący światłem. Przyjmując tę wersję za dobrą monetę nie posuwamy się w gruncie rzeczy w przód ani o krok, bo cóż mówi taka wizja? Mówi o oświeceniu jako o końcu drogi, ale nie wyjaśnia tego, na czym owo oświecenie miałoby polegać. Szkatułka pozostaje zamkniętą dla tych, którzy nie szli ścieżką- a ci, którzy nią podążali nie potrzebują kolejnych wskazówek.

Oto i koniec. La commedia e finita- i moja krótka opowiastka razem z nią. Dziękuję Ci, czytaczu i Wam, drogie i nieodmiennie kształtne inspiracje.

wtorek, 31 stycznia 2017

Kaśka, co mamy na kole?

Rycina ósma- ostatnia przed la grande finale.

Hebrajska litera Chet, rzymska ósemka i grecka litera eta. Maksyma przypisana do tej ilustracji to

VIC. I.T VIR.
VICTA JACET VIRTUS

Cnota leży pokonana

Przed murami obronnymi widzimy dwie postaci. Jedna z nich- kobieta w długiej sukni- klęczy, z dłońmi złożonymi w geście modlitwy, druga- mężczyzna w pełnej zbroi- zamierza się mieczem. W tle widać również klasyczne koło fortuny. Ryciny LCF i AF różnią się jedynie obecnością aureoli wokół głowy egzekutora.


Ponownie mamy do czynienia z tworem mocno synkretycznym, na dodatek zlepiającym dwa, kompletnie ze sobą nie powiązane motywy ikonograficzne. Pierwszy- to koło fortuny. Motyw alegoryczny znany właściwie w całej średniowiecznej europie, a mający swoją genezę hen, w świecie helleńskim (choć jego najstarsze przedstawienia ikonograficzne to zaledwie 55 rok przed naszą erą). Na ustawionym pionowo kole umieszczano wyobrażenia różnych postaci- tych wyobrażających szczęście i tych, które oznaczały pecha. Z każdym obrotem jedne z figur szły w górę, drugie- w dół, co miało symbolizować kapryśną zmienność losu. Emblem nieuchronnej zmienności. Sama Fortuna- piękna kobieta w bogatych szatach- zwykle stała przy kole bądź trzymała je w rękach. Co ciekawe, podobnie jak Sprawiedliwość czy Synagoga, przedstawiana była często z oczyma przewiązanymi przepaską (ślepota bezstronności).


Koło fortuny. Oczywiście piękne godzinki księcia de Berry.


Koło fortuny- jedna z kart tarota bolońskiego... i kilka innych średniowiecznych przedstawień pani fortuny z różnych iluminacji średniowiecznych






Jeśli chodzi o drugi motyw rzecz jest nieco bardziej złożona. W identyfikowaniu symboli i konstrukcji ikonograficznych bardzo często ważna jest nie tyle wiedza, co zdolność do wychwytywania podobieństw. Układów rąk, nóg, póz ciała, poddawanie się natrętnie drapiącemu w mózg poczuciu „ja to już widziałem”. Nie inaczej jest tutaj. Poza kata i jego ofiary jest jak najbardziej typowa, znana i natychmiastowo rozpoznawalna dla wszystkich, którzy kiedykolwiek oglądali średniowieczne czy renesansowe teatrum sprawiedliwości. Teatrum- bo kaźń nigdy nie była przypadkowa. Każda z postaci w procesie miała do odegrania swoją rolę, a to, do jakiego stopnia rola ta była skodyfikowana bywa czasami wręcz przerażające. Skazany był nie tylko przestępcą- był również odkupującym przez cierpienie swoje grzechy, niemal Jezusem (porównanie wcale nie moje i bynajmniej nie na wyrost). Stąd choćby zwyczaje nazywania wzgórz szubienicznych Golgotą czy wszystkie rytuały związane z ostatnim posiłkiem i jego, bardzo rozbudowaną, symboliką. Nie zapuszczając się w wątki poboczne: oto kat z mieczem stojący przy skazańcu. Gest- jako się rzekło- bardzo typowy, powtarzany na tysiącach (jeśli nie milionach) wyobrażeń. Czy będzie to św. Mikołaj ratujący życie skazańcowi, czy odgłowienie św. Pawła, czy inna krwawa scena martyrologii chrześcijańskiej- zawsze w gruncie rzeczy to samo ustawienie ciał. Oprawca z szeroko rozstawionymi nogami i skręconym ciałem, trzymający oburącz miecz o zaokrąglonym sztychu. Za pasem kilka sznurków, przygotowanych do pętania kończyn skazańców. Ofiara- wpisująca się w rolę- z nabożną rezygnacją odsłania szyję. Znane. Typowe.


Święty Mikołaj ratujący skazanych młodzieńców (Toruńskie Muzeum Narodowe, galeria sztuki gotyckiej).

Całość robi się ciekawsza, kiedy podłubać trochę w imaginarium. Oto nie trudno znaleźć scenę bardzo podobną do tej, z XI wrót do krainy cieni. Męczeństwo św. Katarzyny. Nabożna chrześcijanka miała- za odmowę nie tylko nawrócenia się, ale i dania.. ręki cesarzowi (jako powód podawała fakt, że jest już oblubienicą Jezusa) być skazaną na łamanie kołem. Dzięki bożej interwencji koło- narzędzie kaźni- zostało połamane bądź- w innych wersjach legendy- spalone ogniem który spadł z nieba i robotę trzeba było oddać w ręce małodobrego. Mamy więc obrazy wywyższonego koła, oprawcy z mieczem i pięknej kobiety. Obrazy na tyle konfundujące, że Katarzyna (z zawodu święta patronka niezamężnych dziewcząt i studentów) ze swymi atrybutami męki- kołem i mieczem- zaczęła się zlewać z postacią bardzo nieświętej Fortuny.


Męczeństwo św. Katarzyny wg. Jana Provoosta...


...Cranacha...


... Durera...


...i znowu Cranacha. Możemy dodać jeszcze absurdalnie makabrycznego Łukaszka Signiorellego


Z tymi okruszkami wiedzy pora wrócić do ryciny. Napis „Cnota leży pokonana” mógłby (jak- mam nadzieję- widać) rzeczywiście z powodzeniem odnosić się do kaźni św. Katarzyny. Problem polega na tym, że przekaz lucyferiański zdecydowanie nie jest- jak chcieliby straszący diabołem- nihilistyczny. Głowę kata otacza aureola. Jest postacią zdecydowanie pozytywną. Moja interpretacja? Viator dekapituje Fortunę. Zrzuca z piedestału wiarę w los, odbierając mu prawo do kierowania sobą. Samodzielnie wybiera swoją przyszłość.

Skoro już wygrzebałem ilustrację z rękopisu Carmina Burana warto może przypomnieć sam tekst (z ukłonami dla fanów "Gwiezdnych Wojen" i bombastycznego stylu Carla Orffa)


O Fortuna
velut luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis;
vita detestabilis
nunc obdurat
et tunc curat
ludo mentis aciem,
egestatem,
potestatem
dissolvit ut glaciem.

Sors immanis
et inanis,
rota tu volubilis,
status malus,
vana salus
semper dissolubilis,
obumbrata
et velata
michi quoque niteris;
nunc per ludum
dorsum nudum
fero tui sceleris.

Sors salutis
et virtutis
michi nunc contraria,
est affectus
et defectus
semper in angaria.
Hac in hora
sine mora
corde pulsum tangite;
quod per sortem
sternit fortem,
mecum omnes plangite!

czwartek, 29 grudnia 2016

Szacher- macher

Rycina siódma. Zayin (miecz) = siódma litera alfabetu hebrajskiego, rzymska siódemka i grecka zeta

Maksyma to

DIS.S P.TI.R M.
DISCIPULUS POTIOR MAGISTRO – uczeń przewyższa nauczyciela.
Dwie postaci, z których jedna to niewątpliwie król, siedzą przy szachownicy. W tle biały pies walczy z czarnym. Przez okno widać sierp półksiężyca.


Ilustracja jest sklejką dwóch konstrukcji symbolicznych. Pierwsza- i łatwiejsza do odcyfrowania- to oczywiście karta tarota, w tym przypadku XVIII karta. Od czasów tarota marsylskiego zawiera kilka powtarzających się symboli. Tarczę księżyca oświetlającą krajobraz ze zbiornikiem wodnym z którego wypełza skorupiak (krab lub rak). Zwykle na obrazku znajdują się też dwa zwierzęta- pies i wilk, czasem siedzące naprzeciwko siebie, czasem walczące jak na naszej rycinie.


Księżyc świeci światłem odbitym- jest symbolem świata wewnętrznego, ukrytego, w nowszych, skażonych psychologią interpretacjach- podświadomości. Wilk- to natura nieokiełznana, dzika, podczas gdy pies jest obrazem tych samych sił poddanych kontroli. Wzburzona tafla wodna uniemożliwia uzyskanie czystego odbicia- wzburzony umysł przestaje „widzieć”. Aby postrzeganie było możliwe konieczne jest uspokojenie. Brzmi logicznie? Nie powinno. Tarot marsylski jest, mimo swej fundamentalnej pozycji, dość późną edycją tarota. We wcześniejszych edycjach (Visonti-Sforza z1450 czy Tarocchino di Mitelli z XVII wieku), zwykle tworzonych przez bądź pod wpływem włoskich astrologów, karta ta wygląda nieco inaczej. Przedstawia kobietę z łukiem, psem (bądź psami) i sierpem księżyca. Dostajemy więc wprost panią łowów, Dianę, z wszystkimi jej powiązaniami z chtoniczną Hekate. Rak jest niczym innym jak znakiem zodiaku który- wraz ze skorpionem i rybami- należy do trygonu wodnego i- jakżeby inaczej- domu księżyca, czyli po prostu jeszcze jednym symbolem lunarnym.


Żeby sprawy nie wyglądały tak prosto: w tradycji hebrajskiej istnieje koncept dwóch sił czy dwóch rodzajów skłonności ścierających się w człowieku- yetzer taw i yetzer hara, dobrych i złych. Symbolem walki tych przeciwieństw są dwa psy- czarny i biały. Wygrywa ten, którego częściej „karmimy”, poprzez nasze dobre lub złe uczynki (obrazek zawłaszczony ostatnio przez różnej maści psychopomagaczy, którzy sprzedają go jako- czort wie czemu- przypowiastkę amerykańskich indian. Rebe Icek Czarna Stopa?

Skoro już mamy z grubsza porozkładane tło, warto zająć się główną sceną. Król i … jakiś mosiek grają w szachy. Większość współczesnych interpretatorów uznaje przeciwnika króla za postać centralną dla ryciny, widząc w niej viatora- prostego człowieka który dorównał królowi. Podobnie jak początkowa interpretacja symboliki lunarnej brzmi to dość składnie, ale kiedy poskrobać po ikonografii obrazek zaczyna się sypać. Żeby to jednak wyjaśnić, muszę wrócić do pewnej bajeczki. Oto żył w Indiach władca który, jak to wszyscy władcy, lubił gry i gierki. Jako że był to w pełni zblazowany, poryczy i groźny despota, wszystkie gry zdążyły go znudzić, ogłosił więc, że zapłaci bajeczne sumy temu, kto dostarczy mu grę będącą prawdziwym wyzwaniem. Zgłosił się nieznany matematyk, który pokazał królowi planszę podzieloną na 8 kolumn i 8 rzędów, po której należało przemieszczać figurki królów, ministrów, konnych, rydwanów i pieszych (i nie, nie był to Warhammer). Gra miała nauczyć władcę panowania nad swymi emocjami i cierpliwości. Uradowany król- zgodnie z umową- obwieścił że płaci każde piniondze. Matematyk poprosił, aby obdarować go ziarnem pszenicy (bądź ryżu) wedle pól szachownicy. Na każdym z nich miało się znaleźć dwa razy tyle, co na poprzednim. 2, 4, 8 itd. Król początkowo wyśmiał pomysł, ale kiedy wreszcie usiadł do rachunków zrozumiał, że musiałby oddać 18446744073709551615 ziaren- 461,168,602,000 ton, ponad 1000 razy więcej niż roczna światowa produkcja ryżu, czyli stertę większą, niż Mont Everest. Historyjka jak historyjka- czegoś tam uczy, ma jakiś morał. Dla nas ważniejszym od niego będzie sam motyw uczonego (bądź filozofa) który uczy króla jak grać. Uczony- jak i przedstawiciel każdej innej profesji- to w ikonografii postać mędrca czy uczonego jest dość łatwa do rozpoznania. Zamiast opisywać prościej będzie to pokazać




Moim zdaniem mamy tu do czynienia nie z postacią prostaczka, który wygrał z królem, ale właśnie filozofa, który ukończył swoją misję. Król zapanował nad swoim umysłem. Nad… no właśnie, zwierzęcą częścią swojej natury. W przypadku tej ryciny mamy do czynienia z sytuacją, kiedy fałszywa interpretacja symbolu, pokryta lekką patyną, stała się tą właściwą. Nie mamy więc do czynienia z psami Diany, ale z psem i wilkiem tarota, dwiema stronami ludzkiej natury i człowiekiem, który dzięki poddaniu swych skłonności kontroli umysłu osiągnął pełnię swoich możliwości.

środa, 30 listopada 2016

Wisi mi to

Szósta brama. DIT.SCO M.R. czyli DITESCO MORI- ubogacony przez śmierć czy- jeśli wola- śmierć mnie ubogaca. Rycina pokazuje młodego mężczyznę, zwisającego za nogę (lewą bądź prawą, zależnie od ryciny) głową w dół z krenelażu murów obronnych, zamkniętych od prawej strony basztą. W dolnej części baszty solidne, zamknięte drzwi. Wyżej, z okna, wystaje zbrojne ramię dzierżące ognisty miecz.


Ponownie tarot, ponownie bardzo stare symbole, ponownie śmierć. Ilustracja bardzo przypomina kartę nazywaną zwykle Głupcem bądź Wisielcem.


W tej historii raz za razem pojawia się drzewo. Koniec końców cała struktura wszechświata jest- w tradycji kabalistycznej- nazywana drzewem sefirot. Drzewo życia, drzewo śmierci, drzewo poznania dobra i zła. Drzewo Yggdrasil. Drzewo jako centrum wszechświata czy jego oś u Słowian czy ludów skandynawskich. Tym razem drzewo o którym będziemy mówić to rodzaj szubienicy, a równocześnie bramy.

Do rozpoczęcia szóstej pogawędki potrzebny nam bedzie klocuszek pochodzący z tradycji Skandynawów, więc pozwolę sobie powtórzyć pewną, dość powszechnie znaną, opowieść. Jak mówi Havamal:

W samym centrum wszechświata stoi wielkie drzewo, Yggdrasil. Jego górne gałęzie podtrzymują Asgard, dom i fortece bogów i bogiń, nad którymi włada Odyn. Yggdrasil wyrasta ze studni Urd, w której bezdennej głębi żyje wiele z najpotężniejszych sił i istot kosmosu. Jednymi z nich są Norny, trzy mądre kobiety, które strzegą przeznaczenia wszystkiego i wszystkich. Jednym ze sposobów, w jaki je zmieniają, jest wycinanie run w żywej korze, pokrywającej pień Yggdrasil. Runy wrastają w drzewo, w ten sposób wpływając na los wszystkich dziewięciu światów. Odyn obserwował Norny ze swego tronu w Asgardzie. Zazdrościł im potęgi jaką daje wiedza i zapragnął je dla siebie. Chciał poznać runy. Jako że miejscem w którym istnieją runy jest studnia Urd, a runy ujawniają swoje znaczenie wyłącznie tym, którzy udowodnią, że są tego godni, Odyn powiesił się na gałęzi Yggdrasil, przebił się swą własną włócznią i zaczął wpatrywać się w mętne wody głębi. Zabronił, by którykolwiek z bogów wspomógł go w jakikolwiek sposób, choćby podając mu łyk wody. I wisiał Odyn, i wpatrywał się w głębię, i przyzywał runy.
W tym stanie, balansując na krawędzi która oddziela żywych od zmarłych, trwał przez dziewięć dni i dziewięć nocy. I gdy dziewiąta noc miała się ku końcowi, w końcu zauważył majaczące w mętnej głębinie kształty: runy! Przyjęły jego ofiarę i okazały mu się, nie tylko ujawniając swe formy, ale i wszystkie zawarte w nich sekrety. Zapisawszy w swej imponującej pamięci tę wiedzę, Odyn zakończył udrękę krzykiem tryumfu.

"I wówczas ubogacono mnie i stałem się mądry
prawdziwie wzrastałem i zacząłem prosperować
Od słowa do słowa prowadzony do słowa
od pracy do pracy prowadzony do pracy"

Wyposażony w wiedzę o tym, jak używać run, Odyn stał się jedną z najpotężniejszych i najdoskonalszych istot wszechświata. Nauczył się pieśni które pozwalały leczyć rany ciała i duszy, obezwładniać wrogów i obracać ich broń w niwecz, uwalniać się od więzów, gasić ogień, ujawniać i przepędzać tych, którzy praktykują czarną magię, chronić przyjaciół w bitwach, ożywiać zmarłych, zdobywać i utrzymywać miłość i wiele innych.
Tyle edda poetycka. Warto zwrócić uwagę na kilka paraleli z symbolami pochodzącymi z kręgów judeochrześcijańskich. Oto bóg poświęca w ofierze samego siebie. Oto stojące w centrum i stanowiące oś drzewo, które umożliwia poznanie. Oto poznanie, które staje się możliwe za cenę śmierci (bądź śmiertelności). Brzmi podobnie?

Nie da się nie zauważyć podobieństwa motywu do średniowiecznych przedstawień śmierci zdrajcy bądź zwykle związanych z różnej maści szalbierstwami finansowymi tzw. pittura infamante w Italii czy Schandbild w Rzeszy. Oto co głosił dekret miasta Mediolanu mówiący o traktowaniu zdrajców: “Niech ów będzie wleczony na desce za końskim ogonem na miejsce kaźni, a tam nie będzie zawieszonym na szubienicy za jedną stopę i tak niech wisi dopóki nie pomrze. Tak długo, jak będzie żył, niech dają mu strawę i napoje." Mamy do czynienia ze zdrajcą. Wszelkie inne interpretacje są wtórne, ale- co zabawne- obecnie ważniejsze niż pierwotne znaczenie motywu. O ile odczytywanie głupca jako kogoś kto poszukuje mądrości i oświecenia jest prawdziwe w odniesieniu do współczesnych interpretacji symboliki tarota (a więc i do dzieła Polańskiego), o tyle dość absurdalne w kontekście średniowiecznej Europy.


Jeden ze średniowiecznych "obrazów hańby" Odwrócony herb (tu- Hansa Judmann'a)- jak każdy symbol postawiony "do góry nogami" zmienia znaczenie na przeciwne- z chwalebnego w haniebne. Oczywiście nie brak i szubienicy.



...i jeszcze jeden przykład tego typu, tym razem dotyczący Ludwiga Hesse.

Viator w szóstej rycinie zwisa z murów uwiązany za jedną stopę, z rękami najprawdopodobniej związanymi za plecami. Warto zwrócić uwagę na to, że charakterystyczny węzeł (krawat wisielca) znajduje się po obu stronach liny. Można powiedzieć, że tak jak mężczyzna zwisa z muru, tak mur jest podwieszony u jego nogi. Jeśli przyjrzeć się dokładniej detalom, wyraźnie widać że tak włosy, jak i odzież mężczyzny nie podlegają działaniu grawitacji. Gdyby oceniać po ich wyglądzie, należałoby powiedzieć że mamy do czynienia raczej z kimś, kto stoi na jednej nodze, w jakiejś własnej, odwróconej przestrzeni. Jest poza regułami "naszej" rzeczywistości- na granicy, na której przez dziewięć dni i nocy wisiał Odyn.

Z jednej strony mamy historię głupca- zdrajcy, który umiera, z drugiej- opowieść o bogu, który wisiał na drzewie po to, by uzyskać oświecenie. Zależnie do nastawienia to samo drzewo i ten sam rytuał mogły prowadzić ku dwóm, krańcowo różnym rezultatom. Rytuał przejścia jest dla poszukującego wiedzy równie ważny, co niebezpieczny. Szaman zostaje rozdarty na części i złożony ponownie. Umiera po to, żeby żyć w rzeczywistości niedostępnej dla profanów. Podróż do piekieł (czy- do krainy umarłych) w poszukiwaniu wiedzy nieodmiennie ma swoją cenę.

Pozostaje jeszcze jeden symbol- ręka z płonącym mieczem. W tradycji biblijnej kiedy Adam i Ewa zostali wygnani z raju, na straży jego bram stanął Archanioł Uriel z ognistym mieczem, uniemożliwiający pra-rodzicom powrót. Uriel jest patronem pokuty ale też i tym, który oświeca i instruuje (jego imię oznacza "światło Boga"). To on miał objaśniać Noemu pomysł z arką, on miał odpowiadać prorokowi Ezdraszowi na pytania.

To chyba wszystkie klocki naszej układanki. Obrazek który się z niej wyłania? W drodze do samodoskonalenia adept dokonuje samopoświęcenia- a równocześnie aktu pokuty. Dzięki nim osiąga wiedzę, dostaje się do zamkniętej dla niego "ziemi obiecanej", zamkniętej fortecy, raju. Zmienia karzący miecz w pochodnię która oświeca drogę. Strażnik- przeciwnik zmienia się w przewodnika- sprzymierzeńca.

wtorek, 22 listopada 2016

"Chrząsnęły sierpy w zbożu, ozwała się łąka..."

Brama Piąta. Stałym rzeczy porzadkiem - najpierw opis. Górą- hebrajska litera Heh (okno), rzymska piątka i greckie Epsilon. Maksyma wyjątkowo tym razem lakoniczna

FR.ST.A FRUSTRA czyli “nadaremnie”.

Widzimy scenę we wnętrzu (jedyną w całej serii). Sprawiające wrażenie ciężkiej solidności mury i zamknięte na solidną zasuwę drzwi chronią liczącego pieniądze brodatego mężczyznę. Za nim, niewidoczny dla liczykrupy, stoi owinięty całunem szkielet z klepsydrą i trójzębnymi widłami. W wersji LCF piasek w klepsydrze przesypał się, w AT- znajduje się w górnym pojemniku zegara.


Wygląda na to, że jak bym się nie próbował wyginać, tematyka mortualna wraca do mnie jak bumerang. Wszystkie symbole piątej bramy są jak starzy znajomi. Oto niewątpliwie stary, niewątpliwie dobry i niewątpliwie solidnie germański totentanz:

Wer war der Tor, wer der Weise[r],
Wer der Bettler oder Kaiser?
Ob arm, ob reich, im Tode gleich.

"Kto był głupcem, kto mędrcem
Kto biedakiem lub cesarzem
Czy biedni by bogaci, wszyscyście równi w śmierci”


Sam motyw tańca śmierci nie jest wbrew pozorom szczególnie stary. Zaczęło się oczywiście od dekoracji malarskich sławnego i nieistniejącego dziś Cimetière des Saints-Innocents w Paryżu (po jego likwidacji część kości złożono w katakumbach, gdzie do dziś pełnią tę funkcję, jaką pełniły i w średniowieczu- są atrakcją dla gawiedzi). Mur obiegającego cmentarz ossuarium gdzieś około 1425 wymalowano w sceny, w których śmierć w swej najbardziej klasycznej postaci, czyli nie znanego nam dziś szkieletu, a ożywionego, gnijącego trupa, towarzyszyła personom ze wszystkich warstw społecznych. Nie była to oczywiście śmierć- a Śmierć. Nie etap życia czy wydarzenie, a uosobiona, jednostkowa Macabre (stąd późniejsza nazwa motywu i zwyczaj pisania “imienia” głównej aktorki wielką literą). Poszczególne sekcje były podzielone arkadami, co w jakiś sposób ułatwiało dzielenie późniejszych cykli na sceny. Oto śmierć pozująca z żebrakiem, królem, babką, księdzem, chłopem, wojakiem i kim tam jeszcze można było. Świetny dokument, pokazujący, jak wyobrażano sobie (albo jak widziano) typowych przedstawicieli profesji i stanów. Jedną z absolutnie niezbędnych postaci był w tym zestawieniu bogacz.


Widok ossuarium paryskiego cmentarza niewiniątek- miejsca, gdzie jeszcze stosunkowo niedawno- bo do XIX wieku- zgromadzone były (w większości na widoku) kości dwu milionów paryżan.

W naszym świecie trudno wyobrazić sobie stygmat, jakim naznaczał bankierów obrót pieniędzmi. Było to zajęcie wprost i nieodwołalnie skazujące na potępienie. Kupcy Florencji fundowali dzieła sztuki sakralnej nie z dobroci serca i nie w celach reklamowych- była to z ich strony inwestycja w życie wieczne, próba przeważenia szali i zdjęcia z siebie bardzo niewygodnego odium jawnogrzeszników. Trudnienie się pożyczką na procent (a- bądźmy szczerzy- tylko taka może opłacać się pożyczającemu) było nie tyle moralnie podejrzane, co uznawane za gwarantujące potępienie, a więc- w realiach średniowiecza- wyjątkowo niebezpieczne, o czym w bolesny sposób przekonali się templariusze. Jedynymi których nakazy świętej matki kościoła nie obchodziły byli... żydzi, co z jednej strony dawało im świetny start w konkurencji (czy raczej meczu do jednej bramki) pt. “kto zostanie najbogatszym”, a z drugiej sprawiało, że stawali się idealnym celem zawiści wszystkich marzących o możliwości wzięcia w niej udziału.


Dwie z rycin znakomitego cyklu tańca śmierci Holbeina (edycja z 1538 roku), pokazujące bogacza i kupca...


... i "Śmierć i bogacz" Jana Provoosta (1462- 1529)


A tu w wersji Boscha. Warto zwrócić uwagę na strzałę w ręku transi i operową daremność wysiłków anioła stróża. Czarująca pompatyczność teatrum mortis


I jeszcze jedna scena śmierci bogacza- tym razem z końca XVI wieku. Wyjątkowo smaczna w swoim upodobaniu do grzeszków szkoła antwerpska. To jeszcze inny motyw (choć- jak widać- ściśle związany z pokazaną wcześniej "genealogią")- młodej żony która puszcza się z gaszkiem nieledwie na łożu śmierci starego bogacza. Sensualizm baroku. Eros i Thanatos. Temat na zgoła inną pisaninę.

Zły bogacz to postać równie ikoniczna co zwykły proszek i zakatarzony mężczyzna. Rycina piątej bramy wprost idealnie wpisuje się w ten nurt duchowego terroryzmu. Śmierć wskazująca na koniec czasu, motto podkreślające daremność działań bogacza- oto wizualna summa czterech poprzednich bram. Obracanie uwagi na świat materialny, koncentrowanie się na dobrach doczesnych jest działaniem daremnym. Atrybutem nietypowym są tu widły, zwykle towarzyszące diabłom, ale nie można odmówić temu zestawieniu swoistej logiki. Wpisują się one świetnie w obraz śmierci jako żeńca, który wprawdzie zwykle ścina ludzkie żywoty kosą bądź sierpem- ale, bądźmy szczerzy- zżęty pokos należy zebrać. Śmierć z naszej ryciny przyszła do komory nie tyle na żniwa, co właśnie po zbiory (a co!). Jak to radośnie pisał równie ambitnie rymujący ksiądz Baka:

“Hej dziateczki
Jak kwiateczki
Powycina was
Pozżyna
Śmierć kosą”.



Śmiertka z sierpem i motywem żniw. Nagrobek ławnika miejskiego Edwarda Roggena (po naszemu rzecz biorąc- Edka Żyto, co tłumaczy figlarny dobór takich a nie innych symboli), niegdyś w kościele franciszkanów w Toruniu, teraz w Muzeum Narodowym w tym samym mieście.

Tym optymistycznym akcentem zamyka się piąta brama (o godzinie 5.51 czasu środkowoeuropejskiego). Zaniedbałem nieco wątek drzewa sefirot- trzeba będzie do niego powrócić przy okazji bramy szóstej, ale póki co- śpij, cny czytaczu i niech Ci kołdra lekką będzie, a za mą duszę, zmów Ty też czasem paciorek.

niedziela, 20 listopada 2016

Zawsze pierwszą w prawo

Brama czwarta. Czwarta litera alfabetu herbajskiego- Dalet (drzwi), rzymska czwórka i grecka delta. Maksyma towarzysząca obrazowi to

FOR. N.N OMN. A.QVE

FORTUNA NON OMNIBUS AEQUE

Fortuna nie wszystkich traktuje tak samo (nie wszyscy mają równe szczęście).

Błazen z laską stoi przed drzwiami prowadzącymi do ośmiokątnego labiryntu. Przed nim, na ziemi, leżą trzy kości, każda z oczkami 1,2 i 3. W wersji LCF labirynt jest otwarty z obu stron, w AT wyjście jest zamknięte.

Labirynt jest jednym z najstarszych symboli znanych ludzkości. Jednym z tych, które pojawiły się jeszcze w czasach łupania kamienia. Jak wszystkie stare symbole obrósł setkami znaczeń- jedne z nich zastępowały drugie. Od symboli solarnych, poprzez kult przodków, rytów inicjacyjnych… było ich mnóstwo a opowiadanie o wszystkich rozdęłoby ten post do rozmiarów doktoratu z czasów, kiedy nikt nie uznawał za “wyższe” wykształcenia nabytego w trakcie dwóch lat studiów. Z racji szczupłości miejsca i mojego lenistwa skoncentruję się wyłącznie na tropach istotnych dla odcyfrowania znaczenia interesującej nas ryciny.


Na terenach północnej Europy, od Anglii, przez Niemcy, Skandynawię i Polskę aż do Rosji bardzo popularne były tzw. turf mazes- labirynty wycięte w murawie. Na dobrą sprawę nikt nie potrafi powiedzieć, jak stare (bądź starożytne) były. Will Szekspir w swoim “Śnie nocy letniej” (polski przekład niestety nie staje na wysokości zadania, pisząc o nich jako o “trawą zarosłych chodnikach”, a grę w młynka nazywając "kręgielnią")

"The nine men's morris is fill'd up with mud;
and the quaint mazes in the wanton green,
for lack of tread are undistinguishable."

Kręgielnie błotem dzisiaj zapełnione,
A powikłane na łąkach chodniki
Nie zostawiły i śladu po sobie;


O tych pierwotnych, trawiastych labiryntach wiemy, że były ważną częścią obchodów pogańskich świąt, a z czasem, znajomym trybem, zostały inkorporowane do obrzędów chrześcijańskich. W Polsce- Zielonych Świątek. Tak u nas, jak i na terenie Rzeszy, podejrzanie często nazywało się je “grobami Szwedów”, uznając za miejsce pochówku szwedzkich oficerów, mimo że równocześnie powszechne było przekonanie, że są w istocie dużo starsze. Znane są również pod innymi nazwami, będącymi wariacją określenia “mury Troi”. Jako takie miałyby być rodzajami planów czy makiet miasta upadłego przez podstęp boskiego Laertydy. Obie nazwy niosą ze sobą dwa osobne, ale równie ciekawe przekazy. Pierwszy wskazuje na genezę tego rodzaju “budowli”- rzeczywiście wydaje się być prawdopodobnym, że były związane z wojowniczymi skandynawami. Drugi wiąże się ze średniowieczną, już chrześcijańską, interpretacją labiryntu. Oto w czasach budowy wielkich katedr- Chartres, Reims czy Amiens, na posadzkach pojawiają się labirynty identyczne z tymi, które znamy ze Skandynawii (czy z Polski- vide Słupsk). Właściwie bez wyjątku interpretowane są jako plan Jeruzalem. Dużo później- prawdopodobnie około- XVII wieku pojawiły się nawet rytuały tzw. "chemin de Jerusalem", polegające na przechodzeniu całej ścieżki labiryntu na kolanach, co miało być równoznaczne z pielgrzymką do świętego miasta. Żeby było zabawniej te średniowieczne (powstałe między XII i XIV wiekiem) labirynty, inspirowane “ziemnymi” ścieżkami, zainspirowały z kolei renesans przykościelnych czy wręcz ogrodowych “turf mazes” z XV i XVI wieku, co z czasem doprowadziło do pełnoprawnych konstrukcji ogrodowych znanych z kostiumowych romansów. Ot- jak połączyć wikingów z Ludwikiem XVI.


Wracając do rzeczy i zbierając ważne dla niniejszych rozważań informacje: labirynty, nazwijmy je umownie “skandynawskie, miały służyć bardzo praktycznym celom. Jeśli wierzyć opowieściom, to podobnie jak labirynt Minosa były pułapką mającą uwięzić zagrożenie- psotne trolle i złe wiatry, mogące utrudniać życie rybakom. Labirynt jako klatka na zło. W przypadku labiryntów średniowiecznych funkcja była odwrotna- labirynt stanowił obraz życia ludzkiego, z narodzinami jako jedynym wejściem i Bogiem jako punktem centralnym. Taki labirynt to nie pułapka, a raczej skarbiec.


Labirynt w katedrze w Chartres. Rycina Jean Baptiste Rigaud z 1750.


Weźmy “poprawną” rycinę. Nasz Viator, ubrany w czapkę błazna (noszoną również przez Czarownika w niektórych edycjach tarota- co może, jak w bramie II, wiązać się z trzymaną przez niego w ręku laską) stoi przed labiryntem, otwartym z obu stron (w wersji “niekoszernej”- zamkniętym). U jego stóp leżą trzy kości. Suma oczek to- jakże by inaczej- 666. Liczba bestii.

No właśnie. Tu mamy pewien problem. Tak, według apokalipsy św. Jana 666 to liczba bestii, co tradycja chrześcijańska odczytuje jako liczbę będącą symbolem szatana (możemy odłożyć na bok współczesne rozważania bibliologów, którzy przychylają się do zdania, że pierwotnie chodziło raczej o liczbę 616- dla tworzenia się symboli o których rozmawiamy stan faktyczny był kompletnie nieistotny). Sęk w tym, że- co było wyraźnie widać na przykładzie wcześniejszych bram- symbolika ilustracji jest związana nie tylko z kręgami chrześcijańskimi, ale przede wszystkim z gnozą i kabałą. W tradycji kabalistycznej szóstka to symbol świata materialnego, stworzonego w sześć dni, z sześcioma kierunkami kardynalnymi (wschód, zachód, północ, południe, góra i dół). Potrojenie- to odpowiednik podniesienia symbolu do rangi doskonałości (stąd min. trzykrotne powtarzanie błogosławieństw i przekleństw- takich jak choćby anatema). Jeśli przyjmiemy tę optykę, to chrześcijańska liczba bestii stanie się symbolem perfekcji świata materialnego.


Labirynt jest- bez wątpienia- drogą, na co wskazuje fakt, że posiada dwa wyjścia. Nie więzienie bestii, a droga do celu. Wędrownik musi otworzyć jedne drzwi i przejść aż do drugich. Jeśli przyjmiemy interpretację kabalistyczną, to brama IV i III, odpowiadając bliźniaczym sefirotom, będą mieć bliźniacze znaczenie. W obu mamy do czynienia z przejściem “na drugą stronę”. Brama trzecia wskazuje na zagrożenia- czwarta precyzuje o jakiego rodzaju przejście chodzi. Piąta domknie przekaz ale- jak piszą kiepscy autorzy- nie uprzedzajmy wydarzeń.


Wróćmy do motta. Fortuna jest kapryśną panią i nie wszystkich obdarza jednakowo. Znalezienie właściwej drogi w nieznanym labiryncie czasem jest kwestią ślepego trafu. Życie- rzutem kośćmi a najwłaściwszą drogę wybiera czasem błazen który po prostu miał szczęście.

środa, 16 listopada 2016

Ani dbaj o strzały...

Trzecia z bram. Litera Gimmel, rzymska trójka i grecka gamma.

VERB. D.SUM C.S.T. ARCAN.

VERBUM DIMISSUM CUSTODAT ARCANUM - Zagubione słowo kryje tajemnicę

Viator zbliża się do ufortyfikowanego mostu na rzece. Nad nim, z chmur, wychyla się postać nagiego mężczyzny z napiętym łukiem i kołczanem (pustym, bądź- w wersji LCF- zawierającym jedną strzałę).


Rycina która stanowiła dla mnie niemałe wyzwanie. Biorąc rzeczy wprost- nie ma tu żadnego widocznego odniesienia do którejkolwiek z kart tarota. Jeśli chodzi o drzewo życia (czy- drzewo sefirot) również trudno znaleźć proste odniesienia. Jeśli nasza droga szła z Malkuth przez Yesod, to stoją przed nami trzy drogi. Wybierając, zgodnie z przekazem, ścieżkę lewej ręki powinniśmy teraz natrafić na Hod- sefirotę chwały i majestatu, tymczasem patrząc na rycinę trudno znaleźć jakikolwiek ślad tych cech. Pewnym punktem zaczepienia jest interpretacja drzewa sefirot jako mapy ludzkiego ciała. Według tej interpretacji Malkuth to usta (gest milczenia u rycerza), Yesod to genitalia (pustelnik i mnisia wstrzemięźliwość), a dwie kolejne, bliźniacze sefiroty- Hod i Netzah- to lewa i prawa stopa- czyli wędrówka. Rzeczywiście- ilustracje do trzeciej i czwartej bramy dotyczą wędrówki, przemieszczania się, z postacią błazna (czy głupca) w roli Viatora.

Netzah- to uczucie, czysta, nieokiełznana energia. Hod- to rozum który ową energię porządkuje, nadaje jej pojmowalne kształty. Trywializując: z mglistych, ulotnych uczuć formułuje zrozumiałe, uchwytne słowa. Jeśli przyjąć, że świat jest emanacją absolutu od którego promieniowanie schodzi w dół, a po drodze jest filtrowane przez kolejne sefiroty, to idea pozostająca jeszcze w formie nienazwanej w Netzah kiedy dociera do Hod zostaje określona, ujęta w słowa. To pierwsze z ogniw łańcuszka łączących rycinę z Hod- łacińska maksyma wyraźnie odwołuje się do słów.

Hod jest również sefirotą modlitwy, rozumianej jako bezwzględne podporządkowanie się woli boskiej. Podczas gdy Netzah- jako energia- pokonuje przeszkody. Hod poddaje się ich wymogom. Odpowiada jej postawa wytrwałego, spokojnego (chciałoby się powiedzieć "żydowskiego") cierpienia w zgodzie na wyroki opatrzności.

Wędrowiec spotyka na swojej drodze przeszkodę- jest nią rzeka. W symbolice europejskiej- symbol przejścia. Przekroczenie rzeki, przejście na drugą stronę jest jedną z najczęstszych metafor śmierci. Czy będzie to Styks czy Jordan- nie ma to wielkiego znaczenia. W drodze do oświecenia koniecznym jest, aby adept w jakiś sposób umarł. Dla świata, dla ludzi, dla ego- w różnych religiach i w różnych rytuałach przejścia różnie jest to opisywane. Żeby iść dalej, adept musi przekroczyć ostateczną granicę. Pogodzić się ze śmiercią.

Łucznik w chmurach. Realne zagrożenie… bądź realna pomoc. Najbardziej oczywistą interpretacją byłoby odczytanie go jako Kupida, który powinien mieć po jednej ze strzał dla każdego z kochanków, stąd pusty kołczan oznaczałby, że Wędrowiec został skazany na miłość tragiczną i bezsensowną- jego droga byłaby drogą do zatracenia. Ciekawe, ale do bólu pogańskie. Wracając do kręgów judeochrześcijańskich: Hod jest sefirotą wytrwałego cierpienia, które zostaje nagrodzone. Owo cierpienie jest conditio sine qua non rozwoju, a nieustanne doświadczanie przez los ma być jedną z metod samodoskonalenia. Stąd- cytując Hioba

“(...)strzały Boga tkwią we mnie,
moja dusza truciznę ich pije,
strach przed Bogiem na mnie naciera.;”


Ilość strzał może wskazywać na kierunek z którego nadchodzi zagrożenie. O ile jedynka symbolizuje zwykle Boga, o tyle dwójka- jak pisał kanonik Hugo od Świętego Wiktora- jest pierwszą liczbą która zrywa z jednością i jako taka stanowi jej przeciwieństwo, symbol grzechu a więc- szatana. Jeśli uznać “Dziewięć wrót” za utwór satanistyczny (jak chcą tego niektórzy), byłoby to ostrzeżenie dość... nieoczekiwane .