środa, 3 października 2012

Moja prawda jest mojsza.

"To może jako następny ktoś z zupełnie innej beczki - Nichiren? :) "
A bardzo kolegę proszę- nasz klient nasz perpan.

Nichren pewnością był osobowością nietuzinkową, reformatorem religijnym który w poważny sposób wpłynął na kształt japońskiego buddyzmu. Równocześnie miał tyle cech twardogłowego, fanatycznego doktrynera, że o wiele łatwiej podziwiać jego wytrwałość i oddanie przekonaniom, niż wykrzesać z siebie sympatię dla tego rodzaju indywiduum.

Pochodził z najniższych warstw społeczeństwa. Sam pisał o sobie że pochodził z rodziny „chandala”, co w sanskrycie oznacza osoby zajmujące się usuwaniem zwłok i innymi tego typu „kalającymi” czynnościami. Odpowiednikiem tej kasty w Japonii byliby Eta. Jest w tym chyba trochę przesady- wiadomo że jego ojciec był rybakiem. W każdym razie przyszły prorok urodził się 16 lutego 1222 roku.Rodzice nadali mu imię Zennichimaro, które tłumaczyć można na wiele sposóbów, w każdym razie niezależnie od przekładu zawsze jest tam jakaś superlatywa i coś o słońcu („Wspaniałe słońce”, „Słońce cnót”). Nie wiadomo czy jest to historia „prawdziwa” czy legenda dopisana później przez zwolenników Nichrena, w każdym razie miało to mieć związek ze snem który przyśnił się matce tuż przed porodem- słońce spoczywające w kwiecie lotosu „wpłynęło” do pomieszczenia w którym była.

Niewiele wiadomo o najwcześniejszych latach jego życia. W wieku 11 lat wstąpił do klasztoru, pięć lat później został wyświęcony w świątyni sekty Tendai, w Kiyosumi-dera. Warto zwrócić uwagę na to, że sutra Lotosu uważana jest przez tę odmianę buddyzmu za najpełniej oddającą czy wyrażającą dharmę, co znajdzie później swoje odbicie w doktrynie którą stworzył Nichren. W każdym razie ten ostatni aż do 1253 wędrował po różnych świątyniach w kraju, zgłębiając doktrynę. Co ciekawe i bardzo nietypowe dla Japonii, nigdy nie posiadał mistrza. Był bezkompromisowym i chyba dość niezależnym intelektualnie samoukiem, który poświęcił się badaniom pism, ze szczególnym naciskiem na wielbioną przez niego sutrę Lotosu.

28 kwietnia 1253 roku ogłosił zręby swojej doktryny. Była ona o tyle nowatorska, że odrzucała przekonanie o nieuchronności następowania po sobie kolejnych epok czy- jak kto woli- faz rozwoju buddyzmu. Według Nichrena nadejście mappo było wynikiem nie tyle naturalnej i nieodwracalnej przemiany, co następstwem grzesznego przyzwolenia rządzących na niemoralność i „zatruwanie” czy „rozwadnianie” oryginalnej nauki Buddy. Wszelkie nieszczęścia jakie tylko mogły spać na kraj, naród czy jednostkę, były rodzajem boskiej odpłaty za szerzenie bądź dopuszczanie szerzenia się „fałszywych” poglądów. Jako że Nichren za prawdziwą uznawał wyłącznie własną, „oczyszczoną” z późniejszych wpływów wersję buddyzmu Tendai, wszystkie inne, wliczając tę z której nasz prorok się wywodził, uważał za twory piekielne (buddyzm Zen określał wprost nazwą „nauk demonów”, a nie była to bynajmiej najgorsza z obelg jakimi miotał). Rzeczywiście można uznać stworzoną przez niego wersję buddyzmu za rodzaj buddyjskiej ortodoksji. Nichrenizm z pewnością zrywał z górą ezoterycznego bagażu właściwego starym szkołom, odrzucał również przesłanie amidyzmu, chociaż warto zwrócić uwagę że tak jak amidyzm szerzył wiarę w nembutsu, tak szkoła Nichrena ukuła swoje własne daimoku czy, poprawniej, z pełnym szacunku przedrostkiem, o-daimoku, „Namu Myoho Renge Kyo” (Chwała Lotosowie boskiego prawa). Wers ten recytowano i śpiewano do wtóru łomotu bębnów chociaż trzeba oddać wyznawcom Nichrena sprawiedliwość- nie przypisywano mu niemal magicznej mocy sprawczej jaką nembutsu miało dla amidystów. Było to tylko i aż credo, znak rozpoznawczy i zawołanie bojowe jednej z najbardziej ksenofobicznych i nietolerancyjnych szkół buddyzmu japońskiego.

W 1260 Nichren ogłosił swój „Traktat o ustanowieniu właściwego kultu w celu zapewnienia szczęśliwości kraju” (Risshō Ankoku Ron). Pismo to zawierało ni mniej ni więcej tylko prostą wykładnię tego, jak to tajfuny, trzęsienia ziemi, nieurodzaje i wszelkie inne nieszczęścia są rezultatem przyzwolenia przez rządzących na głoszenie fałszywych bądź przestarzałych doktryn. Pomiędzy wszystkimi pouczeniami znajdowały się też przepowiednie mówiące że jeśli rząd nie naprawi swoich błędów, kraj zostanie ukarany najazdem z kontynentu (przepowiednia którą przypomniano sobie w czasie najazdu Mongołów). Szogunat odpowiedział w sposób zaskakująco łagodny, wyganiając hałaśliwego mnicha (banicję zniesiono niedługo później, w 1261). Oczywiście rząd z Kamakury swoje, a urażone szkoły buddyjskie i powiązani z nimi arystokraci swoje. Nichren spotykał się z zemstą różnej maści bonzów, raz próbowano go nawet zdekapitować. Uratowało go wówczas pojawinie się nad morzem „jasnej kuli, świecącej jak księżyc” które przeraziło katów. Sam prorok przyjmował wszelkie niedogodności jak przysłowiowy „dopust boży” , ale ani razu nie odstąpił od swoich poglądów, za co skazano go na wygnanie po raz kolejny, w roku 1272, które ponownie zniesiono w 1274. Na jego plus warto zapisać że kiedy po odparciu najazdu Mongołów różnej maści zakony zgłaszały swoje pretensje do nagrody za wymodlenie boskiej interwencji, Nichren, wezwany na dwór, nie wykorzystał tej okazji do zbierania owoców urzeczywistnienia się swojej przepowiedni sprzed lat (czego nikt pewnie by mu nie odmówił). Ograniczył się do kolejnego wygłoszenia tych samych, znanych wszystkim napomnień, które spotkały się z tym samym odezwem co zwykle- zignorowano go. Wówczas zastosował się do chińskiej maksymy mówiącej że mędrzec którego rady zostaną trzykrotnie odrzucone powinien się usunąć na bok i udał się na dobrowolne wygnanie na górę Minobu. Założył tam świątynię, Kuon-ji, która stała się centrum założonego przez niego wyznania. W 1282 słabujący na zdrowiu Nichren wybrał się „do wód”, by podreperować swój organizm korzystając z gorących kąpieli. Niestety, podróż okazała się być zbyt męcząca i po 10 dniach zmarł w posiadłości Ikegami Munenakiego świeckiego wyznawcy swojej doktryny.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Fiu fiu

Zen. Najlepiej sprzedająca się szkoła buddyzmu na świecie. Medytacja, koany, obowiązkowe głębokie frazy o pustce z kołem ratunkowym w postaci programowego aintelektualizmu (w razie gdyby ktoś nalegał na objaśnienia). We wszystkich obecnie istniejących szkołach tego odłamu siedząca medytacja zazen czy shikantaza zajmuje poczesne miejsce, stając się wręcz znakiem rozpoznawczym. Swego czasu istniała w Japonii szkoła która niemal całkowicie odrzucała tego rodzaju zabiegi. Fuke (czy poprawniej: Fuke- shi) wywodziła się z popularnej do dziś szkoły Rinzai. Pochodziła (jak cały zresztą buddyzm Zen/ Chan) z Chin. Jej protoplastą był dość ekstrawagancki nauczyciel Puha, w transkrypcji japońskiej właśnie Fuke. Kiedy jego mistrz umierał, miał poprosić zebranych uczniów o namalowanie swojego portretu. Wszyscy mnisi rzucili się do pędzli, jeden tylko Puha wywinął salto. Mistrz skomentował to „on kiedyś będzie uczył w bardzo ekstrawagancki sposób” po czym umarł. Gest Puha może wydać się obraźliwy (nauczyciel umiera a ten sobie wywija fikołki), w rzeczywistości jednak miał zaledwie stanowić rozwiązanie „zadania” jakie postawił mnichom umierający. Tworzenie portretu czyli zaledwie próby uchwycenia, odwzrowania materialnej rzeczywistości, jest w obliczu ulotności tej ostatniej kompletnie absurdalne i pozbawione znaczenia. Mistrz tak czy tak umiera, tworzenie portretu jest idiotyzmem- w tej sytuacji nawet salto ma więcej sensu.

Buddyzm Fuke koncentrował się na nieprzekazywalnych aspektach oświecenia. Nie odrzucał sutr (podobnie jak i inne gałęzie Zen z dużym szacunkiem podchodził zwłaszcza do sutry diamentowej i Lankavakara sutry), ale próżno w nim szukać praktyki recytacji. Za całą medytację miała służyć święta muzyka, honkyoku- prawdopodobnie początkowo po prostu forma ćwiczenia oddechowego, odbywanego w trakcie długotrwałych wędrówek. Z czasem uległa ona oczywiście kodyfikacji, powstały kolejne kanony, ale pierwotnie ideałem miało być naśladowanie „wiatru w zaroślach bambusa”. Oprócz pełnienia swej pierwotnej funkcji honkyoku stała się też sposobem na zbieranie datków. Wędrujący mnich siadał gdzieś w kątku i grał w nadziei na to że ktoś z przygodnych słuchaczy odwdzięczy się jałmużną.



Mnisi Fuke początkowo znani byli pod nazwą komoso, czyli „mnichami słomianej maty”, ale pod koniec XVII wieku nazwę „odrobinę” zmieniono na komuso- „mnichów pustki” co- bądźmy szczerzy- z marketingowego punktu widzenia brzmi o wiele zgrabniej. Najbardziej charakterystycznym elementem ich stroju był wyjątkowo głęboki kapelusz, całkowicie zakrywający twarz i trochę podobny do odwróconego do góry nogami wiklinowego kosza. Zapewniał on pełną anonimowość, cenną dla chcących pozbyć się jakichkolwiek cech indywidualnych mnichów, ale tym bardziej cenną dla ludzi mających o wiele bardziej przyziemne intencje- roninów, szpiegów i temu podobnych indywiduów. Swoją drogą tak owa anonimowość, jak i flet miały być- jak twierdzi T. Screech- traktowane jako fetysz. Dodatkową zachętą do włożenia misiego przebrania była swoboda poruszania się po terenie całego kraju, którą cieszyli się komuso- rzecz dość niespotykana w państwie policyjnym jakim była Japonia Tokugawów. Współcześnie badacze przychylają się do teorii jakoby w rzeczywistości Fuke najprawdopodobniej byli zwolennikami bakufu, co tłumaczyłoby nie tylko dość niecodzienne przywileje jakimi się cieszyła sekta, ale i fakt jej rozwiązania zaraz po upadku szogunatu.



Jakkolwiek wyglądały fakty dotyczące politycznych powiązań Fuke, w popkulturze komuso są niemal zawsze agentami wrogich sił, czy będą to shinobi na usługach Ura-Yagu, polujący na Kazuro Okami czy też mnisi z klanu Kruka z komiksu Okko.

wtorek, 10 kwietnia 2012

Nie-tak-znowu-Complete JianShu

Chiński jian jest dość osobliwym przypadkiem. Broń bez której nie obejdzie się chyba żadna szkoła tai chi czy kung fu, wykorzystywana w setkach- jeśli nie tysiącach- form
i układów. Równocześnie całkowicie niemal wymarła umiejętność praktycznego jej zastosowania. Praktycznego- to znaczy do walki pełnokontaktowej, z przeciwnikiem który nie będzie patrzył na to czy changshan wystarczająco efektownie się układa albo czy cycata blondyna w pierwszym rzędzie zauważa go czy nie, tylko całą swoją uwagę skupi na tym jak możliwie szybko i sukutecznie przy...łożyć w łeb i wygrać starcie. Ostatnimi czasy ten stan rzeczy powoli- wręcz zaskakująco wolno- ulega zmianie. Powstają kolejne ugrupowania skupiające się na zrekonstruowaniu Jianshu i zrobieniu z niego pełnoprawnej sztuki walki, mogącej konkurować z kendo czy choćby DESW. Co ciekawe większość z nich działa poza granicami Chin. Największa to World Jianshu League, jeśli się nie mylę z USA, http://www.worldjianshu.org/) i Traditional Chinese Sword League z Australi (http://www.swordleague.com/). Obie organizacje robią co mogą żeby tworzyć filie
i organizować zawody, póki co co prawda z dość mizernym rezultatem, ale jeśli zerknąć na to, jak wyglądały początki DESW można mieć nadzieję że z czasem będzie coraz lepiej.

W moje ręce wpadła ostatnio książka robiąca furorę, reklamowana jako „najbardziej kompletny podręcznik sztuki walki chińskim mieczem” czyli „The complete jianshu. Chinese combat sword for sport”, autorstwa sifu Jasona Tsou i Artura Shonfelda.



Rzecz wydana bardzo praktycznie. Miękka okładka, wewnątrz 237 stron spiętych sprężynką, co znakomicie przedłuża żywotność każdego podręcznika, zwłaszcza w sali treningowej.




Całość podzielono na 6 rozdziałów:

Wprowadzenie (strony 1-20)
Głównie opis budowy miecza, nazewnictwo jego części oraz opis protektorów, tak tych uznawanych za wmagane, jak i opcjonalnych.

Omówienie głównych zasad (21-58)
Sposoby trzymania rękojeści, kilka słów o konieczności symetrycznego ćwiczenia obu rąk, koncept „bram” (w szermierce europejskiej: otwarć), dystansów, synchronizacji w czasie
i drobna dolewka mistycznego jumbo-jumbo (koniec końców mówimy o wschodniej sztuce walki), szcześciem podanego w dość strawnym sosie.

Podstawy Jianshu (58-111)
Rozgrzewka, statyczna i dynamiczna, ćwiczenia koordynacji, Qi Gong dla praktyków jianshu, wreszcie postawy.

Trening (112-194)
Trzy zestawy ćwiczeń: ofensywne, defensywne i związane z „kontrolą bram” (mówiąc po ludzku: bloki dynamiczne), ćwiczenia zadaniowe w parach, kombinacje.

Praca nóg (193-210)

Sparring (211-221)
System punktów, opis wyposażenia, rozmiar planszy, sposób oceniania. Część przeznaczona dla osób myślących o bardziej sportowym podejściu.

Mamy też dodatki, zawierające tablice z zestawieniami wszystkich ćwiczeń, technik
i kombinacji. Wszystkie techniki pokazane są na seriach czarno-białych ilustracji. Książce towarzyszy płyta DVD, z demonstracją większości „mięsa” zawartego w podręczniku- poszczególnych ćwiczeń, technik, jest tu również przykład walk zadaniowych i sparringów. Całość jest dość ciekawą inicjatywą, ale nie ma co ukrywać- obarczoną wszystkimi możliwymi chorobami wieku dziecięcego. Kulawa angielszczyzna (skoro nawet ja to zauważam, to rzeczywiście musi to być dość koszmarna wersja angielskiego) jest do przełknięcia, koniec końców to nie epos poetycki, ważne żeby dało się zrozumieć „co autor miał na myśli”. Nieco poważniejszym grzechem jest fakt skoncentrowania się autorów na technikach solo. Pierwsze zdjęcia pary ćwiczącej w duecie znajdują się na stronie ...211, ostatnie- na 214, co daje nam raptem dwie kartki pokazujące samo starcie. Byłoby to zrozumiałe gdybyśmy mówili o podręczniku przeznaczonym wyłącznie dla osób początkujących, na dodatek z gatunku tych, które mają problemy z rozróżnieniem końców miecza. W pracy mającej w tytule słowo „complete” wygląda to na nieporozumienie. Sytuację nieco ratuje DVD, ale tu z kolei wyłazi inny problem- mówiąc językiem szermierzy ewidentny „brak obicia” obu demonstrujących techniki. Dopóki demonstrują techniki solo jest całkiem nieźle, widać że tą część mają opanowaną, są obyci z samą bronią, ale w sytuacji walki z przeciwnikiem pojawiają się jakieś cudaczne przyruchy, widać typową dla początkujących koncentrację na mieczu (tak własnym jak i przeciwnika) i technice oraz brak rzeczywistej intencji trafienia. Sama szermierka wygląda na dość podobną do wczesnego europejskiego rapiera- tego z traktatów Marozzo czy Agrippy. Moim zdaniem rapierzysta czułby się na sali treningowej jianshu jak ryba w wodzie, a i połączenie metody treningowej zaproponowanej przez sifu Tsou z rozwiązaniami taktycznymi choćby Capoferro nie byłoby jakąś straszną herezją.

Sumując: wbrew temu co sugeruje tytuł mamy do czynienia z solidnym podręcznikiem WPROWADZAJĄCYM do zapomnianej sztuki walki, której reanimacja na dobrą sprawę dopiero się zaczyna. Wygląda na to, że dział chiński imaginacyjnego muzeum sztuki walki bronią sieczną ciągle czeka na swojego Kustosza.

niedziela, 11 marca 2012

Nie ma to tanto

Najbardziej znanym z japońskich mieczy jest oczywiście katana. Niestety (a może i na szczęście) noszenie tak wielkich kawałów żelastwa przy sobie wyszło z mody, panowie o zapędach militarystycznych zdecydowali się na zredukowanie swoich ambicji do ostrzy dużo skromniejszych. Temu faktowi zawdzięcza swoją popularność inny z mieczy japońskich- tanto.

Na potrzeby różnej maści bronioznawczych upierdliwców z miejsca zastrzegam, że w rozumieniu europejskim tanto nie jest mieczem, a ledwo sztyletem. Jeśli przyjąć za podstawę klasyfikacji ostrzy regulacje reżimu Tokugawów, to za tanto uznać wypadnie mie... no dobrze, zrezygnujmy z drażliwego słowa: wszekie nihonto o ostrzu krótszym niż 1 shaku (czyli z grubsza licząc 1/3 metra). Broń tego typu mógł nosić każdy (na posiadanie mieczy dłuższych- o-tanto czy wakizashi potrzebne było zezwolenie), stąd ostrza tego rodzaju stanowią najliczniejszą i najlepiej reprezentowaną grupę japońskich antyków- militarów.

Tanto pojawiło się dość wcześnie, bo już w epoce Heian. Służyło do rozstrzygania starć wręcz, obcinania głów pokonanym przeciwnikom czy rozpruwania sobie brzucha (czemu zawdzięczało podśmierdującą patosem nazwę "strażnika honoru"). O ile gość przybywający z wizytą do domu samuraja zobowiązany był do odłożenia swoich mieczy, o tyle, poza sytuacjami wyjątkowymi, tanto wolno mu było zatrzymać. Niektórzy wielcy panowie demonstracyjnie nosili tanto bez mekugi (kołka utrzymującego ostrze w rękojeści)- ten nonszalancki gest pozbawienia się broni miał znaczyć "jestem tak dobrze chroniony, że nie potrzebuję używać mojego miecza, noszę go tylko dlatego, że tak wypada". Przez całe japońskie średniowiecze, aż do okresu wczesnego Edo, tanto produkowano masowo. Wojownik mógł na polu bitwy obejść się bez katany, yari czy teppo, ale przydatny we wszystkich możliwych sytuacjach, od cięcia sznurów po dekapitację przeciwnika "kozik" był niezbędny. Trudno się w tej sytuacji dziwić mnogości form jakie przybierały ostrza. Oczywiście najpopularniejsze były najłatwiejsze do wykonania, w gruncie rzeczy podobne do dzisiejszych noży rzeźnickich hira zukuri, w których obie strony klingi są płaskie (no dobrze, lekko soczewkowate).





Dwa tanto z głowniami w stylu hira zukuri ze zbiorów British Museum. Bardzo ładne bohi (zbrocze) na drugim z nich.

Druga wielka grupa to shinogi zukuri, czyli ostrza posiadające "ość"- shinogi. Trudniejsze do wykonania, często będące rezultatem wtórnego wykorzystania złamanych mieczy, ale ciągle- nieprzesadnie "wydumane". Wszystkie pozostałe odmiany to efekty mniej lub bardziej udanego połączenia zalet (bądź wad) hira i shinogi zukuri- a to z jedną stroną w stylu hira a drugą shinogi, a to z shinogi kończącą się w połowie ostrza- wersji jest naprawdę sporo, ale wymienianie ich "z kronikarskiego obowiązku" nie ma chyba sensu- tego rodzaju informacje wyjątkowo łatwo znaleźć. Tym, na co warto zwrócić uwagę i co jest w gruncie rzeczy powodem powstania tego wpisu, jest kształt sztychu (kissaki). Kolekcjonerzy noży bardzo często mówią o sztychu "typu tanto" bądź wręcz o "tanto" i mówiąc to mają na myśli coś plus minus takiego:



Co ciekawe różnej maści podrabiacze mieczy japońskich nadają taki "dłutowaty" kształt sztychom swoich produktów, idąc za wzorcami rozpowszechnianymi przez popkulturę i uznając go za najbardziej charakterystyczny i najbardziej "japoński" z możliwych. Najzabawniejsze w całej sytuacji jest to, że w japońskich tanto tego rodzaju kissaki w ogóle nie występuje. Biorąc rzecz na mniej lub bardziej zdrowy i mniej lub bardziej chłopski rozum- nic w tym dziwnego. Takie zakończenie ostrza jest na dobrą sprawę najgorszą z możliwych opcji. Zamiast krzywizny, która w czasie ruchu wprost tnie po łuku i rozsuwa materiał- prosty kształt który więźnie w przecinanym materiale. Krok (a nawet kilka kroków) wstecz. Skąd pomysł ? Trudno zgadnąć. Miecze japońskie tego rodzaju sztych miały na dobrą sprawę tylko w stosunkowo krótkiej epoce Heian, a i wtedy dotyczyło to wyłącznie mieczy długich, przeznaczonych do walki z konia i raczej nie stosowanych do sztychów. W przypadku tanto (czy raczej "noży typu tanto") popularny mit stał się podstawą do tworzenia pseudohistorycznych tworów, które z kolei wzmacniają działanie mitu... i tak dalej i tak dalej. Niestety zdarza się, że mający więcej entuzjazmu niż wiedzy amatorzy kierując się tego rodzaju popularnymi wyobrażeniami "poprawiają" kształt zabytkowego ostrza, nieodwracalnie je niszcząc.

niedziela, 27 listopada 2011

Repetitio est mater...

Pisząc o rzeźbie Mikaeri Amidy ledwo wspomniałem o amidyzmie, nie wyjaśniając na dobrą sprawę dlaczego akurat ten odłam buddyzmu miałby być postrzegany jako godny wzmianki konkurent dla- chociażby- chrześcijaństwa czy islamu. Pora chyba nadrobić braki i zjeść tę żabę (swoją drogą zabawne że Amerykanie w tego rodzaju sytuacji mówią o jedzeniu wrony). Przy okazji zdarzy mi się zapewne mówić o rzeczach oczywistych, za co z góry przepraszam.

Buddyzm dotarł do Japonii już w okresie Nara za pośrednictwem Korei i Chin. Kroniki z dużym zaangażowaniem opisują cuda do jakich miało dochodzić w związku z pojawieniem się posągu buddy i dość naturalnym oporem części arystokracji przeciwko nowym ideom. W rzeczywistości opór związany był nie tyle z religią czy ideologią, co z walkami dworskich koterii, jako że z trzech wielkich rodów które zmonopolizowały dostęp do wysokich urzędów nową religię promował ledwie jeden. Koniec końców ród Soga i nowa ideologia zwyciężyły o tyle, że buddyzm zyskał stałe miejsce na dworze cesarskim. Gdyby przyjrzeć się jednak temu zwycięstwu było ono o wiele bardziej pozorne niż choćby chrzest Polski. Ot- nominowano kapłanów sześciu sekt, zwanych później „sześcioma skarbami z Nara”, którzy mieli modlić się za pomyślność rządów cesarskich, pokój i dostatek. Biorąc pod uwagę to, jak obfity był panteon shinto, trudno uznać tego rodzaju „podbój” za znaczący, ale fakt pozostaje faktem- drzwi zostały uchylone. W okresie Heian do wcześniejszych odłamów dołączyły dwa nowe, ezoteryczne szkoły Tendai i Shingon. Obie zawierały bardzo ciekawe koncepcje i wpłynęły tak na umysłowość, jak i historię Japonii w stopniu co najmniej równie silnym co nieco mitologizowany Zen, ale ich wpływ na niepiśmienne masy był bardzo ograniczony z racji dużej złożoności doktryny.



Chińskie malowidło ścienne przedstawiające Gokuraku- Czystą Ziemię buddy Amidy. Dobrze widać bardzo charakterystyczne drzewa spełniające życzenia, przystrojone trochę jak bożonarodzeniowe choinki w supermarketach. Dynastia Ming, około połowy XV wieku. Zbiory Muzeum Sztuki w Birmingham

Znaczącą zmianą było dopiero pojawienie się amidyzmu w postaci tzw. sekty Czystej Ziemi. Dotarł on do Japonii dość wcześnie- już w X wieku mnich Genshin „nawrócił” Michinage no Fujiwara, ale jej rozprzestrzenianie się trwało dość długo- status osobnej szkoły znanej pod nazwą Jodo Shu uzyskała dopiero w XIV wieku. Ujmując jej nauki w największym skrócie oferowała ona stosunkowo prostą drogą do zbawienia. Opierając się na trzech sutrach (krótszej sutrze Sukhavativyuha, dłuższej sutrze Sukavativyuha i sutrze Amitayurdhyana) opisujących leżącą na zachodzie Czystą Krainę czy, używając europeizmu, Raj buddy Amidy nazywany pierwotnie Sukhāvatī a w buddyzmie japońskim określanego nazwami Gokuraku bądź Anraku. Sekta uznawała recytowanie imienia Amidy za jedną z metod medytacji których ostatecznym celem miało być utożsamienie się z nim i przez to odkrycie natury buddy w sobie, osiągnięcie oświecenia. W praktyce już następcy Genshina uprościli zasady i rozpowszechniło się przekonanie o zbawczej mocy, jaką miało mieć choćby jednokrotne szczere i żarliwe wezwanie imienia Amidy- wspomniane wcześniej nembutsu. Honen (1133-1212) twierdził wręcz że wszelkie medytacje i/lub rozważania nad sensem nembutsu są nie tylko zbędne ale i szkodliwe- tym co się liczy jest nieustanna nabożna recytacja. Jak pisał (cytując zresztą chińskiego teologa):

„Jedyne co rób to z całego serca powtarzaj imię Amidy . Czy to chodząc czy stojąc, siedząc czy leżąc, nigdy nie przerywaj tej praktyki choćby na moment. To właśnie ona niezawodnie prowadzi do zbawienia...”

Biorąc pod uwagę klarowność doktryny trudno się dziwić popularności tych nauk wśród ludzi, których nie pociągały skomplikowane konstrukcje teologiczne czy, równie złożone, ezoteryczne rytuały. Dołączmy do tego całą ikonografię pokazującą krainę z drzewami spełniającymi życzenia, Amidę zstępującego w asyście dwu bodhisatwów (Seishi i Kannon) by przyjąć duszę wiernego wyznawcy, relikwiami pozostałymi po kremacjach tych, którym miało się udać (znakiem "udanego przejścia" miało być odnalezienie w prochach tzw. sarira- kulistych, krystalicznych tworów, nieco podobnych do perły zarówno jeśli chodzi o wygląd, jak i skład chemiczny) i będziemy mieć obraz religii mesjanistycznej i misyjnej, z prostym i łatwym do zapamiętania zestawem praktyk, nieprzesadnie rygorystyczną i wystarczająco „plastyczną” żeby poddawać się różnym wymogom życia.

nembutsunembutsunembutsu....

sobota, 26 listopada 2011

Czarną ma skórę ten nasz koleżka

Zdarzyło mi się ostatnio w czasie dyskusji na temat sztuki japońskiej usłyszeć o wartościach estetycznych typowych dla niej en masse. Twierdzenie zostało prowizorycznie podparte rzuceniem terminu „mono no aware” i zdrową dozą nabzdyczenia, co dodało całej sytuacji wyjątkowo ujmującego kolorytu, natomiast dla mnie stało się przyczynkiem do zastanowienia się nad tym, w jakim stopniu obraz sztuki japońskiej został zdominowany przez jej najbardziej rozpowszechnioną i- co tu dużo ukrywać- plebejską edycję, czyli pop-kulturę epoki Edo.

Ot- prosty myślowy eksperyment: pytanie z dziedziny „malarstwo japońskie”. Jakieś nazwiska? Zwykle w odpowiedzi na tak rzucone pytanie można usłyszeć o Hokusai, Kuniyoshi, Utamaro, Moronobu (no dobrze, „zwykle” w tym przypadku oznacza drugie miejsce, zaraz po otwierającym stawkę „sp..laj”). Mówiąc krótko: artyści owszem wybitni, czasem nawet malarze, ale ludzie, którzy współcześnie cieszą się popularnością nie dzięki malarstwu, a drzeworytowi. Ich prace tuszem, malarstwo w monochromatycznym stylu suibokuga sumi-e czy w o wiele bardziej dekoracyjnym stylu wielkiej szkoły Kano pozostają na dobrą sprawę nieznane, podczas gdy „Wielka fala” czy ośmiornice dopieszczające poławiaczkę awabi uznawane są za reprezentatywne przykłady sztuki japońskiej. Gest malarski, wyjątkowo znaczący w całej sztuce azjatyckiej, ze świetnymi przykładami autoportretów malowanych palcami maczanymi wprost w tuszu czy całym stylem hatsuboku („rozchlapanego tuszu”), nie istnieje w świadomości powszechnej, chyba że dotyczy kaligrafii.



Sushi i ukiyo-e. Japońska klasyka w wykonaniu- jakże by inaczej- Hiroshige.

Zostawmy zresztą malarstwo, unikając tym samym zarzutu o hołdowanie wypaczonym gustom zadeklarowanych onanistów czy innych- za przeproszeniem- inteligentów i sięgnijmy nieco szerzej. Kultura dawnej Japonii ? Gejsze, sushi, yakuza, samuraje, kimono, wachlarze, papierowe parasolki. Coś z jazdy obowiązkowej pewnie pominąłem, ale chętnym a upierdliwym polecam wklepanie w ramach eksperymentu „kultura Japonii” w google i zerknięcie na to, jakie obrazki wypluje wyszukiwarka zanim w wyniku scrollowania dojdziemy do tego, do czego dochodzi się w necie przy zadaniu dowolnego pytania, o ile oczywiście człowiekowi palce się wcześniej nie zmęczą. Znowu obraz głównie XVII wieczny, bo to i gejsze w swej kobiecej wersji pojawiły się na scenie dopiero w tym czasie i yakuza (jako zorganizowane grupy „dzielnych z gminu” czy- jak wolą inni- sformalizowane organizacje przestępcze) na dobrą sprawę nie istnieli poza środowiskiem wielkomiejskim. Kimono owszem, ma dość imponującą bo sięgającą jeszcze V wieku genealogię, ale to które uważa się za „ikoniczne”, czyli takie które „zwykły” europejczyk pokaże paluchem spytany o to, jak wygląda prawdziwe kimono to wzór który- ponownie, ukształtował się na ulicach Yoshiwary nie dalej niż tych 300 lat temu. Sushi ? Tu podobnie można grzebać bardzo głęboko, jako że wywodzi się ono z dawnych sposobów konserwowania ryb przy pomocy kwasów powstałych w wyniku fermentacji ryżu, ale ponownie- forma małych, szybkich przekąsek, związana jest z kuchniami ulicznymi Edo i sprzedawcami służącymi „czymś na ząb” publiczności w teatrach kabuki. Samuraje ? Tak, to kasta która powstała wcześniej, ale obraz faceta z dwoma mieczami, kierującego się niemal mitycznym kodeksem nie dość, że ma podstawy w regulacjach prawnych reżimu Tokugawów, to jeszcze w jego tworzeniu i popularyzacji paluchy maczali filmowcy zajmujący się gatunkiem chambara. Kojarzy ktoś samuraja bez miecza ? Słynnych siedem włóczni z Shizugatake ? No właśnie...



Afro Samurai. Jakoś tak... pasował mi do tego posta, a że ostatnio wygrzebałem całą serię, pomyślałem że nieładnie byłoby zostawić tą perełkę na boku. Bardzo zgrabna, satysfakcjonująco krwawa i nie do końca głupia, pięcioodcinkowa historyjka. Na dobitkę w anglojęzycznej wersji główny bohater mówi głosem S.L. Jacksona. Czego chcieć więcej ?

Wygląda na to, że po ponad 400 latach od nawiązania kontaktów pomiędzy obiema cywilizacjami, pomimo licznych błogosławieństw jak internet czy Martyna Wojciechowska, nasz obraz dawnej Japonii pozostaje takim, jakim go nam namalowali go nam jej europejscy „odkrywcy”. Biorąc pod uwagę, że w Afryce ciągle mieszka murzynek Bambo, to i tak nie najgorzej.

wtorek, 15 listopada 2011

Komu odbija pędzel

Dlaczego kitki, czy może raczej należałoby powiedzieć „pędzelki” cieszyły się w Japonii tak wielką popularnością ? Trudno powiedzieć. Wiadomo że fryzury z tego rodzaju ozdobą popularne były wśród wszystkich bez wyjątku warstw społecznych przez ponad tysiąc lat. Zaczęło się- oczywiście- w epoce Heian. Początkowo włosy układano na wzór chiński, jednak dość szybko doszło do powstania wariantów lokalnych.

Pierwszym, bardzo charakterystycznym, było pojawienie się sakayaki czyli łysinki, bardzo podobnej do tego co wielu panów dostaje w prezencie od natury bez jakichkolwiek wysiłków ze swojej strony. Według części badaczy miała ona znaczenie funkcjonalne- sprawiała że noszenie hełmu stawało się o wiele wygodniejsze- co wskazuje również na moment w którym nowo powstała warstwa jaką byli samurajowie- w opinii dworu w najlepszym razie grubo ciosani prostacy od mokrej roboty- zaczęła mieć znaczenie nie tylko polityczne, ale i kulturotwórcze. Co ciekawe tego, kto miał prawo nosić taką bądź inną fryzurę nie regulowały żadne ogólne ustalenia, znamy jedynie przykłady zaleceń z „kodeksów domowych”- zbiorów zaleceń które miały obowiązywać w ramach pojedynczych rodów. Jak by nie było już we wczesnej epoce Edo noszenie sakayaki (czy, używając innej nazwy, tsukishiro) nie było już w żaden sposób związane z funkcjami użytkowymi, pozostając kwestią osobistego wyboru. Powstały różnorodne wariacje jak yaro-mage, han-atama czy nakazori. Skoro już jesteśmy przy łysince: jednym z obowiązków samuraja (czyli mężczyzny z klasy bushi pozostającego na służbie) było przestrzeganie higieny i dbanie o wygląd. W czasie burzliwych przemian Meji Ishin wielu buntowników obnosiło się z zaniedbaną czy wręcz kompletnie zarośniętą sakayaki, swoim wyglądem głosząc wszem i wobec „jestem zajętym walką o przywrócenie władzy cesarzowi i wyrzucenie zamorskich diabłów, mam gdzieś takie pierdoły jak dbanie o włosy”. Swoją drogą to dość zabawne jak często zwykłe syfiarstwo próbuje się szminkować różnorakimi ideologiami.




Jak w każdej kulturze świata również i w Japonii epoki Edo moraliści bili w dzwony i bębny, wskazując na ekscentryczne fryzury jako oznakę upadku i rychłej zagłady ludzkości. Jednym z przykładów tego jak wyobrażano sobie szczyty ekstrawagancji jest niezbyt wysokich lotów ilustracja do książki Koikawy Harumachieho z 1781 (według innych 1783) roku, pokazująca dwóch utracjuszy w drodze do Yoshiwary. Oprócz innych ekstrawagancji mamy tu monstrualnych rozmiarów futatsu- yori.

Drugim z elementów fryzury był warkoczyk czy może kitka- mage. Zaimportowana z Chin jako nieodłączny element stroju dworzanina, początkowo wyglądała trochę jak kozacki osełedec i, podobnie jak sakayaki, miała znaczenie czysto praktyczne, pozwalając na pewniejsze umocowanie hełmu do głowy (warkoczyk bądź kitkę przewlekano przez otwór znajdujący się na szczycie kopuły). Z czasem wykształciło się całe mnóstwo odmian. Chasen- gami polegający na takim obwiązaniu kitki, że powstawał pędzelek, trochę podobny do miotełki służącej do spieniania herbaty. Mitsu- ori w którym naoliwione włosy zbierano razem i dwukrotnie składano, najpierw w przód a później na tył głowy czy jego uproszczona wersja, futatsu -yori (tylko jedno złożenie, w przód), wreszcie oichio czyli „liść ginko”- styl chonmage charakterystyczny dla zawodników sumo a polegający na rozłożeniu końcówki mage w wachlarz.