Kolejna chińszczyzna w moim menu. Tym razem legendarny choć zaskakująco mało w gruncie rzeczy rozpowszechniony miecz Wudang w swojej klasycznej postaci.
Zanim krótko o zawartości, warto wspomnieć o samej historii tej publikacji. Otóż mamy do czynienia z reprintem dziełka z roku 1930, z czasów, kiedy w Chinach próbowano zrobić co tylko możliwe żeby ocalić ginące, tradycyjne sztuki walki. Musiały się one znajdować w stanie dość poważnego upadku, skoro autorytetami byli cudzoziemcy. Jak mówi jeden z oryginalnych autorów, Huang Yuan-Xiou (uczeń historycznego pierwowzoru postaci pokazanej w filmie "Niezwyciężony", mistrza Li Jing-lin'a) w przedmowie:
"W młodości studiowałem literaturę. Kiedy nieco podrosłem, zacząłem fascynować się praktyką sztuk walki. W czasie gdy uczęszczałem do Akademii Wojskowej, szermierka była jednym z możliwych kierunków specjalizacji. Niestety, nie było nikogo kto mógłby nauczać tego przedmiotu. Technik takich jak Ji, Pi, Ci, Zhuo nauczył mnie japoński nauczyciel, Matsu Shima Ryo Kichi."
Mamy więc do czynienia z tekstem z pewnością ciekawym i oryginalnym, ale niestety dość przestarzałym jeśli weźmiemy pod uwagę samą formę przekazu, co w pewien sposób utrudnia odbiór.
Do rzeczy. Jak zwykle w przypadku tego rodzaju publikacji początek to różnego rodzaju dedykacje, słowa od autora, tłumaczy i inne temu podobne. Tym razem są one o tyle ciekawe, że zawierają sporo informacji historycznych dotyczących tak stylu, jak i jego mistrzów z lat 20-tych i 30-tych minionego stulecia. Strony te (a jest ich 27) nie zostały wliczone do standardowej numeracji.
Rozdział pierwszy omawia główne zasady metody miecza Wudang. Dość zdawkowo (bez wtrętów tłumaczy cały tekst zmieściłby się na pojedynczej stronie) objaśnione są podwaliny filozofii stylu.
Rozdział drugi zawiera pięć taboo których powinien przestrzegac praktyk sztuki miecza. Tak tak, nie ma się co dziwić- było nie było mamy do czynienia z systemem w którym nakazy religijno- filozoficzne odgrywały niemal tak dużą rolę, jak sama praktyka. Mamy więc zakaz nadużywania seksu (z przezornym wliczeniem masturbacji) i bycia nadmiernie przywiązanym do dóbr materialnych, zakaz przemocy, zakaz łamania reguły uczenia się krok po kroku, zakaz przesadnego przywiązania do treningu i zakaz łatwego rezygnowania. Równie krótkie (jakieś dwie strony).
Rozdział trzeci: Trzynaście głównych technik miecza Wudang. Wbrew temu co sugeruje nazwa mamy tu do czynienia ledwie z wyliczeniem nazw, właściwe objaśnienie zawiera kolejny,
Rozdział czwarty, najobszerniejszy. Tu każda z wymienionych poprzednio technik zostaje objaśniona przy pomocy opisu i jednej- dwu fotografii. Moim zdaniem ta właśnie część książki najbardziej się zestarzała. Oczywiście archiwalne fotografie, przedstawiające mistrzów miecza z lat 20-tych są bardzo ciekawe, ale tak ich jakość, jak i ilość jest- mówiąc delikatnie- dość mizerna. Na tyle, że odróżnienie chou od dai jest praktycznie rzecz biorąc niemożliwe. Plusem jest dokładny opis, pozwalający na "rekonstrukcję" każdej z technik.
Rozdział piąty pierwotnie stanowiła jedna kartka, zawierająca diagram yin-yang, z dodatkowymi podziałami na średnie, mniejsze, najwyższe i stare. Jej cel jest bardzo zbliżony do tego, jaki miały rózne europejskie "koła mieczy" (nota bene równie często
podlewane sporą dozą mistyki). Rozdział szósty- ponownie, jednostronicowy- plan treningowy. Siódmy- niewiele dłuższy- metoda treningu w parach z dopasowywaniem technik "po trójkącie" (rodzaj bardzo uproszczonej wersji "prawdziwej" szermierki Wudang, przeznaczony dla poczatkujących). W rozdziale ósmym znajdziemy objaśnienie na czym polega "prawdziwy" miecz yin-yang czyli jak "czytać" diagram z rozdziału piątego. Dziewiąty zawiera listę ćwiczeń w parach (tzw. zadaniówki), z rozpisanymi zadaniami dla każdej ze stron (uprzedzając- nie jest to jakiś rozbudowany program treningowy, ponownie dwie- trzy stroniczki suchej wymiany "A robi to, wtedy B to". Nie inaczej jest w rozdziale dziesiątym, zawierającym opis "wolnej formy" do pracy w parze- lista gard i technik, z pominięciem nogi (którym pozostawia się ową "swobodę"). Rozdział jedenasty- krótkie omówienie zasad sparringu, rozdziały dwunasty i trzynasty to "pieśni"... no dobra, cos co ma cztery wersy to nie do końca pieśń, w każdym razie krótkie rymowane utwory które miały kiedyś pomóc nieczytatym adeptom zapamiętać i przystwoić sobie podstawowe zasady sztuki. Czternasty to cztery zewnętrzne wymagania stawiane praktykom, piętnasty- cztery wewnętrzne, szesnasty- podstawy użycia miecza w walce (pół stroniczki), siedemnasty dotyczy samego miecza, osiemnasty- o dziwo obszerniejszy- zawiera opis technik ćwiczenia oka, ciała, ręki i nóg.
Całości dopełniają dodatki: mocno retuszowana biografia mistrza Li Jing-lin'a, "genealogia" miecza Wudang, historia szermierki chińskiej, "podstawy starożytnej sztuki kucia mieczy" (mówiąc krótko- o kuciu tam nic nie ma, za to jest trochę informacji o tym jak dopasować miecz do wzrostu użytkownika) i spis różnych słynnych chińskich mieczy- od takich które walczyły jak kije samobije i wyły jak smok po jak najbardziej historyczne.
Powyższa wyliczanka jest dość monotonna, ale przyznam że trudno mi w inny sposób przybliżyć zawartość tych wszystkich króciutkich, jednostronicowych "rozdziałów". Mam nadzieję że daje ona obraz tego, czego spodziewać się po całości.
Moja osobista ocena ? Ciekawie opracowany, ciut zatęchły jesli idzie o sposób prezentacji materiału, zabytek. Z pewnością publikacja która może pomóc w wyrobieniu sobie opinii na temat miecza Wudang i tego, które z jego ponad 30 technik podstawowych uznawano za najważniejsze, ale w żadnym razie nie "kompendium" czy samouczek w rodzaju "miecz Wudang w weekend". Pozycja warta tych dwudziestu dolarów które za nią woła amazon, ale zdecydowanie "pomocnicza" w zestawieniu z pracami Kobayashi, Rodell'a czy Jwing- Ming'a.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miecz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miecz. Pokaż wszystkie posty
środa, 2 stycznia 2013
niedziela, 9 grudnia 2012
Jian
Nooo dobrze. Jian. Moja nie taka znów nowa zabawka. Kolejna z broni o której "wszyscy wiedzą", a która tak na dobrą sprawę pozostaje nieznana.
Na początek najprostsze i najłatwiejsze do ustalenia fakty, których nawet twórcom filmów fantasy nie udaje się pominąć: mamy do czynienia z bronią sieczną, obusieczną, jedno bądź dwu ręczną, z długą rękojeścią o mało rozbudowanym jelcu.
Pierwotnie, podobnie jak i w Europie, była to broń o zastosowaniu jak najbardziej bojowym, masywna, przeznaczona raczej do rąbania niż do kłucia (niektóre egzemplarze były całkowicie pozbawione sztychu).
Przykłady brązowych mieczy z okresu Walczących Królestw.
To co dziś uznajemy za "typowy" jian to miecz z epok Ming/ Quing, czyli ledwie dwu ostatnich dynastii panujących w Chinach i 500 ostatnich lat rozwoju tej broni (przy czym użycie słowa "rozwój" dla tej schyłkowej epoki jest pewnym nadużyciem). W każdym razie jedno jest pewne: w okresie o którym mowa była to broń typowo cywilna, używana przez uczonych, urzędników i arystokratów jako oznaka statusu i narzędzie samoobrony. Miecz, jako atrybut bothisattvy Manjusri i taoistycznych nieśmiertelnych był symbolem mądrości i z tego powodu stał się jednym z akcesoriów towarzyszących wszelkiej maści uczonym. Czasami nosili go oficerowie i dowódcy, ale funkcję użytkową na polu bitwy przejęła szabla dao. Jeśli szukać jakichkolwiek odpowiedników jiana w arsenale europejskim, to najbliższy chińskiemu mieczowi z tej epoki byłby rapier europejski w swojej wczesnej wersji, choćby ten z traktatów Marozza (nota bene pochodzący mniej więcej z tego samego czasu). Przeznaczony głównie do kłucia, choć ciągle wystarczająco masywny żeby cięcia były możliwe. Stosowany niemal wyłącznie "samodzielnie", bez broni towarzyszącej (co z punktu widzenia pola walki jest kompletnym absurdem i tylko poświadcza twierdzenie o cywilnym pochodzeniu), choć- podobnie jak w przypadku rapierów- zdarzały się przypadki użycia dwu bliźniaczych mieczy i- ponownie, podobnie jak w Europie- były one raczej rzadkie. Ponownie (bo analogia jest tu zbyt wyraźna żeby ją pominąć) tak jak i rapier na naszym podwórku, jian wymagał długotrwałego, a co za tym idzie kosztownego, treningu, co było kolejną z przyczyn, dla których nie cieszył się popularnością wśród niższych warstw, wśród których królowała łatwiejsza do opanowania (przynajmniej jeśli chodzi o poziom podstawowy), premiująca siłę fizyczną szabla dao.
Portret Dorgona, księcia Rui (1612– 1650). Ładnie wyeksponowany na stojaku, ozdobny jian- ważna oznaka statusu portretowanego.
Praktykom europejskich sztuk walki sam podział ostrza proponowany w chińskich traktatach prawdopodobnie również wyda się znajomy. Dzieli się je zwykle na trzy równe części, z których tylko sztych jest ostry, natomiast dwie pozostałe (zwłaszcza najbardziej masywna, leżąca najbliżej rękojeści) są tępe i służą do blokowania. Taki pokrój głowni w oczywisty sposób determinuje taktykę walki- praktyk jian shu będzie raczej unikał bliskiego dystansu, starając się utrzymywać przeciwnika na odległość. W repertuarze technik znajdują się również uderzenia głowicą rękojeści i dźwignie a także (choć to już- ze zrozumiałych przyczyn- rzadkość) kopnięcia.
Szarfa czy pompon wiązany przy rękojeści, które dziś w świecie praktyków sztuk walki są często uznawane za elementy bardzo ważne z punktu widzenia techniki, to kolejne pozostałości "urzędniczej" przeszłości, czasów, kiedy kolor tego rodzaju elementu świadczył o dworskiej randze użytkownika. W realnej walce bardziej przeszkadzał niż pomagał- nie dość że plątał się, zmieniał wyważenie broni i na dodatek wyjątkowo łatwo było za niego chwycić, co dla przeciwnika jest wprost wymarzoną szansą.
Miecze których obecnie używają niektórzy praktycy tai-chi i wu-shu- cienkie i wiotkie wstążki metalu- stanowią całkowite zaprzeczenie jakiegokolwiek utylitaryzmu i nie są niczym więcej niż akcesoriami gimnastycznymi, choć ich ogólny pokrój w bardzo ogólnym zarysie nawiązuje do wzorców historycznych.
Na początek najprostsze i najłatwiejsze do ustalenia fakty, których nawet twórcom filmów fantasy nie udaje się pominąć: mamy do czynienia z bronią sieczną, obusieczną, jedno bądź dwu ręczną, z długą rękojeścią o mało rozbudowanym jelcu.
Pierwotnie, podobnie jak i w Europie, była to broń o zastosowaniu jak najbardziej bojowym, masywna, przeznaczona raczej do rąbania niż do kłucia (niektóre egzemplarze były całkowicie pozbawione sztychu).
Przykłady brązowych mieczy z okresu Walczących Królestw.
To co dziś uznajemy za "typowy" jian to miecz z epok Ming/ Quing, czyli ledwie dwu ostatnich dynastii panujących w Chinach i 500 ostatnich lat rozwoju tej broni (przy czym użycie słowa "rozwój" dla tej schyłkowej epoki jest pewnym nadużyciem). W każdym razie jedno jest pewne: w okresie o którym mowa była to broń typowo cywilna, używana przez uczonych, urzędników i arystokratów jako oznaka statusu i narzędzie samoobrony. Miecz, jako atrybut bothisattvy Manjusri i taoistycznych nieśmiertelnych był symbolem mądrości i z tego powodu stał się jednym z akcesoriów towarzyszących wszelkiej maści uczonym. Czasami nosili go oficerowie i dowódcy, ale funkcję użytkową na polu bitwy przejęła szabla dao. Jeśli szukać jakichkolwiek odpowiedników jiana w arsenale europejskim, to najbliższy chińskiemu mieczowi z tej epoki byłby rapier europejski w swojej wczesnej wersji, choćby ten z traktatów Marozza (nota bene pochodzący mniej więcej z tego samego czasu). Przeznaczony głównie do kłucia, choć ciągle wystarczająco masywny żeby cięcia były możliwe. Stosowany niemal wyłącznie "samodzielnie", bez broni towarzyszącej (co z punktu widzenia pola walki jest kompletnym absurdem i tylko poświadcza twierdzenie o cywilnym pochodzeniu), choć- podobnie jak w przypadku rapierów- zdarzały się przypadki użycia dwu bliźniaczych mieczy i- ponownie, podobnie jak w Europie- były one raczej rzadkie. Ponownie (bo analogia jest tu zbyt wyraźna żeby ją pominąć) tak jak i rapier na naszym podwórku, jian wymagał długotrwałego, a co za tym idzie kosztownego, treningu, co było kolejną z przyczyn, dla których nie cieszył się popularnością wśród niższych warstw, wśród których królowała łatwiejsza do opanowania (przynajmniej jeśli chodzi o poziom podstawowy), premiująca siłę fizyczną szabla dao.
Portret Dorgona, księcia Rui (1612– 1650). Ładnie wyeksponowany na stojaku, ozdobny jian- ważna oznaka statusu portretowanego.
Praktykom europejskich sztuk walki sam podział ostrza proponowany w chińskich traktatach prawdopodobnie również wyda się znajomy. Dzieli się je zwykle na trzy równe części, z których tylko sztych jest ostry, natomiast dwie pozostałe (zwłaszcza najbardziej masywna, leżąca najbliżej rękojeści) są tępe i służą do blokowania. Taki pokrój głowni w oczywisty sposób determinuje taktykę walki- praktyk jian shu będzie raczej unikał bliskiego dystansu, starając się utrzymywać przeciwnika na odległość. W repertuarze technik znajdują się również uderzenia głowicą rękojeści i dźwignie a także (choć to już- ze zrozumiałych przyczyn- rzadkość) kopnięcia.
Szarfa czy pompon wiązany przy rękojeści, które dziś w świecie praktyków sztuk walki są często uznawane za elementy bardzo ważne z punktu widzenia techniki, to kolejne pozostałości "urzędniczej" przeszłości, czasów, kiedy kolor tego rodzaju elementu świadczył o dworskiej randze użytkownika. W realnej walce bardziej przeszkadzał niż pomagał- nie dość że plątał się, zmieniał wyważenie broni i na dodatek wyjątkowo łatwo było za niego chwycić, co dla przeciwnika jest wprost wymarzoną szansą.
Miecze których obecnie używają niektórzy praktycy tai-chi i wu-shu- cienkie i wiotkie wstążki metalu- stanowią całkowite zaprzeczenie jakiegokolwiek utylitaryzmu i nie są niczym więcej niż akcesoriami gimnastycznymi, choć ich ogólny pokrój w bardzo ogólnym zarysie nawiązuje do wzorców historycznych.
wtorek, 4 grudnia 2012
Miecz Taiji, klasyczny styl Yang
Chyba pora na krótki odpoczynek od Hekiganroku. Do mojej kolekcji dołączyła kolejna książka poświęcona chińskiemu mieczowi, tym razem "Taji Sword, Classical Yang Style" autorstwa dr. Yang, Jwing-Ming'a. Autor pochodzi z Tajwanu, jest znanym nauczycielem Taijiquan i Quigong.
W przeciwieństwie do "The Complete Jianshu" omawianego wcześniej, która próbowała podejścia nieco zbliżonego do tego jakie zaproponowało kendo, czyli dokonania wyboru i koniecznej redukcji zestawu technik, tutaj mamy do czynienia z bardziej tradycyjnym potraktowaniem tematu.
Autor, po zakończeniu obowiązkowej gry wstępnej (wszelkie podziekowania, dedykacje i inne tego rodzaju formalności zajmują pierwszych 10 stron) rozpoczyna od opisu tego czym jest miecz, jak się z nim obchodzić (etykieta miecza) i rysu historycznego. Ujmując rzecz możliwie oględnie, nie jest to szczególnie porywająca część książki, sprawia raczej wrażenie kolejnej "jazdy obowiązkowej" którą trzeba odbębnić ale która w gruncie rzeczy nieprzesadnie autora obchodzi.
Po 20 stronach suchego tekstu dochodzimy do części o wiele bardziej interesujących, czyli 79 stron podstaw. Zawierają one króciutkie wprowadzenie, opis sposobów trzymania miecza, ważniejsze postawy, ćwiczenia energetyczne (czyli po prostu kilka prostych ćwiczeń Qi Gong), po których następuje opis podstawowych pojęć oraz technik. Brzmi to nieco słownikowo, ale w rzeczywistości jest jednym z lepszych kompendiów pojęć- nazw cięć i bloków stosowanych w szermierce jian. Autor powołuje się tu na definicje z kilku źródeł, głównie: "The Great Importances of Wudang Sword Techniques", "The Great Dictionary of Chinese Wushu", "The Seven Star Sword". Każda z 30 technik pokazana jest na serii fotogramów (3-4, zależnie od stopnia skomplikowania), objaśniona cytatem ze źródła oraz komentarzem autora. Nazwy technik podane są w wersji angielskiej, romanji oraz- jakżeby inaczej- w zapisie oryginalnym.
Dalej znajdujemy przedstawioną krok po kroku formę. Poszczególne ruchy zaprezentowane są w podobny sposób w jaki przedstawiano podstawy, jedyną różnicą jest dodanie zastosowań praktycznych czyli tego, co wyjątkowo rzadko można zobaczyć w pokazach Wushu, a co stanowi główny przedmiot zainteresowania praktyków Jianshu. Kolejny solidny (79 stron) i dobrze podany kawał mięsa.
Ostatnim z rozdziałów "praktycznych" są zajęcia w parach czyli zadaniówka. Zbiór 10 kombinacji do wykonywania z partnerem, "zapętlonych" tak, żeby można było pracować nad wyrobieniem nawyków, w sposób który wszyscy praktycy wschodnich walki z miejsca rozpoznają.
Całość zamyka podsumowanie oraz dwa dodatki: słownik nazw technik stosowanych w mieczu Taiji (w praktyce nazwy te są takie same w obrębie większości szkół Wushu z którymi się spotkałem) oraz tłumaczenie i słowniczek chińskich zwrotów i terminów użytych w książce.
Sumując: moim zdaniem książka o kilka poziomów lepsza niż "The Complete Jianshu". Techniki pokazane bez zbędnej mistycznej propagandy i nabijania tekstu "byle więcej"- samo gęste, podane przejrzyście i "uczciwie", bez sadzenia się na zarabianie kasy na udawanej głębi. Szczerze polecam.
W przeciwieństwie do "The Complete Jianshu" omawianego wcześniej, która próbowała podejścia nieco zbliżonego do tego jakie zaproponowało kendo, czyli dokonania wyboru i koniecznej redukcji zestawu technik, tutaj mamy do czynienia z bardziej tradycyjnym potraktowaniem tematu.
Autor, po zakończeniu obowiązkowej gry wstępnej (wszelkie podziekowania, dedykacje i inne tego rodzaju formalności zajmują pierwszych 10 stron) rozpoczyna od opisu tego czym jest miecz, jak się z nim obchodzić (etykieta miecza) i rysu historycznego. Ujmując rzecz możliwie oględnie, nie jest to szczególnie porywająca część książki, sprawia raczej wrażenie kolejnej "jazdy obowiązkowej" którą trzeba odbębnić ale która w gruncie rzeczy nieprzesadnie autora obchodzi.
Po 20 stronach suchego tekstu dochodzimy do części o wiele bardziej interesujących, czyli 79 stron podstaw. Zawierają one króciutkie wprowadzenie, opis sposobów trzymania miecza, ważniejsze postawy, ćwiczenia energetyczne (czyli po prostu kilka prostych ćwiczeń Qi Gong), po których następuje opis podstawowych pojęć oraz technik. Brzmi to nieco słownikowo, ale w rzeczywistości jest jednym z lepszych kompendiów pojęć- nazw cięć i bloków stosowanych w szermierce jian. Autor powołuje się tu na definicje z kilku źródeł, głównie: "The Great Importances of Wudang Sword Techniques", "The Great Dictionary of Chinese Wushu", "The Seven Star Sword". Każda z 30 technik pokazana jest na serii fotogramów (3-4, zależnie od stopnia skomplikowania), objaśniona cytatem ze źródła oraz komentarzem autora. Nazwy technik podane są w wersji angielskiej, romanji oraz- jakżeby inaczej- w zapisie oryginalnym.
Dalej znajdujemy przedstawioną krok po kroku formę. Poszczególne ruchy zaprezentowane są w podobny sposób w jaki przedstawiano podstawy, jedyną różnicą jest dodanie zastosowań praktycznych czyli tego, co wyjątkowo rzadko można zobaczyć w pokazach Wushu, a co stanowi główny przedmiot zainteresowania praktyków Jianshu. Kolejny solidny (79 stron) i dobrze podany kawał mięsa.
Ostatnim z rozdziałów "praktycznych" są zajęcia w parach czyli zadaniówka. Zbiór 10 kombinacji do wykonywania z partnerem, "zapętlonych" tak, żeby można było pracować nad wyrobieniem nawyków, w sposób który wszyscy praktycy wschodnich walki z miejsca rozpoznają.
Całość zamyka podsumowanie oraz dwa dodatki: słownik nazw technik stosowanych w mieczu Taiji (w praktyce nazwy te są takie same w obrębie większości szkół Wushu z którymi się spotkałem) oraz tłumaczenie i słowniczek chińskich zwrotów i terminów użytych w książce.
Sumując: moim zdaniem książka o kilka poziomów lepsza niż "The Complete Jianshu". Techniki pokazane bez zbędnej mistycznej propagandy i nabijania tekstu "byle więcej"- samo gęste, podane przejrzyście i "uczciwie", bez sadzenia się na zarabianie kasy na udawanej głębi. Szczerze polecam.
wtorek, 10 kwietnia 2012
Nie-tak-znowu-Complete JianShu
Chiński jian jest dość osobliwym przypadkiem. Broń bez której nie obejdzie się chyba żadna szkoła tai chi czy kung fu, wykorzystywana w setkach- jeśli nie tysiącach- form
i układów. Równocześnie całkowicie niemal wymarła umiejętność praktycznego jej zastosowania. Praktycznego- to znaczy do walki pełnokontaktowej, z przeciwnikiem który nie będzie patrzył na to czy changshan wystarczająco efektownie się układa albo czy cycata blondyna w pierwszym rzędzie zauważa go czy nie, tylko całą swoją uwagę skupi na tym jak możliwie szybko i sukutecznie przy...łożyć w łeb i wygrać starcie. Ostatnimi czasy ten stan rzeczy powoli- wręcz zaskakująco wolno- ulega zmianie. Powstają kolejne ugrupowania skupiające się na zrekonstruowaniu Jianshu i zrobieniu z niego pełnoprawnej sztuki walki, mogącej konkurować z kendo czy choćby DESW. Co ciekawe większość z nich działa poza granicami Chin. Największa to World Jianshu League, jeśli się nie mylę z USA, http://www.worldjianshu.org/) i Traditional Chinese Sword League z Australi (http://www.swordleague.com/). Obie organizacje robią co mogą żeby tworzyć filie
i organizować zawody, póki co co prawda z dość mizernym rezultatem, ale jeśli zerknąć na to, jak wyglądały początki DESW można mieć nadzieję że z czasem będzie coraz lepiej.
W moje ręce wpadła ostatnio książka robiąca furorę, reklamowana jako „najbardziej kompletny podręcznik sztuki walki chińskim mieczem” czyli „The complete jianshu. Chinese combat sword for sport”, autorstwa sifu Jasona Tsou i Artura Shonfelda.

Rzecz wydana bardzo praktycznie. Miękka okładka, wewnątrz 237 stron spiętych sprężynką, co znakomicie przedłuża żywotność każdego podręcznika, zwłaszcza w sali treningowej.

Całość podzielono na 6 rozdziałów:
Wprowadzenie (strony 1-20)
Głównie opis budowy miecza, nazewnictwo jego części oraz opis protektorów, tak tych uznawanych za wmagane, jak i opcjonalnych.
Omówienie głównych zasad (21-58)
Sposoby trzymania rękojeści, kilka słów o konieczności symetrycznego ćwiczenia obu rąk, koncept „bram” (w szermierce europejskiej: otwarć), dystansów, synchronizacji w czasie
i drobna dolewka mistycznego jumbo-jumbo (koniec końców mówimy o wschodniej sztuce walki), szcześciem podanego w dość strawnym sosie.
Podstawy Jianshu (58-111)
Rozgrzewka, statyczna i dynamiczna, ćwiczenia koordynacji, Qi Gong dla praktyków jianshu, wreszcie postawy.
Trening (112-194)
Trzy zestawy ćwiczeń: ofensywne, defensywne i związane z „kontrolą bram” (mówiąc po ludzku: bloki dynamiczne), ćwiczenia zadaniowe w parach, kombinacje.
Praca nóg (193-210)
Sparring (211-221)
System punktów, opis wyposażenia, rozmiar planszy, sposób oceniania. Część przeznaczona dla osób myślących o bardziej sportowym podejściu.
Mamy też dodatki, zawierające tablice z zestawieniami wszystkich ćwiczeń, technik
i kombinacji. Wszystkie techniki pokazane są na seriach czarno-białych ilustracji. Książce towarzyszy płyta DVD, z demonstracją większości „mięsa” zawartego w podręczniku- poszczególnych ćwiczeń, technik, jest tu również przykład walk zadaniowych i sparringów. Całość jest dość ciekawą inicjatywą, ale nie ma co ukrywać- obarczoną wszystkimi możliwymi chorobami wieku dziecięcego. Kulawa angielszczyzna (skoro nawet ja to zauważam, to rzeczywiście musi to być dość koszmarna wersja angielskiego) jest do przełknięcia, koniec końców to nie epos poetycki, ważne żeby dało się zrozumieć „co autor miał na myśli”. Nieco poważniejszym grzechem jest fakt skoncentrowania się autorów na technikach solo. Pierwsze zdjęcia pary ćwiczącej w duecie znajdują się na stronie ...211, ostatnie- na 214, co daje nam raptem dwie kartki pokazujące samo starcie. Byłoby to zrozumiałe gdybyśmy mówili o podręczniku przeznaczonym wyłącznie dla osób początkujących, na dodatek z gatunku tych, które mają problemy z rozróżnieniem końców miecza. W pracy mającej w tytule słowo „complete” wygląda to na nieporozumienie. Sytuację nieco ratuje DVD, ale tu z kolei wyłazi inny problem- mówiąc językiem szermierzy ewidentny „brak obicia” obu demonstrujących techniki. Dopóki demonstrują techniki solo jest całkiem nieźle, widać że tą część mają opanowaną, są obyci z samą bronią, ale w sytuacji walki z przeciwnikiem pojawiają się jakieś cudaczne przyruchy, widać typową dla początkujących koncentrację na mieczu (tak własnym jak i przeciwnika) i technice oraz brak rzeczywistej intencji trafienia. Sama szermierka wygląda na dość podobną do wczesnego europejskiego rapiera- tego z traktatów Marozzo czy Agrippy. Moim zdaniem rapierzysta czułby się na sali treningowej jianshu jak ryba w wodzie, a i połączenie metody treningowej zaproponowanej przez sifu Tsou z rozwiązaniami taktycznymi choćby Capoferro nie byłoby jakąś straszną herezją.
Sumując: wbrew temu co sugeruje tytuł mamy do czynienia z solidnym podręcznikiem WPROWADZAJĄCYM do zapomnianej sztuki walki, której reanimacja na dobrą sprawę dopiero się zaczyna. Wygląda na to, że dział chiński imaginacyjnego muzeum sztuki walki bronią sieczną ciągle czeka na swojego Kustosza.
i układów. Równocześnie całkowicie niemal wymarła umiejętność praktycznego jej zastosowania. Praktycznego- to znaczy do walki pełnokontaktowej, z przeciwnikiem który nie będzie patrzył na to czy changshan wystarczająco efektownie się układa albo czy cycata blondyna w pierwszym rzędzie zauważa go czy nie, tylko całą swoją uwagę skupi na tym jak możliwie szybko i sukutecznie przy...łożyć w łeb i wygrać starcie. Ostatnimi czasy ten stan rzeczy powoli- wręcz zaskakująco wolno- ulega zmianie. Powstają kolejne ugrupowania skupiające się na zrekonstruowaniu Jianshu i zrobieniu z niego pełnoprawnej sztuki walki, mogącej konkurować z kendo czy choćby DESW. Co ciekawe większość z nich działa poza granicami Chin. Największa to World Jianshu League, jeśli się nie mylę z USA, http://www.worldjianshu.org/) i Traditional Chinese Sword League z Australi (http://www.swordleague.com/). Obie organizacje robią co mogą żeby tworzyć filie
i organizować zawody, póki co co prawda z dość mizernym rezultatem, ale jeśli zerknąć na to, jak wyglądały początki DESW można mieć nadzieję że z czasem będzie coraz lepiej.
W moje ręce wpadła ostatnio książka robiąca furorę, reklamowana jako „najbardziej kompletny podręcznik sztuki walki chińskim mieczem” czyli „The complete jianshu. Chinese combat sword for sport”, autorstwa sifu Jasona Tsou i Artura Shonfelda.

Rzecz wydana bardzo praktycznie. Miękka okładka, wewnątrz 237 stron spiętych sprężynką, co znakomicie przedłuża żywotność każdego podręcznika, zwłaszcza w sali treningowej.

Całość podzielono na 6 rozdziałów:
Wprowadzenie (strony 1-20)
Głównie opis budowy miecza, nazewnictwo jego części oraz opis protektorów, tak tych uznawanych za wmagane, jak i opcjonalnych.
Omówienie głównych zasad (21-58)
Sposoby trzymania rękojeści, kilka słów o konieczności symetrycznego ćwiczenia obu rąk, koncept „bram” (w szermierce europejskiej: otwarć), dystansów, synchronizacji w czasie
i drobna dolewka mistycznego jumbo-jumbo (koniec końców mówimy o wschodniej sztuce walki), szcześciem podanego w dość strawnym sosie.
Podstawy Jianshu (58-111)
Rozgrzewka, statyczna i dynamiczna, ćwiczenia koordynacji, Qi Gong dla praktyków jianshu, wreszcie postawy.
Trening (112-194)
Trzy zestawy ćwiczeń: ofensywne, defensywne i związane z „kontrolą bram” (mówiąc po ludzku: bloki dynamiczne), ćwiczenia zadaniowe w parach, kombinacje.
Praca nóg (193-210)
Sparring (211-221)
System punktów, opis wyposażenia, rozmiar planszy, sposób oceniania. Część przeznaczona dla osób myślących o bardziej sportowym podejściu.
Mamy też dodatki, zawierające tablice z zestawieniami wszystkich ćwiczeń, technik
i kombinacji. Wszystkie techniki pokazane są na seriach czarno-białych ilustracji. Książce towarzyszy płyta DVD, z demonstracją większości „mięsa” zawartego w podręczniku- poszczególnych ćwiczeń, technik, jest tu również przykład walk zadaniowych i sparringów. Całość jest dość ciekawą inicjatywą, ale nie ma co ukrywać- obarczoną wszystkimi możliwymi chorobami wieku dziecięcego. Kulawa angielszczyzna (skoro nawet ja to zauważam, to rzeczywiście musi to być dość koszmarna wersja angielskiego) jest do przełknięcia, koniec końców to nie epos poetycki, ważne żeby dało się zrozumieć „co autor miał na myśli”. Nieco poważniejszym grzechem jest fakt skoncentrowania się autorów na technikach solo. Pierwsze zdjęcia pary ćwiczącej w duecie znajdują się na stronie ...211, ostatnie- na 214, co daje nam raptem dwie kartki pokazujące samo starcie. Byłoby to zrozumiałe gdybyśmy mówili o podręczniku przeznaczonym wyłącznie dla osób początkujących, na dodatek z gatunku tych, które mają problemy z rozróżnieniem końców miecza. W pracy mającej w tytule słowo „complete” wygląda to na nieporozumienie. Sytuację nieco ratuje DVD, ale tu z kolei wyłazi inny problem- mówiąc językiem szermierzy ewidentny „brak obicia” obu demonstrujących techniki. Dopóki demonstrują techniki solo jest całkiem nieźle, widać że tą część mają opanowaną, są obyci z samą bronią, ale w sytuacji walki z przeciwnikiem pojawiają się jakieś cudaczne przyruchy, widać typową dla początkujących koncentrację na mieczu (tak własnym jak i przeciwnika) i technice oraz brak rzeczywistej intencji trafienia. Sama szermierka wygląda na dość podobną do wczesnego europejskiego rapiera- tego z traktatów Marozzo czy Agrippy. Moim zdaniem rapierzysta czułby się na sali treningowej jianshu jak ryba w wodzie, a i połączenie metody treningowej zaproponowanej przez sifu Tsou z rozwiązaniami taktycznymi choćby Capoferro nie byłoby jakąś straszną herezją.
Sumując: wbrew temu co sugeruje tytuł mamy do czynienia z solidnym podręcznikiem WPROWADZAJĄCYM do zapomnianej sztuki walki, której reanimacja na dobrą sprawę dopiero się zaczyna. Wygląda na to, że dział chiński imaginacyjnego muzeum sztuki walki bronią sieczną ciągle czeka na swojego Kustosza.
środa, 4 maja 2011
Skazy na duszy I: wary
Będzie nudno, bez cycków i nieikonograficznie.
Wróciłem do szlifu, mówiąc dokładniej- do chechłania głowni o której pisałem w poście Liście irysów. Przy stanie w jakim znajduje się klinga delikatne podejście można z miejsca wsadzić sobie w do szafy. Najgrubsze kamienie, głównie syntetyki (naturalnych, kosztujących parę setek, szkoda do takiej orki), przez większość czasu bez wody (co oczywiście jest odstępstwem od kanonu, ale znakomicie zwiększa tarcie). Powoli zaczyna się z tego coś wyłaniać, chociaż trudno mi żywić nadzieję, że uda się wyeliminować wszystkie skazy. Nie dość, że ostrze swoje przeszło, to jeszcze jego twórca musiał być wyjątkowym niechlujem. W rezultacie to, co trafiło w moje ręce, nosi większość wad jakie tylko można znaleźć na nihonto. Ponieważ nie znalazłem w polskiej sieci żadnej przyzwoitej strony poświęconej temu problemowi (co zaskakujące nawet na nieprzyzwoitych nic nie było), pomyślałem, że skoro i tak robię dokumentację, to nie zaszkodzi skorzystać z okazji i choćby pobieżnie omówić rodzaje skaz najczęściej występujących na japońskich ostrzach.

Zacznijmy od widoku ogólnego. Tak toto wyglądało po wstępnym oczyszczeniu ze rdzy. Obraz nędzy, rozpaczy, żalu po wydanych pieniądzach i powód do złorzeczenia kilku pokoleniom przodków sprzedającego tą bidę na aukcji.
Wady (kizu- to nazwa oznaczająca każdą skazę ostrza, wbrew temu, co często widać w opisach na allegro, nie odnosząca się do któregoś konkretnego typu) można z grubsza podzielić na dwa rodzaje. Pierwsza grupa to te, którymi zostało ono "obdarzone" w procesie tworzenia. Są to zwykle wyjątkowo niemiłe zjawiska- bardzo trudne do usunięcia bo stanowiące część struktury ostrza i w jakiś sposób przesądzające o jego charakterze.
Jedną z najgorszych są ware czyli rozwarstwienia (mówiąc inaczej: delaminacje). Mogą być wynikiem niedostatecznego oczyszczenia stali podczas skuwania, niedokładnego skucia bądź zbyt dużej ilości złożeń, czasem (dość rzadko) zdarzają się też w wyniku urazów mechanicznych. Na powierzchni ostrza objawiają się charakterystycznymi, podłużnymi liniami, biegnącymi zwykle zgodnie z kierunkiem warstw i często nazywanymi "pęknięciami". Ostrza japońskie (czy kute zgodnie z zasadami tworzenia nihonto) nie są oczywiście żadną superbronią i pękają tak jak każda inna stal, ale pęknięcia te wyglądają zupełnie inaczej- o wiele trudniej je zauważyć (w przypadku zardzewiałego ostrza jest to właściwie niemożliwe) i nie występują poza strefą hartowania z tego prostego powodu, że stal, która nie jest zahartowana, nie pęka, co zresztą legło u podstaw pomysłu na stworzenie głowni będących połączeniem miękkiego grzbietu z twardym ostrzem.
Usuwanie rozwarstwień jest o tyle skomplikowane, że nie da się ocenić jak głęboko biegną- czasem udaje się ich pozbyć po ledwie kilku przesunięciach po kamieniu, a czasem można zeszlifować ostrze na żyletkę i ciągle nie pozbyć się ware. Co więcej- jeśli już są, to będą pierwszymi miejscami w które wniknie wilgoć i ostatnimi które opuści. Rezultat ? Tworzące się pod powierzchnią "kieszenie" rdzy, powiększające się z upływem czasu, aż do momentu kiedy odpadnie cały płat stali. Ponieważ do tej pory nie wynaleziono metody spajania rozwarstwień która nie prowadziłaby do zniszczenia jego struktury (metal cholernie dobrze przewodzi ciepło, a do zniszczenia części efektów metalurgicznych w ramach hamonu wystarcza marne 80 stopni), nie ma skutecznego sposobu na to dziadostwo. Co się da, usuwa się szlifem wstępnym, z resztą niestety trzeba żyć. Na szczęście mimo że paskudna, nie jest to wada dyskwalifikująca ostrze, ba: ma nawet pewną zaletę. Nie występuje na chińskich podróbkach i jest jednym ze znaków które poświadczają, że ostrze zostało wykute zgodnie z zasadami mieczników japońskich, a już z pewnością że jest to ostrze o konstrukcji laminarnej. Dobre choć to.
W zależności od tego, gdzie znajduje się skaza, możemy mówić o mune ware, ha ware i co-tam-jeszcze-kto-sobie-wybierze-ware.

Typowy wygląd ware przed szlifem (czarna, pofalowana linia biegnąca w połowie szerokości ostrza). Chwilowo pominę inne kizu których, jak widać, dostatek.

Tu trochę mniej typowo: wydawać by się mogło że to powierzchniowe odspojenie które łatwo będzie usunąć...

... ale po wstępnym oczyszczeniu widać, że sprawa jest o wiele poważniejsza.
Wróciłem do szlifu, mówiąc dokładniej- do chechłania głowni o której pisałem w poście Liście irysów. Przy stanie w jakim znajduje się klinga delikatne podejście można z miejsca wsadzić sobie w do szafy. Najgrubsze kamienie, głównie syntetyki (naturalnych, kosztujących parę setek, szkoda do takiej orki), przez większość czasu bez wody (co oczywiście jest odstępstwem od kanonu, ale znakomicie zwiększa tarcie). Powoli zaczyna się z tego coś wyłaniać, chociaż trudno mi żywić nadzieję, że uda się wyeliminować wszystkie skazy. Nie dość, że ostrze swoje przeszło, to jeszcze jego twórca musiał być wyjątkowym niechlujem. W rezultacie to, co trafiło w moje ręce, nosi większość wad jakie tylko można znaleźć na nihonto. Ponieważ nie znalazłem w polskiej sieci żadnej przyzwoitej strony poświęconej temu problemowi (co zaskakujące nawet na nieprzyzwoitych nic nie było), pomyślałem, że skoro i tak robię dokumentację, to nie zaszkodzi skorzystać z okazji i choćby pobieżnie omówić rodzaje skaz najczęściej występujących na japońskich ostrzach.

Zacznijmy od widoku ogólnego. Tak toto wyglądało po wstępnym oczyszczeniu ze rdzy. Obraz nędzy, rozpaczy, żalu po wydanych pieniądzach i powód do złorzeczenia kilku pokoleniom przodków sprzedającego tą bidę na aukcji.
Wady (kizu- to nazwa oznaczająca każdą skazę ostrza, wbrew temu, co często widać w opisach na allegro, nie odnosząca się do któregoś konkretnego typu) można z grubsza podzielić na dwa rodzaje. Pierwsza grupa to te, którymi zostało ono "obdarzone" w procesie tworzenia. Są to zwykle wyjątkowo niemiłe zjawiska- bardzo trudne do usunięcia bo stanowiące część struktury ostrza i w jakiś sposób przesądzające o jego charakterze.
Jedną z najgorszych są ware czyli rozwarstwienia (mówiąc inaczej: delaminacje). Mogą być wynikiem niedostatecznego oczyszczenia stali podczas skuwania, niedokładnego skucia bądź zbyt dużej ilości złożeń, czasem (dość rzadko) zdarzają się też w wyniku urazów mechanicznych. Na powierzchni ostrza objawiają się charakterystycznymi, podłużnymi liniami, biegnącymi zwykle zgodnie z kierunkiem warstw i często nazywanymi "pęknięciami". Ostrza japońskie (czy kute zgodnie z zasadami tworzenia nihonto) nie są oczywiście żadną superbronią i pękają tak jak każda inna stal, ale pęknięcia te wyglądają zupełnie inaczej- o wiele trudniej je zauważyć (w przypadku zardzewiałego ostrza jest to właściwie niemożliwe) i nie występują poza strefą hartowania z tego prostego powodu, że stal, która nie jest zahartowana, nie pęka, co zresztą legło u podstaw pomysłu na stworzenie głowni będących połączeniem miękkiego grzbietu z twardym ostrzem.
Usuwanie rozwarstwień jest o tyle skomplikowane, że nie da się ocenić jak głęboko biegną- czasem udaje się ich pozbyć po ledwie kilku przesunięciach po kamieniu, a czasem można zeszlifować ostrze na żyletkę i ciągle nie pozbyć się ware. Co więcej- jeśli już są, to będą pierwszymi miejscami w które wniknie wilgoć i ostatnimi które opuści. Rezultat ? Tworzące się pod powierzchnią "kieszenie" rdzy, powiększające się z upływem czasu, aż do momentu kiedy odpadnie cały płat stali. Ponieważ do tej pory nie wynaleziono metody spajania rozwarstwień która nie prowadziłaby do zniszczenia jego struktury (metal cholernie dobrze przewodzi ciepło, a do zniszczenia części efektów metalurgicznych w ramach hamonu wystarcza marne 80 stopni), nie ma skutecznego sposobu na to dziadostwo. Co się da, usuwa się szlifem wstępnym, z resztą niestety trzeba żyć. Na szczęście mimo że paskudna, nie jest to wada dyskwalifikująca ostrze, ba: ma nawet pewną zaletę. Nie występuje na chińskich podróbkach i jest jednym ze znaków które poświadczają, że ostrze zostało wykute zgodnie z zasadami mieczników japońskich, a już z pewnością że jest to ostrze o konstrukcji laminarnej. Dobre choć to.
W zależności od tego, gdzie znajduje się skaza, możemy mówić o mune ware, ha ware i co-tam-jeszcze-kto-sobie-wybierze-ware.

Typowy wygląd ware przed szlifem (czarna, pofalowana linia biegnąca w połowie szerokości ostrza). Chwilowo pominę inne kizu których, jak widać, dostatek.

Tu trochę mniej typowo: wydawać by się mogło że to powierzchniowe odspojenie które łatwo będzie usunąć...

... ale po wstępnym oczyszczeniu widać, że sprawa jest o wiele poważniejsza.
piątek, 27 sierpnia 2010
Liście irysów
Właściwie lubię kupowanie "zapuszczonych" mieczy. Jasne- to trochę robienie cnoty z konieczności (na niezapuszczone musiałbym wydać kilkukrotnie więcej) ale licytowanie kling które są tak zardzewiałe że właściwie jednolicie czarne jest trochę jak kupowanie jajka z niespodzianką. Czasem dostaje się jajko, czasem niespodziankę a czasem- po prostu zbuka. Ostatnim z mieczy który kupiłem było wygrzebane w jakimś garażu w Stanach wakizashi. Fotki dostarczone przez sprzedawcę ? A proszę bardzo:

Jak widać- nic nie widać. Sądząc po ogólnym kształcie ostrze nie może być koto, najprawdopodobniej nie jest też oryginalnym wakizashi ale to akurat ledwie przypuszczenia. Paskudne, wtórne nakago i nieaktywna rdza na całej powierzchni kryjąca właściwie wszystko. Ruletka.
Po prawie roku czekania wreszcie doszło do mnie kupione w ciemno ostrze. Kurier dowiózł je w standardowej, długiej tubie, unieruchomione paczkami cukierków (kochamy Cię, Christell). Po otwarciu przesyłki poczułem się jak dziecko które znajduje pod choinką sweter. Wyglądało koszmarnie. Cienkie, wygięte, z grubymi złogami tlenków i głębokimi wżerami. Ani śladu hady i hamonu, shinogi zaoblona szlifierką taśmową, słowem- niewiele lepiej niż kawał blachy.
W pierwszym odruchu pomyślałem że jedyne co z tym można zrobić to doczyścić z grubsza i sprzedać na allegro. Rozłożyłem papierowe ręczniki i w mocno minorowym nastroju zacząłem odmaczać rdzę w lekkim roztworze kwasu fosforowego. Normalnie raczej tego nie robię, tak agresywne substancje są zbyt inwazyjne żeby można ich używać w pracy nad "normalnymi" ostrzami, potrafią wnikać w hadę i wtedy z małego problemu robi się poważny- jeśli się ich nie zneutralizuje rozspajają strukturę ostrza. Sęk w tym, że akurat ten przypadek nijak nie jest normalny nawet jak na moje- bardzo niewysokie- standardy i do stracenia tak naprawdę nie miałem już nic. Namaczanie papierowych ręczników w roztworze, okład, ścieranie i kąpanie ostrza w wodzie, wreszcie neutralizacja. Gruba warstwa brudu odeszła, resztę dla orientacji starłem kamieniem. Po tym wszystkim można było ocenić stan miecza...

...i nie jestem pewien czy nie lepiej byłoby w ogóle go nie czyścić. W co najmniej trzech miejscach poważne delaminacje, mówiące co nieco o technice odkucia. Głębokie wżery, z czego najgorszy na samej krawędzi tnącej. Drobniejszych kizu nie ma nawet sensu wyliczać. Mune nie istnieje. Zabezpieczyłem wszystko WD-40 (wynalazcy tego cudu powinni dostać Nobla) i zająłem się czymś innym żeby o nim nie myśleć ale jak zwykle w takich przypadkach nie mogłem odpuścić i dziś całość trafiła na kamienie. W rezultacie pokazało się parę pozytywów:

Ostrze jest najprawdopodobniej suriage dłuższej klingi w dość rzadkim kształcie shobuzukuri. Linia hartu przebiega głęboko i zostawia sporo miejsca na korekty. Kissaki jest, mimo delaminacji, zdrowe. Hamon spokojny ale nie nudny, wyraźny, z ładnymi kryształami. Mimo fatalnego pierwszego wrażenia całość rokuje nienajgorzej. Pożyjemy- zobaczymy.

Jak widać- nic nie widać. Sądząc po ogólnym kształcie ostrze nie może być koto, najprawdopodobniej nie jest też oryginalnym wakizashi ale to akurat ledwie przypuszczenia. Paskudne, wtórne nakago i nieaktywna rdza na całej powierzchni kryjąca właściwie wszystko. Ruletka.
Po prawie roku czekania wreszcie doszło do mnie kupione w ciemno ostrze. Kurier dowiózł je w standardowej, długiej tubie, unieruchomione paczkami cukierków (kochamy Cię, Christell). Po otwarciu przesyłki poczułem się jak dziecko które znajduje pod choinką sweter. Wyglądało koszmarnie. Cienkie, wygięte, z grubymi złogami tlenków i głębokimi wżerami. Ani śladu hady i hamonu, shinogi zaoblona szlifierką taśmową, słowem- niewiele lepiej niż kawał blachy.
W pierwszym odruchu pomyślałem że jedyne co z tym można zrobić to doczyścić z grubsza i sprzedać na allegro. Rozłożyłem papierowe ręczniki i w mocno minorowym nastroju zacząłem odmaczać rdzę w lekkim roztworze kwasu fosforowego. Normalnie raczej tego nie robię, tak agresywne substancje są zbyt inwazyjne żeby można ich używać w pracy nad "normalnymi" ostrzami, potrafią wnikać w hadę i wtedy z małego problemu robi się poważny- jeśli się ich nie zneutralizuje rozspajają strukturę ostrza. Sęk w tym, że akurat ten przypadek nijak nie jest normalny nawet jak na moje- bardzo niewysokie- standardy i do stracenia tak naprawdę nie miałem już nic. Namaczanie papierowych ręczników w roztworze, okład, ścieranie i kąpanie ostrza w wodzie, wreszcie neutralizacja. Gruba warstwa brudu odeszła, resztę dla orientacji starłem kamieniem. Po tym wszystkim można było ocenić stan miecza...

...i nie jestem pewien czy nie lepiej byłoby w ogóle go nie czyścić. W co najmniej trzech miejscach poważne delaminacje, mówiące co nieco o technice odkucia. Głębokie wżery, z czego najgorszy na samej krawędzi tnącej. Drobniejszych kizu nie ma nawet sensu wyliczać. Mune nie istnieje. Zabezpieczyłem wszystko WD-40 (wynalazcy tego cudu powinni dostać Nobla) i zająłem się czymś innym żeby o nim nie myśleć ale jak zwykle w takich przypadkach nie mogłem odpuścić i dziś całość trafiła na kamienie. W rezultacie pokazało się parę pozytywów:

Ostrze jest najprawdopodobniej suriage dłuższej klingi w dość rzadkim kształcie shobuzukuri. Linia hartu przebiega głęboko i zostawia sporo miejsca na korekty. Kissaki jest, mimo delaminacji, zdrowe. Hamon spokojny ale nie nudny, wyraźny, z ładnymi kryształami. Mimo fatalnego pierwszego wrażenia całość rokuje nienajgorzej. Pożyjemy- zobaczymy.
czwartek, 15 kwietnia 2010
Jian Adam Hsu- Hanwei
Kolejna z chińskich broni w mojej kolekcji. Tym razem dyskretny urok burżuazji- arystokratyczny jian. Broń uważana za najtrudniejszą do opanowania, atrybut cesarzy i uczonych.
Jako że Hanwei jest znany z dość... nierównej jakości swoich produktów, otwierałem pudełko "z pewną taką nieśmiałością". Albo miałem szczęście albo ta- jeszcze dość świeża- seria jest wyjątkowo udana. Miecz reklamowany przez sifu Adama Hsu jest wzorowany na egzemplarzach z epoki Ming. Oprawa raczej dość skromna, z różanego drewna z okuciami ze stali i drobnym medalionem z grawerunkiem smoka na jelcu.

Podobnie jak w większości produktów CAS/ Hanvei miecz jest świetnie zabezpieczony- nie ma szans żeby został uszkodzony podczas transportu. Solidne, dopasowane opakowanie ze styropianu. Ogólne wrażenie bardzo dobre- mimo że nie jest to nawet "środkowy" zasięg cen produktów Hanwei wszystkie części są solidne (nie ma mowy o cienkich, blaszanych okuciach) i dobrze spasowane. Oczywiście metalowe części oprawy to odlewy (trudno liczyć na ręczne cyzelowanie przy cenie poniżej 300$) ale nie widać śladów szwów czy nadlewów. Z pewnością nie zaszkodziłoby im odrobinę więcej staranności przy polerowaniu i montowaniu medalionów ze smokiem (jedyny element który wygląda na tyle niestarannie że nie pasuje do reszty) ale tak naprawdę to raczej marudzenie- miecz wykonano naprawdę dobrze, zwłaszcza jego drewniane elementy dopracowano bez zarzutu. Z pewnością wymaga oczyszczenia z grubej warstwy smaru zabezpieczającego go przed korozją (grubej znaczy w tym przypadku naprawdę GRUBEJ), na moim egzemplarzu klinga ma kilka drobnych otarć ale ponownie- to nic czego nie usunęłaby pasta polerska na szmatce.
Jeśli chodzi o walory użytkowe: miecz jest dość masywny- mam wrażenie że waga podana na stronie producenta jest nieco zaniżona. Środek ciężkości mocno z przodu (jakieś 10 cm mierzone od jelca) co za tym idzie broń o długości niektórych rapierów europejskich jest od nich o wiele bardziej przeważona na sztych. Pomaga to przy ruchach po kole i rąbaniu- wówczas jian bardzo ładnie "płynie", ale przy sztychach i w postawach poziomych jest nieco mniej korzystne i oczywiście nie do końca zgodne z tym jak wyważano oryginały. Z drugiej strony współczesne sztuki walki mają swoje prawa a o mieczu w TaiChi można powiedzieć wiele i niemało z tego co się o nim powie będzie pozytywami, ale z pewnością nie to, że ma zastosowania bojowe.
Sumując- bardzo ładna, starannie wykonana broń treningowa. Z racji jej statusu raczej nieprędko dobrnę do form (póki co Wu Lang Ba Gua Gwun sprawia mi poważne problemy) ale jako urodzony gadżeciarz jestem bardzo zadowolony.
Jako że Hanwei jest znany z dość... nierównej jakości swoich produktów, otwierałem pudełko "z pewną taką nieśmiałością". Albo miałem szczęście albo ta- jeszcze dość świeża- seria jest wyjątkowo udana. Miecz reklamowany przez sifu Adama Hsu jest wzorowany na egzemplarzach z epoki Ming. Oprawa raczej dość skromna, z różanego drewna z okuciami ze stali i drobnym medalionem z grawerunkiem smoka na jelcu.

Podobnie jak w większości produktów CAS/ Hanvei miecz jest świetnie zabezpieczony- nie ma szans żeby został uszkodzony podczas transportu. Solidne, dopasowane opakowanie ze styropianu. Ogólne wrażenie bardzo dobre- mimo że nie jest to nawet "środkowy" zasięg cen produktów Hanwei wszystkie części są solidne (nie ma mowy o cienkich, blaszanych okuciach) i dobrze spasowane. Oczywiście metalowe części oprawy to odlewy (trudno liczyć na ręczne cyzelowanie przy cenie poniżej 300$) ale nie widać śladów szwów czy nadlewów. Z pewnością nie zaszkodziłoby im odrobinę więcej staranności przy polerowaniu i montowaniu medalionów ze smokiem (jedyny element który wygląda na tyle niestarannie że nie pasuje do reszty) ale tak naprawdę to raczej marudzenie- miecz wykonano naprawdę dobrze, zwłaszcza jego drewniane elementy dopracowano bez zarzutu. Z pewnością wymaga oczyszczenia z grubej warstwy smaru zabezpieczającego go przed korozją (grubej znaczy w tym przypadku naprawdę GRUBEJ), na moim egzemplarzu klinga ma kilka drobnych otarć ale ponownie- to nic czego nie usunęłaby pasta polerska na szmatce.
Jeśli chodzi o walory użytkowe: miecz jest dość masywny- mam wrażenie że waga podana na stronie producenta jest nieco zaniżona. Środek ciężkości mocno z przodu (jakieś 10 cm mierzone od jelca) co za tym idzie broń o długości niektórych rapierów europejskich jest od nich o wiele bardziej przeważona na sztych. Pomaga to przy ruchach po kole i rąbaniu- wówczas jian bardzo ładnie "płynie", ale przy sztychach i w postawach poziomych jest nieco mniej korzystne i oczywiście nie do końca zgodne z tym jak wyważano oryginały. Z drugiej strony współczesne sztuki walki mają swoje prawa a o mieczu w TaiChi można powiedzieć wiele i niemało z tego co się o nim powie będzie pozytywami, ale z pewnością nie to, że ma zastosowania bojowe.
Sumując- bardzo ładna, starannie wykonana broń treningowa. Z racji jej statusu raczej nieprędko dobrnę do form (póki co Wu Lang Ba Gua Gwun sprawia mi poważne problemy) ale jako urodzony gadżeciarz jestem bardzo zadowolony.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


