Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mitologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mitologia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Pam pam pam, na bębenku marsza gram

Było o dość złowieszczych zmiennokształtnych kotach, było o niekoniecznie miłych i również zmiennokształtnych lisach, pora na tanuki. Jak poprzednicy tanuki jest zwierzęciem jak najbardziej realnym- najczęściej uważa się je za odmianę jenota.


Klasyczne wyobrażenia tanuki- przynoszace szczęście figurki w japońskim magazynie. Ot- wypisz wymaluj nasze gipsowe zwergi.

Mity o zmiennokształtnych tanuki przywędrowały do Japonii z Chin około VII wieku, więc stosunkowo wcześnie i ówczesny obraz aktywności tych stworzeń niewiele różnił się od tego, co legendy mówiły na temat lisów (do tego stopnia, że określenia obu zwierząt były czasem stosowane zamiennie). Podszywanie się pod ludzi (ze szczególnym upodobaniem kobiet- jak widać reguła idź złoto do złota także i tu znajdowała swoje potwierdzenie), opętania, wodzenie na manowce, słowem- cała paleta lisich przestępstw znajdowała się w repertuarze wczesnych legend związanych z tanuki. Około XI wieku dokonała się ważna przemiana- lisy stały się służkami Inari, tym samym nabierając bardziej ambiwalentnego charakteru. Jako popychadła bóstwa otrzymały część jego splendoru, stając się nieco bardziej dystyngowane i inteligentne. Tanuki miały mniej szczęścia- uznano je za głupsze od lisów, mniej zdolne, subtelne, słowem- prostackie. Co ciekawe w tym pierwszym okresie funkcjonowania bake- tanuki, legendy z nimi związane nie są jakoś szczególnie popularne. Prawdziwa eksplozja opowieści o nich następuje o wiele później, gdzieś w końcówce XVI-go i początku XVII-go wieku, w- jakże by inaczej- mieszczańskiej kulturze wielkich miast. Dopiero w tym czasie wizerunek tanuki staje się tym, co dziś uznajemy za „klasyczne” i „kanoniczne” wyobrazenie tego zwierzęcia. Warto wspomnieć, że o ile przebieranki lisów są zwykle dość złowróżebne, o tyle w przypadku tanuki w najgorszym razie kończy się na głupawych żartach. Zwierzęta te są o wiele bardziej przychylne ludziom, a opowieści w których odgrywałyby rolę czarnych charakterów pochodzą głównie z okresu Heian. Kolejną ważną różnicą pomiędzy tanuki i lisami jest fakt, że te pierwsze z dużym upodobaniem przebierają się za przedmioty nieożywione- imbryki, podesty i inne temu podobne, by w kluczowym momencie powrócić do swojej prawdziwej postaci, napędzając stracha całemu otoczeniu.


Drzeworyt Yoshitoshiego, dość dobrze pokazujący przerośnięte... bębenki. Oczywiście jak najbardziej ikoniczne i koszerne wyobrażenie z epoki Edo.

Jak wygląda „typowe” tanuki ? Przede wszystkim: porusza się na dwóch tylnych łapach (czyli „jak człowiek”). Ma wielkie brzuszysko, którego używa jako bębna, grając na nim z dużą wprawą, by zabawiać towarzystwo bądź by zwodzić nieostrożnych podróżnych na manowce (w większości legend podróżujący przez bagna słyszą dźwięki bębenka i widzą światła- kiedy podążają za nimi kończą gdzieś w środku śmierdzącej kałuży). Niektóre tanuki zamiast na brzuchu, grają na swoich, równie przerośniętych, jądrach. Sztuka jest cierpieniem. W każdym razie oba wykorzystywane przez nie instrumenty są atrybutami powodzenia- płodności i bogactwa. Co ciekawe „klasyczny” tanuki jest- według wielu badaczy- stworzeniem mocno antyklerykalnym. Wielkie brzuszysko, opuchnięty wór, do tego wiecznie pełna butelka sake, słomiany kapelusz i trzymany w łapie nigdy-nie-spłacony-rachunek-za-imprezki mają być formą krytyki zachowań typowych dla buddyjskich bonzów.



poniedziałek, 23 maja 2011

69 dla trojga

Wiele japońskich symboli dostało się, mniej lub bardziej okrężną drogą, do tzw. powszechnej świadomości. Spośród nich niewiele może dorównać popularnością motywowi mitsutomoe- trzem wpisanym w koło przecinkokształtnym znakom wyglądającym wypisz wymaluj jak dwuwymiarowy obrys magatama, a nazywanym tomoe. Wersje złożone z dwu bądź czterech tomoe cieszą się nieco mniejszą popularnością.



Oczywiście wzór może być odczytywany również jako negatyw, dzięki czemu zamiast trzech wirujących przecinków otrzymamy triskelion (figurę którą najprościej nazwać trójramienną swastyką). Gdy z rupieciarni jaką do tej pory stworzyły wszystkie homosapiensy całego świata wygrzebać triskeliony zdobiące wazy, misy, naszyjniki i co tam jeszcze, dość łatwo można zauważyć, że podejrzanie często są one przedstawiane jako rysunki trzech połączonych ze sobą „goniących się” nóg. Ludzkich, zwierzęcych- rzecz wtórna, o wiele ważniejsze jest to, że przednia łopatka wraz z nogą stanowiła już w czasach neolitu najbardziej typowa część ofiar składanych bóstwom solarnym. „Kulawe”, zimowe słońce i ofiary z nóg.



Średniowieczny triskelion z herbu wyspy Man. Obok głównego znaku dużo mniejsza wersja, wyglądająca identycznie jak japońskie mitsutomoe

W sanktuarium Amaterasu w Ise, jeszcze w 9 wieku, w skład ofiar składanych przez cesarza wchodziły: „biały dzik, biały koń i białe koguty” (Philippi, Norito: a translation of the ancient Japanese ritual prayers, 1990). Jak widać pojawiają się tu przynajmniej dwa symbole solarne wspomniane przy okazji magatama. Dołącza do nich najcenniejsze z udomowionych stworzeń, to, dzięki któremu wojownicy Yamato zdobyli przewagę nad innymi plemionami zamieszkującymi wyspy; symbol najwyższej władzy (w późniejszym okresie synonim władzy cesarskiej) i, oczywiście, niemal na całym świecie, znak solarny czyli biały koń. Zwierzę do dziś hodowane w świątyniach shinto (również w Ise), do dziś symbolicznie, w postaci tabliczek z namalowanym wizerunkiem konia, składane w ofierze bóstwom.



Współczesna drewniana tabliczka wotywna (ema) z wizerunkiem koguta, ze słynnej świątyni Itsukushima (to ta z wielką, czerwoną bramą torii stojącą w wodzie). Darmowej fotki z koniem jak raz nie udało mi się wynaleźć.

Podczas rytuałów ofiary stare słońce umiera (czy – mówiąc precyzyjniej- zostaje zabite), przechodzi do świata bóstw podziemnych, by mogło odnowić się nowe. Nogi swastyki (jap. Manji) czy triskeliona kroczą, znak „postępuje”, wiruje.

Żeby jednak nie było tak prosto i jednoznacznie, tomoe bywa również interpretowane jako uproszczony wizerunek zupełnie innego stworzenia, mianowicie węża. Tu również można doszukać się związków z cyklem pór roku. Węże uznawano za zwierzęta związane ze słońcem dlatego, że pojawiały się wraz z nim wiosną i znikały, gdy „zapadło w sen” bądź „umierało”. Ich „znikanie” było przejściem do świata podziemi, domeny duchów groźnych i raczej niechętnie przywoływanych stąd, w przeciwieństwie do smoków, węże nie mają w Japonii szczególnie dobrej reputacji. Tym co je łączy ze smokami jest związek z żywiołem wody, a przez to i z adwersarzem słonecznej Amaterasu- jej bratem, bogiem księżyca, wiatrów i pływów, Susanoo. Interpretację tą wzmacnia fakt, że wszelkie znaki, w skład których wchodzi tomoe, uważa się za chroniące przed ogniem. Z tego powodu wizerunki mitsutomoe znajdziemy np. na ozdobnych zaślepkach dachówek. Herb od którego zaczął się niniejszy pościk okazuje się być w równym stopniu wizerunkiem słońca, wirem życiodajnej wody jak i – na ogólniejszym poziomie- obrazem cyklu nieustannych, następujących po sobie przemian.



Mitsutomoe chroniące przed pożarem dachy świątyni Futarasan. ©Yasufumi Nishi/© JNTO



Doskonale znane wszystkim buddystom koło dharmy, w wersji z małym symbolem znajdującego się w nieustannym ruchu mitsutomoe w centrum.

poniedziałek, 25 października 2010

Say hello, wave goodbye

Gdyby się nad tym zastanowić to japońskie koty są jak teściowe. Mają opinię tak złą, że odsyłanie ich do diabła wypadałoby traktować jak grubą nieuprzejmość w stosunku do władców piekieł, z drugiej jednak strony zdarzają się i takie które uważa się za istoty dobroduszne i przynoszące szczęście (mowa oczywiście o kotach- każde porównanie ma granice poza które nie należy go rozciągać bez ryzyka popadnięcia w absurd).

Swego czasu, spacerując z najlepszą z żon po Chinatown, weszliśmy do sklepiku z gadżetami do komórek. Opakowania, naklejki, paski, smycze i oczywiście najróżniejsze maskotki. Wyszliśmy z małą paczuszką zawierającą coś takiego:



Na pierwszy rzut oka krzyżówka Wańki-wstańki z pokemonem. W rzeczywistości jest to uproszczona wersja maneki-neko (dosłownie "zapraszający kot"), jednej z najpopularniejszych japońskich figurek-amuletów, mających przynosić szczęście. Jeśli chodzi o popularność i zasięg występowania klasyczny maneki-neko jest azjatyckim odpowiednikiem naszych gipsowych krasnali, z tym że zamiast brodatego koślawca mamy postać siedzącego, trójkolorowego kota z uniesioną łapą, czerwoną kokardą i dzwonkiem na szyi i tradycyjną, złotą monetą opartą o łapy.



Cała historia ma swój początek w epoce Edo, chociaż pierwsze datowane wyobrażenia są nieco późniejsze i pochodzą już z ery Meji, gdzieś około roku 1870. Oczywiście legenda występuje w kilku wariantach. Najbardziej popularny opowiada o kocie, który pojawił się przed podróżującym przez niegościnną okolicę dygnitarzem (w zależności od wersji miał nim być lokalny bogacz, daymio lub nawet sam cesarz), wykonując łapą gest przywołania. Podróżnik miał zareagować na kocie zaproszenie i dzięki temu uniknąć a to uderzenia pioruna który trafił dokładnie w drzewo pod którym wcześniej się zatrzymał, a to zasadzki wrogów, a to jeszcze innej nieprzyjemności. Według innej wersji (przytoczonej min. przez prof. Tubielewicz) pierwowzorem maneki-neko miał być ulubiony kot Usugumo – kurtyzany z Yoshiwary. Któregoś wieczoru zwierzę zaczęło łazić za swoją panią, miauczeć, zaczepiać łapą o kimono, słowem- być po kociemu upierdliwe. Właściciel przybytku w którym rzeczona kurtyzana pracowała czy to przesądnie wierząc że zwierze próbuje opętać swoją panią, czy też mniej przesądnie uznając że ma skurkowańca dość i chce chwili spokoju obciął mu łeb. Kocia głowa podskoczyła, podleciała pod sufit i zagryzła zaczajonego tam węża, w ten sposób chroniąc swoją panią przed niechybną śmiercią (swoją drogą frapujące że sierściuch pofatygował się podjąć jakiekolwiek sensowne działania dopiero post mortem). Jak to w legendach wszyscy wpadli w oszołomienie, zadziwieni wiernością kota, rozlali morze łez a potem zaczęli lepić figurki przedstawiające tragicznie zmarłego nieboszczyka, które miały tą cudowną właściwość że przyciągały klientów. Zdaniem niektórych badaczy fakt popularności motywu wśród kurtyzan był nieprzypadkowy- uważano podobno że tak jak koty potrafią opętać człowieka, tak gejsze rzucają podobny urok na mężczyzn.

Jak by nie wyglądała pierwotna historyjka, figurki maneki-neko wystawiane w witrynach sklepów i restauracji mają przynosić szczęście, bogactwo lub przyciągać gości. Wszystko zależy od tego, która łapa wykonuje gest przywołania wyglądający, żeby było weselej, dokładnie tak, jak u nas dziecięce „pa pa”. Jeśli prawa- szczęście i bogactwo. Jeśli lewa- wręcz przeciwnie, goście. Oczywiście przedsiębiorczy Chińczycy szybko podchwycili pomysł i zaczęli produkować figurki z obiema łapami w górze.

Kolor kota jest również nieprzypadkowy. O ile rude kocury uznaje się za fałszywe, czarne- za demoniczne a biały jest kolorem śmierci, o tyle trójkolorowe jako jedyne cieszą się opinią zwierząt wiernych i „szczęśliwych”.

Czerwona kokardka i dzwonek to dwa elementy wiążące się z historią współżycia kotów i ludzi w Japonii. Otóż kiedy czcigodny Tokugawa Ieyasu raczył wziąć cały narodek za kolektywną mordę, skończyło się słodkie kocie nieróbstwo i dawni pupile arystokracji zostali zmuszeni do ganiania za myszami i innymi szkodnikami. W początkowym okresie, biorąc pod uwagę płodność kotów pewnie nieszczególnie długim, zwierzęta te były raczej kosztownymi maskotkami służącymi demonstrowaniu zamożności nowobogackich właścicieli i jako takie cieszyły się różnymi przywilejami (za myszami po staremu ganiała służba). Wiązano im wstążki w kolorze który miał odganiać demony i zapobiegać urokom, do wstążek przyczepiano dzwoneczki ułatwiające odnalezienie stworzenia w razie gdyby przyszła mu do głowy zabawa w chowanego.

Jeśli chodzi o koty i Japonię- to chyba wszystko. Wracając do wizyty w małym chińskim sklepiku: jako że maneki-neko to bardzo popularny motyw, wiązała się ona dla mnie z odkryciem nieco innej natury, nijak nie związanym z ikonologią. Otóż dowiedziałem się że pojęcie „strap” może odnosić się do niewinnych, przyczepianych do telefonu zabaweczek w formie kotków, ptaszków i motylków.

Czego to ludzie nie wymyślą...