Tokusan przybył do Isana. Wszedł do sali dharmy, niosąc swój tobołek pod pachą. Przemaszerował przez pomieszczenie od wschodu do zachodu i od zachodu do wschodu. Rozejrzał się dookoła, powiedział "Nic, nic!" i wyszedł.
(komentarz Setcho, kompilatora zbioru: "przejrzał!")
Kiedy Tokusan doszedł do bramy, powiedział, "Mimo wszystko nie powinienem działać tak pośpiesznie." Ubrał się w strój ceremonialny i ponownie wszedł żeby spotkać się z Isanem. Isan siedział na swoim miejscu. Tokusan ceremonialnie uniósł swój dywanik i powiedział, "Mistrzu!" Isan już miał chwycić hossu, gdy nagle Tokusan rozdarł się "Kaatz!" po czym zgarnął rękawy i wyszedł
(Setcho ponownie komentuje: "przejrzał!")
Zostawiając za sobą salę dharmy Tokusan włożył swoje sandały z trawy i odszedł. Popołudniem Isan spytał starszego mnicha, "Gdzie jest ten nowicjusz który był tu wcześniej?". Mniech odpowiedział, "Odwrócił sie tyłem do sali dharmy, założył sandały i poszedł sobie." Isan powiedział, "Pewnego dnia ten człowiek zbuduje szałas z trawy na samotnym szczycie, będzie ochrzaniał buddów i obrażał patriarchów."
(komentarz Setcho: "Nie dość było śniegu, teraz do tego jeszcze mróz."
Kaatz to zwykle głośny okrzyk (bardziej wrzask), bez słów czy znaczenia, używany przez mistrzów Zen by wyrwać ludzi ze świata złudzeń i pożądań
Hossu to krótka laseczka z drewna bądź bambusa z kępą włosia (krowiego, końskiego bądź jaka) na jednym końcu, noszona przez kapłanów Zen. Często opisywana jako "odganiaczka much" miała pierwotnie służyć odganianiu pożądań, ale sprawdzała się również w bardziej prozaicznych zastosowaniach. Symbolicznie hossu jest oznaką autorytetu mistrza, jego "prawa" do nauczania i przekazywania dharmy innym, co leżało u podstaw pojawienia się zwyczaju przekazywania jej przez starego mistrza swojemu następcy.
środa, 21 listopada 2012
Hekiganroku. Koan III: Chory mistrz Ba
Wielki mistrz Ba był poważnie chory. Najwyższy kapłan świątyni spytał go,
"Mistrzu, jak się czujesz?"
Wielki mistrz odpowiedział,
"Budda o twarzy słońca, Budda o twarzy księżyca" [1].
[1] Budda o twarzy słońca to budda którego życie trwa 1800 lat. Budda o twarzy księżyca żyje tylko 24 godziny.
"Mistrzu, jak się czujesz?"
Wielki mistrz odpowiedział,
"Budda o twarzy słońca, Budda o twarzy księżyca" [1].
[1] Budda o twarzy słońca to budda którego życie trwa 1800 lat. Budda o twarzy księżyca żyje tylko 24 godziny.
Hekiganroku, Koan II: "Najdoskonalsza droga" Joshu
Nauczając zebranych, Joshu powiedział,
"Najdoskonalsza droga nie jest trudna; polega na odrzuceniu wyboru [1]. Nawet gdy słowo zostaje wypowiedziane, mamy do czynienia z "wyborem" lub z przywiązaniem do "zrozumienia". Ten stary mnich [2] nie przywiązuje się do zrozumienia. Czy wy, mnisi, chcecie pojąć czy nie?"
Wtedy jeden z mnichów spytał,
"Mówisz że nie przywiązujesz wagi do pojmowania. Skoro tak, do czego należy przywiązać wagę?"
Joshu odpowiedział
"Tego nie wiem."
Mnich spytał
"Jeśli nie wiesz tego, Mistrzu, to dlaczego mówisz że nie przywiązujesz wagi do pojmowania?"
Joshu odpowiedział,
"Zadałeś już dość pytań. Pokłoń się i wróć na miejsce."
[1]: Prawdopodobnie odwołanie do początku jednego z pierwszych i najważniejszych tekstów buddyzmu chan/zen, Shinjinmei (Wiara w Umysł), traktatu trzeciego patriarchy Sosana):
"Najdoskonalsza Droga nie jest trudna;
polega na odrzuceniu wyboru.
Kiedy przestaniesz kochać i nienawidzić
stanie się zrozumiała sama z siebie."
[2]: "Ten stary mnich.."- Joshu mówi tu o sobie, unikając użycia osobowego "ja".
"Najdoskonalsza droga nie jest trudna; polega na odrzuceniu wyboru [1]. Nawet gdy słowo zostaje wypowiedziane, mamy do czynienia z "wyborem" lub z przywiązaniem do "zrozumienia". Ten stary mnich [2] nie przywiązuje się do zrozumienia. Czy wy, mnisi, chcecie pojąć czy nie?"
Wtedy jeden z mnichów spytał,
"Mówisz że nie przywiązujesz wagi do pojmowania. Skoro tak, do czego należy przywiązać wagę?"
Joshu odpowiedział
"Tego nie wiem."
Mnich spytał
"Jeśli nie wiesz tego, Mistrzu, to dlaczego mówisz że nie przywiązujesz wagi do pojmowania?"
Joshu odpowiedział,
"Zadałeś już dość pytań. Pokłoń się i wróć na miejsce."
[1]: Prawdopodobnie odwołanie do początku jednego z pierwszych i najważniejszych tekstów buddyzmu chan/zen, Shinjinmei (Wiara w Umysł), traktatu trzeciego patriarchy Sosana):
"Najdoskonalsza Droga nie jest trudna;
polega na odrzuceniu wyboru.
Kiedy przestaniesz kochać i nienawidzić
stanie się zrozumiała sama z siebie."
[2]: "Ten stary mnich.."- Joshu mówi tu o sobie, unikając użycia osobowego "ja".
Hekiganroku, Koan I: "Czystość i pustka" Bodhidarmy
Tym razem jeden z tekstów źródłowych, o ile wiem do tej pory nie tłumaczonych na polski. Nie wiem czy wystarczy mi uporu żeby przetłumaczyć wszystkie, ale dopóki nie mam nic ciekawszego do pisania spróbuję przynajmniej zająć się czymś pożytecznym.
"Zapiski Niebieskiego Urwiska" to kolekcja koanów Chan, skompilowanych przez mnicha Yuanwu Keqin w czasach dynastii Song, około 1125. Oprócz 100 koanów, zebranych przez Xuedou Zhongxian, zawierała ona komentarze i zapiski Yuanwu. Powszechnie uznawana za jedną z najważniejszych ksiąg tej szkoły buddyzmu. O jej popularności świadczą powielane przez wieki anegdoty opowiadające jak to ten bądź ów mistrz widząc że mnisi zbyt długo ślęczą nad księgą miał wrzucić ją w ogień.
Koan 1. "Czystość i Pustka" Bodhidarmy
Władca Bu z Ryo [1] spytał wielkiego mistrza Bodhidamę,
"Jakie jest najwyższa zasada na której opierają się święte nauki ?"
Bodhidarma odpowiedział,
"Czystość i pustka, nie świętość."
Władca spytał:
"Kto siedzi przede mną?"
Bodhidarma odpowiedział,
"Nie wiem"
Władca nie pojął odpowiedzi.
Po tym Bodhidharma przekroczył rzekę Yangtse i udał się do królestwa Gi. Władca spytał Shiko o opinię na ten temat. Shiko zapytał,
"Czy Wasza Dostojność wie kim jest ten człowiek?"
Władca odpowiedział,
"Nie wiem"
Shiko rzekł,
"To Mahasattwa Avalokitesvara, ten który niesie pieczęć Umysłu Buddy."
Cesarz nie posiadał się z żalu i chciał wysłać posła by prosić Bodhidharmę o powrót, ale Shiko powiedział,
"Wasza Dostojność powinien porzucić zamiar wysłania posła by prosić o powrót. Nawet gdyby wysłać za nim wszystkich ludzi żyjących w kraju, nie powróci."
[1] Władca Bu rządził krainą Ryo w latach 502-509
"Zapiski Niebieskiego Urwiska" to kolekcja koanów Chan, skompilowanych przez mnicha Yuanwu Keqin w czasach dynastii Song, około 1125. Oprócz 100 koanów, zebranych przez Xuedou Zhongxian, zawierała ona komentarze i zapiski Yuanwu. Powszechnie uznawana za jedną z najważniejszych ksiąg tej szkoły buddyzmu. O jej popularności świadczą powielane przez wieki anegdoty opowiadające jak to ten bądź ów mistrz widząc że mnisi zbyt długo ślęczą nad księgą miał wrzucić ją w ogień.
Koan 1. "Czystość i Pustka" Bodhidarmy
Władca Bu z Ryo [1] spytał wielkiego mistrza Bodhidamę,
"Jakie jest najwyższa zasada na której opierają się święte nauki ?"
Bodhidarma odpowiedział,
"Czystość i pustka, nie świętość."
Władca spytał:
"Kto siedzi przede mną?"
Bodhidarma odpowiedział,
"Nie wiem"
Władca nie pojął odpowiedzi.
Po tym Bodhidharma przekroczył rzekę Yangtse i udał się do królestwa Gi. Władca spytał Shiko o opinię na ten temat. Shiko zapytał,
"Czy Wasza Dostojność wie kim jest ten człowiek?"
Władca odpowiedział,
"Nie wiem"
Shiko rzekł,
"To Mahasattwa Avalokitesvara, ten który niesie pieczęć Umysłu Buddy."
Cesarz nie posiadał się z żalu i chciał wysłać posła by prosić Bodhidharmę o powrót, ale Shiko powiedział,
"Wasza Dostojność powinien porzucić zamiar wysłania posła by prosić o powrót. Nawet gdyby wysłać za nim wszystkich ludzi żyjących w kraju, nie powróci."
[1] Władca Bu rządził krainą Ryo w latach 502-509
środa, 3 października 2012
Moja prawda jest mojsza.
"To może jako następny ktoś z zupełnie innej beczki - Nichiren? :) "
A bardzo kolegę proszę- nasz klient nasz perpan.
Nichren pewnością był osobowością nietuzinkową, reformatorem religijnym który w poważny sposób wpłynął na kształt japońskiego buddyzmu. Równocześnie miał tyle cech twardogłowego, fanatycznego doktrynera, że o wiele łatwiej podziwiać jego wytrwałość i oddanie przekonaniom, niż wykrzesać z siebie sympatię dla tego rodzaju indywiduum.
Pochodził z najniższych warstw społeczeństwa. Sam pisał o sobie że pochodził z rodziny „chandala”, co w sanskrycie oznacza osoby zajmujące się usuwaniem zwłok i innymi tego typu „kalającymi” czynnościami. Odpowiednikiem tej kasty w Japonii byliby Eta. Jest w tym chyba trochę przesady- wiadomo że jego ojciec był rybakiem. W każdym razie przyszły prorok urodził się 16 lutego 1222 roku.Rodzice nadali mu imię Zennichimaro, które tłumaczyć można na wiele sposóbów, w każdym razie niezależnie od przekładu zawsze jest tam jakaś superlatywa i coś o słońcu („Wspaniałe słońce”, „Słońce cnót”). Nie wiadomo czy jest to historia „prawdziwa” czy legenda dopisana później przez zwolenników Nichrena, w każdym razie miało to mieć związek ze snem który przyśnił się matce tuż przed porodem- słońce spoczywające w kwiecie lotosu „wpłynęło” do pomieszczenia w którym była.
Niewiele wiadomo o najwcześniejszych latach jego życia. W wieku 11 lat wstąpił do klasztoru, pięć lat później został wyświęcony w świątyni sekty Tendai, w Kiyosumi-dera. Warto zwrócić uwagę na to, że sutra Lotosu uważana jest przez tę odmianę buddyzmu za najpełniej oddającą czy wyrażającą dharmę, co znajdzie później swoje odbicie w doktrynie którą stworzył Nichren. W każdym razie ten ostatni aż do 1253 wędrował po różnych świątyniach w kraju, zgłębiając doktrynę. Co ciekawe i bardzo nietypowe dla Japonii, nigdy nie posiadał mistrza. Był bezkompromisowym i chyba dość niezależnym intelektualnie samoukiem, który poświęcił się badaniom pism, ze szczególnym naciskiem na wielbioną przez niego sutrę Lotosu.
28 kwietnia 1253 roku ogłosił zręby swojej doktryny. Była ona o tyle nowatorska, że odrzucała przekonanie o nieuchronności następowania po sobie kolejnych epok czy- jak kto woli- faz rozwoju buddyzmu. Według Nichrena nadejście mappo było wynikiem nie tyle naturalnej i nieodwracalnej przemiany, co następstwem grzesznego przyzwolenia rządzących na niemoralność i „zatruwanie” czy „rozwadnianie” oryginalnej nauki Buddy. Wszelkie nieszczęścia jakie tylko mogły spać na kraj, naród czy jednostkę, były rodzajem boskiej odpłaty za szerzenie bądź dopuszczanie szerzenia się „fałszywych” poglądów. Jako że Nichren za prawdziwą uznawał wyłącznie własną, „oczyszczoną” z późniejszych wpływów wersję buddyzmu Tendai, wszystkie inne, wliczając tę z której nasz prorok się wywodził, uważał za twory piekielne (buddyzm Zen określał wprost nazwą „nauk demonów”, a nie była to bynajmiej najgorsza z obelg jakimi miotał). Rzeczywiście można uznać stworzoną przez niego wersję buddyzmu za rodzaj buddyjskiej ortodoksji. Nichrenizm z pewnością zrywał z górą ezoterycznego bagażu właściwego starym szkołom, odrzucał również przesłanie amidyzmu, chociaż warto zwrócić uwagę że tak jak amidyzm szerzył wiarę w nembutsu, tak szkoła Nichrena ukuła swoje własne daimoku czy, poprawniej, z pełnym szacunku przedrostkiem, o-daimoku, „Namu Myoho Renge Kyo” (Chwała Lotosowie boskiego prawa). Wers ten recytowano i śpiewano do wtóru łomotu bębnów chociaż trzeba oddać wyznawcom Nichrena sprawiedliwość- nie przypisywano mu niemal magicznej mocy sprawczej jaką nembutsu miało dla amidystów. Było to tylko i aż credo, znak rozpoznawczy i zawołanie bojowe jednej z najbardziej ksenofobicznych i nietolerancyjnych szkół buddyzmu japońskiego.
W 1260 Nichren ogłosił swój „Traktat o ustanowieniu właściwego kultu w celu zapewnienia szczęśliwości kraju” (Risshō Ankoku Ron). Pismo to zawierało ni mniej ni więcej tylko prostą wykładnię tego, jak to tajfuny, trzęsienia ziemi, nieurodzaje i wszelkie inne nieszczęścia są rezultatem przyzwolenia przez rządzących na głoszenie fałszywych bądź przestarzałych doktryn. Pomiędzy wszystkimi pouczeniami znajdowały się też przepowiednie mówiące że jeśli rząd nie naprawi swoich błędów, kraj zostanie ukarany najazdem z kontynentu (przepowiednia którą przypomniano sobie w czasie najazdu Mongołów). Szogunat odpowiedział w sposób zaskakująco łagodny, wyganiając hałaśliwego mnicha (banicję zniesiono niedługo później, w 1261). Oczywiście rząd z Kamakury swoje, a urażone szkoły buddyjskie i powiązani z nimi arystokraci swoje. Nichren spotykał się z zemstą różnej maści bonzów, raz próbowano go nawet zdekapitować. Uratowało go wówczas pojawinie się nad morzem „jasnej kuli, świecącej jak księżyc” które przeraziło katów. Sam prorok przyjmował wszelkie niedogodności jak przysłowiowy „dopust boży” , ale ani razu nie odstąpił od swoich poglądów, za co skazano go na wygnanie po raz kolejny, w roku 1272, które ponownie zniesiono w 1274. Na jego plus warto zapisać że kiedy po odparciu najazdu Mongołów różnej maści zakony zgłaszały swoje pretensje do nagrody za wymodlenie boskiej interwencji, Nichren, wezwany na dwór, nie wykorzystał tej okazji do zbierania owoców urzeczywistnienia się swojej przepowiedni sprzed lat (czego nikt pewnie by mu nie odmówił). Ograniczył się do kolejnego wygłoszenia tych samych, znanych wszystkim napomnień, które spotkały się z tym samym odezwem co zwykle- zignorowano go. Wówczas zastosował się do chińskiej maksymy mówiącej że mędrzec którego rady zostaną trzykrotnie odrzucone powinien się usunąć na bok i udał się na dobrowolne wygnanie na górę Minobu. Założył tam świątynię, Kuon-ji, która stała się centrum założonego przez niego wyznania. W 1282 słabujący na zdrowiu Nichren wybrał się „do wód”, by podreperować swój organizm korzystając z gorących kąpieli. Niestety, podróż okazała się być zbyt męcząca i po 10 dniach zmarł w posiadłości Ikegami Munenakiego świeckiego wyznawcy swojej doktryny.
A bardzo kolegę proszę- nasz klient nasz perpan.
Nichren pewnością był osobowością nietuzinkową, reformatorem religijnym który w poważny sposób wpłynął na kształt japońskiego buddyzmu. Równocześnie miał tyle cech twardogłowego, fanatycznego doktrynera, że o wiele łatwiej podziwiać jego wytrwałość i oddanie przekonaniom, niż wykrzesać z siebie sympatię dla tego rodzaju indywiduum.
Pochodził z najniższych warstw społeczeństwa. Sam pisał o sobie że pochodził z rodziny „chandala”, co w sanskrycie oznacza osoby zajmujące się usuwaniem zwłok i innymi tego typu „kalającymi” czynnościami. Odpowiednikiem tej kasty w Japonii byliby Eta. Jest w tym chyba trochę przesady- wiadomo że jego ojciec był rybakiem. W każdym razie przyszły prorok urodził się 16 lutego 1222 roku.Rodzice nadali mu imię Zennichimaro, które tłumaczyć można na wiele sposóbów, w każdym razie niezależnie od przekładu zawsze jest tam jakaś superlatywa i coś o słońcu („Wspaniałe słońce”, „Słońce cnót”). Nie wiadomo czy jest to historia „prawdziwa” czy legenda dopisana później przez zwolenników Nichrena, w każdym razie miało to mieć związek ze snem który przyśnił się matce tuż przed porodem- słońce spoczywające w kwiecie lotosu „wpłynęło” do pomieszczenia w którym była.
Niewiele wiadomo o najwcześniejszych latach jego życia. W wieku 11 lat wstąpił do klasztoru, pięć lat później został wyświęcony w świątyni sekty Tendai, w Kiyosumi-dera. Warto zwrócić uwagę na to, że sutra Lotosu uważana jest przez tę odmianę buddyzmu za najpełniej oddającą czy wyrażającą dharmę, co znajdzie później swoje odbicie w doktrynie którą stworzył Nichren. W każdym razie ten ostatni aż do 1253 wędrował po różnych świątyniach w kraju, zgłębiając doktrynę. Co ciekawe i bardzo nietypowe dla Japonii, nigdy nie posiadał mistrza. Był bezkompromisowym i chyba dość niezależnym intelektualnie samoukiem, który poświęcił się badaniom pism, ze szczególnym naciskiem na wielbioną przez niego sutrę Lotosu.
28 kwietnia 1253 roku ogłosił zręby swojej doktryny. Była ona o tyle nowatorska, że odrzucała przekonanie o nieuchronności następowania po sobie kolejnych epok czy- jak kto woli- faz rozwoju buddyzmu. Według Nichrena nadejście mappo było wynikiem nie tyle naturalnej i nieodwracalnej przemiany, co następstwem grzesznego przyzwolenia rządzących na niemoralność i „zatruwanie” czy „rozwadnianie” oryginalnej nauki Buddy. Wszelkie nieszczęścia jakie tylko mogły spać na kraj, naród czy jednostkę, były rodzajem boskiej odpłaty za szerzenie bądź dopuszczanie szerzenia się „fałszywych” poglądów. Jako że Nichren za prawdziwą uznawał wyłącznie własną, „oczyszczoną” z późniejszych wpływów wersję buddyzmu Tendai, wszystkie inne, wliczając tę z której nasz prorok się wywodził, uważał za twory piekielne (buddyzm Zen określał wprost nazwą „nauk demonów”, a nie była to bynajmiej najgorsza z obelg jakimi miotał). Rzeczywiście można uznać stworzoną przez niego wersję buddyzmu za rodzaj buddyjskiej ortodoksji. Nichrenizm z pewnością zrywał z górą ezoterycznego bagażu właściwego starym szkołom, odrzucał również przesłanie amidyzmu, chociaż warto zwrócić uwagę że tak jak amidyzm szerzył wiarę w nembutsu, tak szkoła Nichrena ukuła swoje własne daimoku czy, poprawniej, z pełnym szacunku przedrostkiem, o-daimoku, „Namu Myoho Renge Kyo” (Chwała Lotosowie boskiego prawa). Wers ten recytowano i śpiewano do wtóru łomotu bębnów chociaż trzeba oddać wyznawcom Nichrena sprawiedliwość- nie przypisywano mu niemal magicznej mocy sprawczej jaką nembutsu miało dla amidystów. Było to tylko i aż credo, znak rozpoznawczy i zawołanie bojowe jednej z najbardziej ksenofobicznych i nietolerancyjnych szkół buddyzmu japońskiego.
W 1260 Nichren ogłosił swój „Traktat o ustanowieniu właściwego kultu w celu zapewnienia szczęśliwości kraju” (Risshō Ankoku Ron). Pismo to zawierało ni mniej ni więcej tylko prostą wykładnię tego, jak to tajfuny, trzęsienia ziemi, nieurodzaje i wszelkie inne nieszczęścia są rezultatem przyzwolenia przez rządzących na głoszenie fałszywych bądź przestarzałych doktryn. Pomiędzy wszystkimi pouczeniami znajdowały się też przepowiednie mówiące że jeśli rząd nie naprawi swoich błędów, kraj zostanie ukarany najazdem z kontynentu (przepowiednia którą przypomniano sobie w czasie najazdu Mongołów). Szogunat odpowiedział w sposób zaskakująco łagodny, wyganiając hałaśliwego mnicha (banicję zniesiono niedługo później, w 1261). Oczywiście rząd z Kamakury swoje, a urażone szkoły buddyjskie i powiązani z nimi arystokraci swoje. Nichren spotykał się z zemstą różnej maści bonzów, raz próbowano go nawet zdekapitować. Uratowało go wówczas pojawinie się nad morzem „jasnej kuli, świecącej jak księżyc” które przeraziło katów. Sam prorok przyjmował wszelkie niedogodności jak przysłowiowy „dopust boży” , ale ani razu nie odstąpił od swoich poglądów, za co skazano go na wygnanie po raz kolejny, w roku 1272, które ponownie zniesiono w 1274. Na jego plus warto zapisać że kiedy po odparciu najazdu Mongołów różnej maści zakony zgłaszały swoje pretensje do nagrody za wymodlenie boskiej interwencji, Nichren, wezwany na dwór, nie wykorzystał tej okazji do zbierania owoców urzeczywistnienia się swojej przepowiedni sprzed lat (czego nikt pewnie by mu nie odmówił). Ograniczył się do kolejnego wygłoszenia tych samych, znanych wszystkim napomnień, które spotkały się z tym samym odezwem co zwykle- zignorowano go. Wówczas zastosował się do chińskiej maksymy mówiącej że mędrzec którego rady zostaną trzykrotnie odrzucone powinien się usunąć na bok i udał się na dobrowolne wygnanie na górę Minobu. Założył tam świątynię, Kuon-ji, która stała się centrum założonego przez niego wyznania. W 1282 słabujący na zdrowiu Nichren wybrał się „do wód”, by podreperować swój organizm korzystając z gorących kąpieli. Niestety, podróż okazała się być zbyt męcząca i po 10 dniach zmarł w posiadłości Ikegami Munenakiego świeckiego wyznawcy swojej doktryny.
czwartek, 16 sierpnia 2012
Fiu fiu
Zen. Najlepiej sprzedająca się szkoła buddyzmu na świecie. Medytacja, koany, obowiązkowe głębokie frazy o pustce z kołem ratunkowym w postaci programowego aintelektualizmu (w razie gdyby ktoś nalegał na objaśnienia). We wszystkich obecnie istniejących szkołach tego odłamu siedząca medytacja zazen czy shikantaza zajmuje poczesne miejsce, stając się wręcz znakiem rozpoznawczym. Swego czasu istniała w Japonii szkoła która niemal całkowicie odrzucała tego rodzaju zabiegi. Fuke (czy poprawniej: Fuke- shi) wywodziła się z popularnej do dziś szkoły Rinzai. Pochodziła (jak cały zresztą buddyzm Zen/ Chan) z Chin. Jej protoplastą był dość ekstrawagancki nauczyciel Puha, w transkrypcji japońskiej właśnie Fuke. Kiedy jego mistrz umierał, miał poprosić zebranych uczniów o namalowanie swojego portretu. Wszyscy mnisi rzucili się do pędzli, jeden tylko Puha wywinął salto. Mistrz skomentował to „on kiedyś będzie uczył w bardzo ekstrawagancki sposób” po czym umarł. Gest Puha może wydać się obraźliwy (nauczyciel umiera a ten sobie wywija fikołki), w rzeczywistości jednak miał zaledwie stanowić rozwiązanie „zadania” jakie postawił mnichom umierający. Tworzenie portretu czyli zaledwie próby uchwycenia, odwzrowania materialnej rzeczywistości, jest w obliczu ulotności tej ostatniej kompletnie absurdalne i pozbawione znaczenia. Mistrz tak czy tak umiera, tworzenie portretu jest idiotyzmem- w tej sytuacji nawet salto ma więcej sensu.
Buddyzm Fuke koncentrował się na nieprzekazywalnych aspektach oświecenia. Nie odrzucał sutr (podobnie jak i inne gałęzie Zen z dużym szacunkiem podchodził zwłaszcza do sutry diamentowej i Lankavakara sutry), ale próżno w nim szukać praktyki recytacji. Za całą medytację miała służyć święta muzyka, honkyoku- prawdopodobnie początkowo po prostu forma ćwiczenia oddechowego, odbywanego w trakcie długotrwałych wędrówek. Z czasem uległa ona oczywiście kodyfikacji, powstały kolejne kanony, ale pierwotnie ideałem miało być naśladowanie „wiatru w zaroślach bambusa”. Oprócz pełnienia swej pierwotnej funkcji honkyoku stała się też sposobem na zbieranie datków. Wędrujący mnich siadał gdzieś w kątku i grał w nadziei na to że ktoś z przygodnych słuchaczy odwdzięczy się jałmużną.
Mnisi Fuke początkowo znani byli pod nazwą komoso, czyli „mnichami słomianej maty”, ale pod koniec XVII wieku nazwę „odrobinę” zmieniono na komuso- „mnichów pustki” co- bądźmy szczerzy- z marketingowego punktu widzenia brzmi o wiele zgrabniej. Najbardziej charakterystycznym elementem ich stroju był wyjątkowo głęboki kapelusz, całkowicie zakrywający twarz i trochę podobny do odwróconego do góry nogami wiklinowego kosza. Zapewniał on pełną anonimowość, cenną dla chcących pozbyć się jakichkolwiek cech indywidualnych mnichów, ale tym bardziej cenną dla ludzi mających o wiele bardziej przyziemne intencje- roninów, szpiegów i temu podobnych indywiduów. Swoją drogą tak owa anonimowość, jak i flet miały być- jak twierdzi T. Screech- traktowane jako fetysz. Dodatkową zachętą do włożenia misiego przebrania była swoboda poruszania się po terenie całego kraju, którą cieszyli się komuso- rzecz dość niespotykana w państwie policyjnym jakim była Japonia Tokugawów. Współcześnie badacze przychylają się do teorii jakoby w rzeczywistości Fuke najprawdopodobniej byli zwolennikami bakufu, co tłumaczyłoby nie tylko dość niecodzienne przywileje jakimi się cieszyła sekta, ale i fakt jej rozwiązania zaraz po upadku szogunatu.
Jakkolwiek wyglądały fakty dotyczące politycznych powiązań Fuke, w popkulturze komuso są niemal zawsze agentami wrogich sił, czy będą to shinobi na usługach Ura-Yagu, polujący na Kazuro Okami czy też mnisi z klanu Kruka z komiksu Okko.
Buddyzm Fuke koncentrował się na nieprzekazywalnych aspektach oświecenia. Nie odrzucał sutr (podobnie jak i inne gałęzie Zen z dużym szacunkiem podchodził zwłaszcza do sutry diamentowej i Lankavakara sutry), ale próżno w nim szukać praktyki recytacji. Za całą medytację miała służyć święta muzyka, honkyoku- prawdopodobnie początkowo po prostu forma ćwiczenia oddechowego, odbywanego w trakcie długotrwałych wędrówek. Z czasem uległa ona oczywiście kodyfikacji, powstały kolejne kanony, ale pierwotnie ideałem miało być naśladowanie „wiatru w zaroślach bambusa”. Oprócz pełnienia swej pierwotnej funkcji honkyoku stała się też sposobem na zbieranie datków. Wędrujący mnich siadał gdzieś w kątku i grał w nadziei na to że ktoś z przygodnych słuchaczy odwdzięczy się jałmużną.
Mnisi Fuke początkowo znani byli pod nazwą komoso, czyli „mnichami słomianej maty”, ale pod koniec XVII wieku nazwę „odrobinę” zmieniono na komuso- „mnichów pustki” co- bądźmy szczerzy- z marketingowego punktu widzenia brzmi o wiele zgrabniej. Najbardziej charakterystycznym elementem ich stroju był wyjątkowo głęboki kapelusz, całkowicie zakrywający twarz i trochę podobny do odwróconego do góry nogami wiklinowego kosza. Zapewniał on pełną anonimowość, cenną dla chcących pozbyć się jakichkolwiek cech indywidualnych mnichów, ale tym bardziej cenną dla ludzi mających o wiele bardziej przyziemne intencje- roninów, szpiegów i temu podobnych indywiduów. Swoją drogą tak owa anonimowość, jak i flet miały być- jak twierdzi T. Screech- traktowane jako fetysz. Dodatkową zachętą do włożenia misiego przebrania była swoboda poruszania się po terenie całego kraju, którą cieszyli się komuso- rzecz dość niespotykana w państwie policyjnym jakim była Japonia Tokugawów. Współcześnie badacze przychylają się do teorii jakoby w rzeczywistości Fuke najprawdopodobniej byli zwolennikami bakufu, co tłumaczyłoby nie tylko dość niecodzienne przywileje jakimi się cieszyła sekta, ale i fakt jej rozwiązania zaraz po upadku szogunatu.
Jakkolwiek wyglądały fakty dotyczące politycznych powiązań Fuke, w popkulturze komuso są niemal zawsze agentami wrogich sił, czy będą to shinobi na usługach Ura-Yagu, polujący na Kazuro Okami czy też mnisi z klanu Kruka z komiksu Okko.
wtorek, 10 kwietnia 2012
Nie-tak-znowu-Complete JianShu
Chiński jian jest dość osobliwym przypadkiem. Broń bez której nie obejdzie się chyba żadna szkoła tai chi czy kung fu, wykorzystywana w setkach- jeśli nie tysiącach- form
i układów. Równocześnie całkowicie niemal wymarła umiejętność praktycznego jej zastosowania. Praktycznego- to znaczy do walki pełnokontaktowej, z przeciwnikiem który nie będzie patrzył na to czy changshan wystarczająco efektownie się układa albo czy cycata blondyna w pierwszym rzędzie zauważa go czy nie, tylko całą swoją uwagę skupi na tym jak możliwie szybko i sukutecznie przy...łożyć w łeb i wygrać starcie. Ostatnimi czasy ten stan rzeczy powoli- wręcz zaskakująco wolno- ulega zmianie. Powstają kolejne ugrupowania skupiające się na zrekonstruowaniu Jianshu i zrobieniu z niego pełnoprawnej sztuki walki, mogącej konkurować z kendo czy choćby DESW. Co ciekawe większość z nich działa poza granicami Chin. Największa to World Jianshu League, jeśli się nie mylę z USA, http://www.worldjianshu.org/) i Traditional Chinese Sword League z Australi (http://www.swordleague.com/). Obie organizacje robią co mogą żeby tworzyć filie
i organizować zawody, póki co co prawda z dość mizernym rezultatem, ale jeśli zerknąć na to, jak wyglądały początki DESW można mieć nadzieję że z czasem będzie coraz lepiej.
W moje ręce wpadła ostatnio książka robiąca furorę, reklamowana jako „najbardziej kompletny podręcznik sztuki walki chińskim mieczem” czyli „The complete jianshu. Chinese combat sword for sport”, autorstwa sifu Jasona Tsou i Artura Shonfelda.

Rzecz wydana bardzo praktycznie. Miękka okładka, wewnątrz 237 stron spiętych sprężynką, co znakomicie przedłuża żywotność każdego podręcznika, zwłaszcza w sali treningowej.

Całość podzielono na 6 rozdziałów:
Wprowadzenie (strony 1-20)
Głównie opis budowy miecza, nazewnictwo jego części oraz opis protektorów, tak tych uznawanych za wmagane, jak i opcjonalnych.
Omówienie głównych zasad (21-58)
Sposoby trzymania rękojeści, kilka słów o konieczności symetrycznego ćwiczenia obu rąk, koncept „bram” (w szermierce europejskiej: otwarć), dystansów, synchronizacji w czasie
i drobna dolewka mistycznego jumbo-jumbo (koniec końców mówimy o wschodniej sztuce walki), szcześciem podanego w dość strawnym sosie.
Podstawy Jianshu (58-111)
Rozgrzewka, statyczna i dynamiczna, ćwiczenia koordynacji, Qi Gong dla praktyków jianshu, wreszcie postawy.
Trening (112-194)
Trzy zestawy ćwiczeń: ofensywne, defensywne i związane z „kontrolą bram” (mówiąc po ludzku: bloki dynamiczne), ćwiczenia zadaniowe w parach, kombinacje.
Praca nóg (193-210)
Sparring (211-221)
System punktów, opis wyposażenia, rozmiar planszy, sposób oceniania. Część przeznaczona dla osób myślących o bardziej sportowym podejściu.
Mamy też dodatki, zawierające tablice z zestawieniami wszystkich ćwiczeń, technik
i kombinacji. Wszystkie techniki pokazane są na seriach czarno-białych ilustracji. Książce towarzyszy płyta DVD, z demonstracją większości „mięsa” zawartego w podręczniku- poszczególnych ćwiczeń, technik, jest tu również przykład walk zadaniowych i sparringów. Całość jest dość ciekawą inicjatywą, ale nie ma co ukrywać- obarczoną wszystkimi możliwymi chorobami wieku dziecięcego. Kulawa angielszczyzna (skoro nawet ja to zauważam, to rzeczywiście musi to być dość koszmarna wersja angielskiego) jest do przełknięcia, koniec końców to nie epos poetycki, ważne żeby dało się zrozumieć „co autor miał na myśli”. Nieco poważniejszym grzechem jest fakt skoncentrowania się autorów na technikach solo. Pierwsze zdjęcia pary ćwiczącej w duecie znajdują się na stronie ...211, ostatnie- na 214, co daje nam raptem dwie kartki pokazujące samo starcie. Byłoby to zrozumiałe gdybyśmy mówili o podręczniku przeznaczonym wyłącznie dla osób początkujących, na dodatek z gatunku tych, które mają problemy z rozróżnieniem końców miecza. W pracy mającej w tytule słowo „complete” wygląda to na nieporozumienie. Sytuację nieco ratuje DVD, ale tu z kolei wyłazi inny problem- mówiąc językiem szermierzy ewidentny „brak obicia” obu demonstrujących techniki. Dopóki demonstrują techniki solo jest całkiem nieźle, widać że tą część mają opanowaną, są obyci z samą bronią, ale w sytuacji walki z przeciwnikiem pojawiają się jakieś cudaczne przyruchy, widać typową dla początkujących koncentrację na mieczu (tak własnym jak i przeciwnika) i technice oraz brak rzeczywistej intencji trafienia. Sama szermierka wygląda na dość podobną do wczesnego europejskiego rapiera- tego z traktatów Marozzo czy Agrippy. Moim zdaniem rapierzysta czułby się na sali treningowej jianshu jak ryba w wodzie, a i połączenie metody treningowej zaproponowanej przez sifu Tsou z rozwiązaniami taktycznymi choćby Capoferro nie byłoby jakąś straszną herezją.
Sumując: wbrew temu co sugeruje tytuł mamy do czynienia z solidnym podręcznikiem WPROWADZAJĄCYM do zapomnianej sztuki walki, której reanimacja na dobrą sprawę dopiero się zaczyna. Wygląda na to, że dział chiński imaginacyjnego muzeum sztuki walki bronią sieczną ciągle czeka na swojego Kustosza.
i układów. Równocześnie całkowicie niemal wymarła umiejętność praktycznego jej zastosowania. Praktycznego- to znaczy do walki pełnokontaktowej, z przeciwnikiem który nie będzie patrzył na to czy changshan wystarczająco efektownie się układa albo czy cycata blondyna w pierwszym rzędzie zauważa go czy nie, tylko całą swoją uwagę skupi na tym jak możliwie szybko i sukutecznie przy...łożyć w łeb i wygrać starcie. Ostatnimi czasy ten stan rzeczy powoli- wręcz zaskakująco wolno- ulega zmianie. Powstają kolejne ugrupowania skupiające się na zrekonstruowaniu Jianshu i zrobieniu z niego pełnoprawnej sztuki walki, mogącej konkurować z kendo czy choćby DESW. Co ciekawe większość z nich działa poza granicami Chin. Największa to World Jianshu League, jeśli się nie mylę z USA, http://www.worldjianshu.org/) i Traditional Chinese Sword League z Australi (http://www.swordleague.com/). Obie organizacje robią co mogą żeby tworzyć filie
i organizować zawody, póki co co prawda z dość mizernym rezultatem, ale jeśli zerknąć na to, jak wyglądały początki DESW można mieć nadzieję że z czasem będzie coraz lepiej.
W moje ręce wpadła ostatnio książka robiąca furorę, reklamowana jako „najbardziej kompletny podręcznik sztuki walki chińskim mieczem” czyli „The complete jianshu. Chinese combat sword for sport”, autorstwa sifu Jasona Tsou i Artura Shonfelda.

Rzecz wydana bardzo praktycznie. Miękka okładka, wewnątrz 237 stron spiętych sprężynką, co znakomicie przedłuża żywotność każdego podręcznika, zwłaszcza w sali treningowej.

Całość podzielono na 6 rozdziałów:
Wprowadzenie (strony 1-20)
Głównie opis budowy miecza, nazewnictwo jego części oraz opis protektorów, tak tych uznawanych za wmagane, jak i opcjonalnych.
Omówienie głównych zasad (21-58)
Sposoby trzymania rękojeści, kilka słów o konieczności symetrycznego ćwiczenia obu rąk, koncept „bram” (w szermierce europejskiej: otwarć), dystansów, synchronizacji w czasie
i drobna dolewka mistycznego jumbo-jumbo (koniec końców mówimy o wschodniej sztuce walki), szcześciem podanego w dość strawnym sosie.
Podstawy Jianshu (58-111)
Rozgrzewka, statyczna i dynamiczna, ćwiczenia koordynacji, Qi Gong dla praktyków jianshu, wreszcie postawy.
Trening (112-194)
Trzy zestawy ćwiczeń: ofensywne, defensywne i związane z „kontrolą bram” (mówiąc po ludzku: bloki dynamiczne), ćwiczenia zadaniowe w parach, kombinacje.
Praca nóg (193-210)
Sparring (211-221)
System punktów, opis wyposażenia, rozmiar planszy, sposób oceniania. Część przeznaczona dla osób myślących o bardziej sportowym podejściu.
Mamy też dodatki, zawierające tablice z zestawieniami wszystkich ćwiczeń, technik
i kombinacji. Wszystkie techniki pokazane są na seriach czarno-białych ilustracji. Książce towarzyszy płyta DVD, z demonstracją większości „mięsa” zawartego w podręczniku- poszczególnych ćwiczeń, technik, jest tu również przykład walk zadaniowych i sparringów. Całość jest dość ciekawą inicjatywą, ale nie ma co ukrywać- obarczoną wszystkimi możliwymi chorobami wieku dziecięcego. Kulawa angielszczyzna (skoro nawet ja to zauważam, to rzeczywiście musi to być dość koszmarna wersja angielskiego) jest do przełknięcia, koniec końców to nie epos poetycki, ważne żeby dało się zrozumieć „co autor miał na myśli”. Nieco poważniejszym grzechem jest fakt skoncentrowania się autorów na technikach solo. Pierwsze zdjęcia pary ćwiczącej w duecie znajdują się na stronie ...211, ostatnie- na 214, co daje nam raptem dwie kartki pokazujące samo starcie. Byłoby to zrozumiałe gdybyśmy mówili o podręczniku przeznaczonym wyłącznie dla osób początkujących, na dodatek z gatunku tych, które mają problemy z rozróżnieniem końców miecza. W pracy mającej w tytule słowo „complete” wygląda to na nieporozumienie. Sytuację nieco ratuje DVD, ale tu z kolei wyłazi inny problem- mówiąc językiem szermierzy ewidentny „brak obicia” obu demonstrujących techniki. Dopóki demonstrują techniki solo jest całkiem nieźle, widać że tą część mają opanowaną, są obyci z samą bronią, ale w sytuacji walki z przeciwnikiem pojawiają się jakieś cudaczne przyruchy, widać typową dla początkujących koncentrację na mieczu (tak własnym jak i przeciwnika) i technice oraz brak rzeczywistej intencji trafienia. Sama szermierka wygląda na dość podobną do wczesnego europejskiego rapiera- tego z traktatów Marozzo czy Agrippy. Moim zdaniem rapierzysta czułby się na sali treningowej jianshu jak ryba w wodzie, a i połączenie metody treningowej zaproponowanej przez sifu Tsou z rozwiązaniami taktycznymi choćby Capoferro nie byłoby jakąś straszną herezją.
Sumując: wbrew temu co sugeruje tytuł mamy do czynienia z solidnym podręcznikiem WPROWADZAJĄCYM do zapomnianej sztuki walki, której reanimacja na dobrą sprawę dopiero się zaczyna. Wygląda na to, że dział chiński imaginacyjnego muzeum sztuki walki bronią sieczną ciągle czeka na swojego Kustosza.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

