piątek, 27 sierpnia 2010

Liście irysów

Właściwie lubię kupowanie "zapuszczonych" mieczy. Jasne- to trochę robienie cnoty z konieczności (na niezapuszczone musiałbym wydać kilkukrotnie więcej) ale licytowanie kling które są tak zardzewiałe że właściwie jednolicie czarne jest trochę jak kupowanie jajka z niespodzianką. Czasem dostaje się jajko, czasem niespodziankę a czasem- po prostu zbuka. Ostatnim z mieczy który kupiłem było wygrzebane w jakimś garażu w Stanach wakizashi. Fotki dostarczone przez sprzedawcę ? A proszę bardzo:



Jak widać- nic nie widać. Sądząc po ogólnym kształcie ostrze nie może być koto, najprawdopodobniej nie jest też oryginalnym wakizashi ale to akurat ledwie przypuszczenia. Paskudne, wtórne nakago i nieaktywna rdza na całej powierzchni kryjąca właściwie wszystko. Ruletka.

Po prawie roku czekania wreszcie doszło do mnie kupione w ciemno ostrze. Kurier dowiózł je w standardowej, długiej tubie, unieruchomione paczkami cukierków (kochamy Cię, Christell). Po otwarciu przesyłki poczułem się jak dziecko które znajduje pod choinką sweter. Wyglądało koszmarnie. Cienkie, wygięte, z grubymi złogami tlenków i głębokimi wżerami. Ani śladu hady i hamonu, shinogi zaoblona szlifierką taśmową, słowem- niewiele lepiej niż kawał blachy.

W pierwszym odruchu pomyślałem że jedyne co z tym można zrobić to doczyścić z grubsza i sprzedać na allegro. Rozłożyłem papierowe ręczniki i w mocno minorowym nastroju zacząłem odmaczać rdzę w lekkim roztworze kwasu fosforowego. Normalnie raczej tego nie robię, tak agresywne substancje są zbyt inwazyjne żeby można ich używać w pracy nad "normalnymi" ostrzami, potrafią wnikać w hadę i wtedy z małego problemu robi się poważny- jeśli się ich nie zneutralizuje rozspajają strukturę ostrza. Sęk w tym, że akurat ten przypadek nijak nie jest normalny nawet jak na moje- bardzo niewysokie- standardy i do stracenia tak naprawdę nie miałem już nic. Namaczanie papierowych ręczników w roztworze, okład, ścieranie i kąpanie ostrza w wodzie, wreszcie neutralizacja. Gruba warstwa brudu odeszła, resztę dla orientacji starłem kamieniem. Po tym wszystkim można było ocenić stan miecza...



...i nie jestem pewien czy nie lepiej byłoby w ogóle go nie czyścić. W co najmniej trzech miejscach poważne delaminacje, mówiące co nieco o technice odkucia. Głębokie wżery, z czego najgorszy na samej krawędzi tnącej. Drobniejszych kizu nie ma nawet sensu wyliczać. Mune nie istnieje. Zabezpieczyłem wszystko WD-40 (wynalazcy tego cudu powinni dostać Nobla) i zająłem się czymś innym żeby o nim nie myśleć ale jak zwykle w takich przypadkach nie mogłem odpuścić i dziś całość trafiła na kamienie. W rezultacie pokazało się parę pozytywów:



Ostrze jest najprawdopodobniej suriage dłuższej klingi w dość rzadkim kształcie shobuzukuri. Linia hartu przebiega głęboko i zostawia sporo miejsca na korekty. Kissaki jest, mimo delaminacji, zdrowe. Hamon spokojny ale nie nudny, wyraźny, z ładnymi kryształami. Mimo fatalnego pierwszego wrażenia całość rokuje nienajgorzej. Pożyjemy- zobaczymy.

piątek, 20 sierpnia 2010

Shri Mahakala Deva

Jedna z moich ulubionych postaci z panteonu buddyjskiego przechodziła wyjątkowo zaskakujące przemiany. Mahakala- bo o nim mowa- zanim został zaimportowany przez buddystów pierwotnie był jedną z emanacji Shivy. Emanacją co prawda związaną z tańcem niekoniecznie przyjazną. Tańczący Shiva, Pan bądź Król Tańca, jest niszczycielem starego świata, tym który przygotowuje dla Brahmy- stworzyciela miejsce do działania. Funkcję Mahakali jako aspektu bóstwa najlepiej wyjaśnia jego imię. To zbitka dwu terminów, które można tłumaczyć jako maha („wielki”, „potężny”) i kala („czas”, ale również „ten który pochłania wszystko”). Mahakala – a równocześnie Tańczący Shiva- jest wszechogarniającym czasem. Zawiera w sobie wszystko, wszystko pochłania i wszystko tworzy. Czerń (lub ciemny błękit) jego skóry to nie tyle kolor, co brak koloru- wszystkie barwy zostały wchłonięte. To obraz pustki która nieustannie pochłania samą siebie (kalayati iti kala). Trudno uznać Mahakalę za postać groźną czy złowrogą- mimo że wyobraża nieubłaganą siłę natury, jest w gruncie rzeczy obojętny. To bardziej żywioł niż istota zdolna do uczuć. Nie demon, nie bóstwo nawet ale byt znajdujący się na jeszcze wyższym poziomie- personyfikacja pozostającej poza czasem, niewzruszonej reguły wszechświata.

W swojej buddyjskiej wersji Mahakala czczony jest (jakkolwiek nieadekwatne jest to słowo) niemal wyłącznie w odłamach tybetańskich, gdzie pełni funkcję jednego z opiekunów dharmy. Jego lokalny kult jest na tyle silny że uważa się go wręcz za patrona Tybetu, co zresztą ma swoje nieoczekiwane konsekwencje w postaci dość „wojowniczych” filmów na Youtube, wzywających Mahakalę do ukarania okupantów. W bardziej ogólnym rozumieniu Mahakala jest- podobnie jak królowie mądrości- obrońcą dharmy. W swoim buddyjskim wydaniu nie jest już awatarem Shivy, ale bothisatvy miłosiedzia- Avalokiteśvary (związki pomiędzy tymi dwoma wydają się być bliższe niż chcieliby przyznać niektórzy buddyści). Inna rzecz że jest to wyjątkowo aktywna, wojownicza emanacja. Gniew Mahakali skierowany ma być przeciwko wrogom buddyzmu a w wymiarze personalnym- przeciwko wszelkim przeszkodom na drodze do osiągnięcia przez adepta czy wyznawcę doskonałości. Jego demoniczny wygląd ma więc w buddyzmie wymowę zupełnie inną do tej, jaką miał w hinduizmie. To już nie odwieczny cykl istnienia, nie wszechogarniający czas, ale potężny i groźny pomocnik- przewodnik. Ten, który powodowany miłosierdziem niszczy demony i otwiera drogę do oświecenia.



Tybetańska rzeźba przedstawiająca sześciorękiego Mahakalę. Victoria and Albert Museum, Londyn.

Wracając do kwestii ikonografii- Mahakala jest jedną z łatwiejszych do rozpoznania postaci. O czarnej skórze już wspomniałem. Na głowie- korona z pięciu czaszek symbolizujących przeobrażenie pięciu grzechów w pięć cnót. Ignorancja zmienia się w wiedzę, duma- w samoświadomość, przywiązanie do świata- oderwaniem od niego, zazdrość- spełnieniem a gniew- mądrością „czystego jak lustro”, spokojnego umysłu. Czaszki- znaki „śmierci” każdego z grzechów- stają się tu pięcioma klejnotami (w takiej właśnie postaci występują w jednej z odmian przedstawień tego bóstwa, tzw. białego Mahakali). Najbardziej powszechne są wyobrażenia Mahakali w sześciorękiej wersji. Każda z rąk ma (jakżeby inaczej) swoje znaczenie i odpowiada jednej z sześciu doskonałości (szczodrość, moralność, pokój umysłu, witalność, medytacja, wewnętrzne samopoznanie). Żeby nie było zbyt prosto każda z dłoni trzyma zwykle jakiś przedmiot, oczywiście mający znaczenie symboliczne. Popularne pary to: nóż ofiarny, tasak bądź topór (odcina więzi ze światem LUB- w mniej lukrowanej wersji- służy do szatkowania serc i wnętrzności grzeszników) i puchar z czaszki (pojemnik ofiarny do którego składa się to, co odetnie nóż). O ile pierwsza para odnosiła się do roli obrońcy, o tyle druga odwołuje się do pierwotnej, związanej z kosmicznym porządkiem, funkcji Mahakali. Są to damaru- rodzaj bębenka modlitewnego którego dźwięk ma być symbolem dźwięku z jakiego emanowało wszelkie istnienie (ma on też mieć właściwość budzenia dusz „ospałych”) i różaniec z czaszek- znak powtarzającej się w nieskończoność aktywności. Ostatnia para to trójząb i lasso... i tu interpretacja jest najmniej przejrzysta. Oczywiście buddyści twierdzą że trójząb to po prostu symbol trzech klejnotów- buddy, dharmy i sanghy. Sęk w tym, że jest to również najważniejszy z atrybutów Shivy jako pana czasu. Brzmi znajomo ? No właśnie... W tym wydaniu trzy zęby mogą reprezentować przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Ma on mieć zdolność do niszczenia trzech głównych grzechów- zła, pożądania i pychy. Nie koniec na tym. Shiva jako pan czasu kontroluje również świat iluzji- mayę. Trójząb może więc zdaniem niektórych badaczy reprezentować trzy guny czy, mówiąc nieco przystępniej, trzy główne cechy,„wątki” które tworzą znaną nam, iluzoryczną rzeczywistość, są nieodłącznymi elementami wszelkiego istnienia. Są to sattva guna (związana z tworzeniem), rajas guna (zachowaniem równowagi) i tamas (niszczeniem). Sprawę dodatkowo komplikuje fakt że trójząb tak w ręku Shivy, jak i większości innych bóstw świata jest atrybutem bóstw władających morzem, trzęsieniami ziemi i piorunami- byłby więc w jakiś sposób równoważny wajrze (która zresztą często gęsto pojawia się w dłoniach Mahakali). Na dobrą sprawę wszystkie te interpretacje atrybutu są równouprawnione, chociaż biorąc pod uwagę fakt, że w parze z trójzębem zwykle występuje lina służąca za pęta dla demonów (wyobrażeń wszelkich „złych” skłonności wierzącego) podobna do tej którą zwykle nosi przy sobie Fudo Myo, skłaniałbym się odczytywania znaczenia broni Mahakali jako atrybutu przewodnika duchowego, pozwalającego mu na niszczenie grzechu. Rozwiązanie co prawda dość łopatologiczne, ale i pasujące do ludowej duchowości która kształtowała obraz. Inne atrybuty takie jak trzecie oko, skóra tygrysa, płomienna aureola czy lotosowy piedestał są na tyle powszechne, że objaśnianie ich znaczenia mija się z celem.

Uff... część bolesna skończona. Pora na recepcję Mahakali na gruncie mitologii i ikonografii japońskiej ale to materiał na kolejny odcinek. Ja-na.

środa, 12 maja 2010

Wiosna panie oberleutnant

Wszystko kwitnie, świergoli i zajmuje się wszystkimi innymi czynnościami przyporządkowanymi tej porze roku. Grusza przed moim oknem jak zwykle spóźnia się- chociaż może ją też dopadł Alzheimer i po prostu zapomniała. W Japonii właśnie odbywają się wszystkie możliwe uroczystości oglądania kwiatów, a mi przykleiły się kwiatowe motywy. Oczywiście najbardziej oklepanym ze wszystkich jest ten opadających płatków wiśni- symbol ulotności, najczęściej wymieniany w kontekście przemijalności życia samurajów. Dla mnie o wiele bardziej zabawne są jego erotyczne konotacje które okazują się być dość niewygodne dla części co bardziej zapatrzonych w wizję po europejsku „męskiego” samuraja praktyków sztuk walki. Dla europejczyków rzecz może istotnie nie być uchwytną na pierwszy rzut oka ale warto zauważyć jak wiele japońskich symboli miłosnych czy erotycznych związanych jest z nanshoku czy- używając innego terminu- shudo („drogą młodości”). Jeden i drugi termin związany jest z miłością homoerotyczną, przy czym nazwy shudo używano pierwotnie na określenie zwyczaju wiązania się młodych giermków i starszych, doświadczonych wojowników. Związki te, oprócz funkcji czysto seksualnych, miały o wiele poważniejsze zadanie-były dla owych nastoletnich najlepszą metodą zdobywania doświadczenia, stąd trudno się dziwić gwałtownej reakcji szogunatu na pojawienie się na rynku drzeworytów pokazujących Nobunagę który co prawda siedzi w towarzystwie czcigodnej małżonki, ale maślanym wzrokiem wpatruje się w Hideyoshiego. Ulotne kwiaty wiśni były w tym przypadku nie tyle przypomnieniem nieuchronności- ba- konieczności śmierci, ale zmysłowym symbolem szybko przemijającego uroku owych młodych chłopców (czy raczej ich „chryzantemowego miejsca”). Innymi chłopięcymi kwiatami były kwitnące w piątym miesiącu roku (a więc w czasie obchodów święta chłopców) narcyzy i irysy. Co ciekawe o ile w tradycyjnej ikonografii związane były po prostu z młodymi mężczyznami, o tyle w hedonistycznej i -co tu dużo ukrywać- mieszczańskiej kulturze epoki Edo nabrały nowego znaczenia, stając się symbolami „chłopców do wynajęcia”. W tym kontekście drzeworyty pokazujące kobiety czy dziewczęta łamiące łodygi irysów nie były pozbawione zmysłowych podtekstów, ukrytych pod pozorem sceny rodzajowej. Nie jestem pewien jak dobrze ową symbolikę znała nasza krakowska cyganeria, dla której irys- za przyczyną Jasieńskiego stylizowany po trochu na japońską modłę- stał się niemal znakiem rozpoznawczym, natomiast jestem przekonany że ich obecnych świętoszkowatych następców wymowa japońskich kwiatków mogłaby mocno zbić z pantałyku.

niedziela, 25 kwietnia 2010

Suck me babe one more time

No dobrze, nie ma co dalej uciekać- przyznaję się. Żywię niezdrową i niczym nieuzasadnioną fascynację symboliką infernalną w ogóle, a mitami związanymi z wszelkiego rodzaju upiorami w szczególności. Czy to eskapizm i uciekanie pomiędzy bajki, czy nie do końca uświadomiony fetysz- w gruncie rzeczy nieistotne. Ważne, że grzebiąc w śmietnikach różnych kultur poluję na różnorakie potworne cudowności. Czy to japońskie jurei i bakemono, czy chińskie gui, arabskie ifryty czy sumero-akkadyjskie duchy powietrza- nieistotne. Łapczywie pożądam ich wszystkich.

Przez ostatnie cztery lata męczył mnie jeden, zdawałoby się drobny szczegół. Oto w jednej z chińskich gier fantasy postaci mające reprezentować nieumarłych nosiły na czole rodzaj żółtej „metki” z czerwonymi ideogramami. Świetnie widać ją również w klasycznych już filmach Sammo Hung'a. Niby nic- ot, plakietka ale... dlaczego ? Czemu tak ? Po co ? Co to oznacza i jak działa ?





Trzeba było zacząć od samego dna. Chińskie duchy to gui. Oczywiście jest ich kilkanaście (jeśli nie kilkadziesiąt) kategorii. Jedne są życzliwe, inne psotne, jeszcze inne nieodmiennie wrogie. Przyczyną powstania wszystkich bez wyjątku jest fakt pozostania duszy (po 魄 ) w ciele po śmierci. Może to być wynikiem tragicznej śmierci, błędów popełnionych w czasie rytuału pogrzebowego, wreszcie woli moribunda czy jego fatalnego charakteru. Co ciekawe chińskie wampiry- jiangshi (Geung-Si, Chiang-Shih) - pozbawione są duszy, trudno więc zakwalifikować je do kategorii duchów czy demonów. W porównaniu ze swoimi europejskimi pobratymcami wypadają wyjątkowo żałośnie- pozbawione inteligencji, większości zmysłów (oprócz wyjątkowo wyostrzonego węchu), możliwości swobodnego ruchu (przemieszczają się niezgrabnie podskakując, wypisz wymaluj jak nakręcane zabawki) są więc w gruncie rzeczy niczym więcej niż zombie, czy raczej- biorąc pod uwagę sposób w jaki powstają- taoistyczną wersją potwora Frankensteina. W większości przypadków ich powstanie jest wynikiem działań kapłanów, często zresztą spełniających wyraźne życzenie rodziny zmarłego. Chińskie legendy mówią o praktyce „podróży zwłok na odległość tysiąca li”. Biedne rodziny, których nie było stać na zapewnienie zmarłym w oddaleniu członkom klanu transportu zwłok, miały zwracać się do kapłanów którzy- oczywiście nie bezinteresownie- obdarzali ciało namiastką życia i sprawiali że nocami niezdarnie (z powodu rigor mortis- jiangshi oznacza dosłownie „sztywne ciało”) skakało w stronę domu. Przed korowodem takich pokracznych wędrowców miał kroczyć kapłan uderzający w gong- po pierwsze po to by wskazywać im drogę , po drugie by ostrzegać żywych dla których spotkanie z tego rodzaju korowodem mogło skończyć się wyjątkowo niemiło. Jako że niezależnie od nacji i wyznania kapłani nie zawsze cieszyli się dobrą opinią, niektórych z nich posądzano o nadużywanie umiejętności i wykorzystywanie zmarłych jako taniej siły roboczej. Podejrzewa się że u źródeł tej legendy leży odnotowany w regionie Xiangxi zwyczaj transportowania zwłok zmarłych przywiązanych do bambusowych tyk, które uginając się i prostując w miarę ruchów wozu nadawały umrzykom pozory ruchu. Tak pojawił się ulubiony przez twórców filmów z Hongkongu topos złego maga/uczonego, otoczonego zgrają zdecydowanie nieatrakcyjnych sług.





Jiangshi nie wyglądają zbyt estetycznie. Ich cechy rozpoznawcze to- obok sztywno wyciągniętych kończyn- nienaturalnie długie, czarne pazury, wyciągnięte i opuchnięte języki, czasem białe bądź siwe włosy, wreszcie zielonkawa, pokryta białym nalotem pleśni, skóra. Żółte „metki” mocowane na czołach które sprawiły ze zainteresowałem się tym motywem są niczym innym jak skrawkami papieru na którym krwią kury bądź czarnego psa spisuje się zaklęcie (kłaniają się meth i aemeth z historii golema). Co ciekawe oprócz standardowych atrybutów wszelkiej maści straszydeł do ikonografii jiangshi wplątały się elementy propagandy czysto politycznej. Oto chiński wampir- niezależnie od tego czy powstał 10 lat temu czy jest postacią z legend XVI wiecznych- zawsze ubrany będzie w strój urzędników cesarskich niezbyt lubianej obcej dynastii mandżurskiej. Nie mam pojęcia czy miało to być parabolą wysysania przez tych ostatnich sił życiowych narodu, faktem jest że funkcjonuje na prawach wampirycznego atrybutu do dziś, już w oderwaniu od pierwotnego znaczenia.



Skoro jesteśmy przy diecie chińskiego wampira- jest ona kolejnym elementem który odróżnia go od pobratymców z innych kultur. By przemieszczać się chiński wampir potrzebuje oczywiście jakiegoś „paliwa”, żywi się jednak czystą energią życiową swoich ofiar- wysysa z nich qi, natomiast podobnie jak japońskie bakemono nie tylko nie pije krwi, ale wręcz jej unika. Krew jako tabu, substancja która kala, unieruchamia jiangshi. Jako że qi powiązana jest z oddechem, metodą ukrycia się przed wampirem (nie tylko przed nim zresztą, sposób ten ma działać w przypadku wszelkiego rodzaju azjatyckich duchów i sporej części demonów) ma być wstrzymanie oddechu. Nie mogąc wywęszyć ofiary jiangshi odejdzie. Można też- podobnie jak w przypadku niektórych demonów europejskich- rozrzucić garść ziarna (jeśli chodzi o jiangshi musi być to ryż o krótkich, okrągłych ziarnach)- prześladowca nie ruszy się dopóki nie policzy wszystkich ziaren. Inną, polecaną tak przez mistrzów Feng Shui jak i taoistycznych kapłanów, metodą obrony przed tego rodzaju istotami, miało być umieszczenie w progu wysokiego na piętnaście centymetrów kawałka drewna (tzw. ménkàn ). Podobno jiangshi nie są w stanie podskoczyć tak wysoko, co sporo mówi o ich kondycji.

Ot- chińska tandeta, nawet wampiry jakieś takie... wybrakowane.

czwartek, 15 kwietnia 2010

Jian Adam Hsu- Hanwei

Kolejna z chińskich broni w mojej kolekcji. Tym razem dyskretny urok burżuazji- arystokratyczny jian. Broń uważana za najtrudniejszą do opanowania, atrybut cesarzy i uczonych.

Jako że Hanwei jest znany z dość... nierównej jakości swoich produktów, otwierałem pudełko "z pewną taką nieśmiałością". Albo miałem szczęście albo ta- jeszcze dość świeża- seria jest wyjątkowo udana. Miecz reklamowany przez sifu Adama Hsu jest wzorowany na egzemplarzach z epoki Ming. Oprawa raczej dość skromna, z różanego drewna z okuciami ze stali i drobnym medalionem z grawerunkiem smoka na jelcu.



Podobnie jak w większości produktów CAS/ Hanvei miecz jest świetnie zabezpieczony- nie ma szans żeby został uszkodzony podczas transportu. Solidne, dopasowane opakowanie ze styropianu. Ogólne wrażenie bardzo dobre- mimo że nie jest to nawet "środkowy" zasięg cen produktów Hanwei wszystkie części są solidne (nie ma mowy o cienkich, blaszanych okuciach) i dobrze spasowane. Oczywiście metalowe części oprawy to odlewy (trudno liczyć na ręczne cyzelowanie przy cenie poniżej 300$) ale nie widać śladów szwów czy nadlewów. Z pewnością nie zaszkodziłoby im odrobinę więcej staranności przy polerowaniu i montowaniu medalionów ze smokiem (jedyny element który wygląda na tyle niestarannie że nie pasuje do reszty) ale tak naprawdę to raczej marudzenie- miecz wykonano naprawdę dobrze, zwłaszcza jego drewniane elementy dopracowano bez zarzutu. Z pewnością wymaga oczyszczenia z grubej warstwy smaru zabezpieczającego go przed korozją (grubej znaczy w tym przypadku naprawdę GRUBEJ), na moim egzemplarzu klinga ma kilka drobnych otarć ale ponownie- to nic czego nie usunęłaby pasta polerska na szmatce.

Jeśli chodzi o walory użytkowe: miecz jest dość masywny- mam wrażenie że waga podana na stronie producenta jest nieco zaniżona. Środek ciężkości mocno z przodu (jakieś 10 cm mierzone od jelca) co za tym idzie broń o długości niektórych rapierów europejskich jest od nich o wiele bardziej przeważona na sztych. Pomaga to przy ruchach po kole i rąbaniu- wówczas jian bardzo ładnie "płynie", ale przy sztychach i w postawach poziomych jest nieco mniej korzystne i oczywiście nie do końca zgodne z tym jak wyważano oryginały. Z drugiej strony współczesne sztuki walki mają swoje prawa a o mieczu w TaiChi można powiedzieć wiele i niemało z tego co się o nim powie będzie pozytywami, ale z pewnością nie to, że ma zastosowania bojowe.

Sumując- bardzo ładna, starannie wykonana broń treningowa. Z racji jej statusu raczej nieprędko dobrnę do form (póki co Wu Lang Ba Gua Gwun sprawia mi poważne problemy) ale jako urodzony gadżeciarz jestem bardzo zadowolony.

niedziela, 11 kwietnia 2010

* * *

wtulę się w ciepłe ja
pod puchatą pierzyną rozczarowania
i spokojnie poczekam
aż przestanie złośliwie klekotać
dorosły

wspaniała armia plastikowych żołnierzy
z których każdy mówił wyłącznie moim głosem
huknie porywajacym szeptem okrzyków
ku czci swojego generała

wróci z wygnania świadek tysięcy wygranych pojedynków
pomarańczowy pajac
szary pies z nosem pięknie cuchnącym muchozolem
grzechotliwa czereda klocków

przywitamy się cichutko
(nie wolno budzić dorosłych)
i całą bandą
chytrze schowamy się w szafie

piątek, 9 kwietnia 2010

Dao Master Cutlery

Mimo tego że chińskimi sztukami walki zajmuję się od dość dawna, chińska broń biała nigdy nie pociągała mnie tak, jak, było nie było wywodząca się od niej, japońska. Być może winne temu były kontakty z "papierowymi" mieczami wu-shu, będącymi na dobrą sprawę raczej akcesoriami treningowymi niż bronią, może brak właściwego PR-u który wyniósł na szczyty popularności nihonto. Ni mam pojęcia. Po prostu nie iskrzyło między nami i jedyną z chińskich broni która mnie jako- tako interesowała był kij. Skoro jednak tak się złożyło że wróciłem do ćwiczenia Tang Lang, a nie chcę ograniczać się do samych form ręcznych, wypadło mi wreszcie zainteresować się tematem chińskiej broni białej, czego pochodną jest niniejsza mini- recenzja mojej pierwszej chińskiej szabli (dao) firmy Master Cutlery.





Dla osoby przyzwyczajonej do obcowania z bronią japońską miecze chińskie są raczej mało skomplikowanymi tworami. Na dobitkę dao to historycznie broń używana raczej przez ochroniarzy i szeregowych żołnierzy niż atrybut arystokratów. Prosta, masywna, niezbyt finezyjna: narzędzie walki i mówiąc "narzędzie" mam na myśli raczej siekierę niż dłutko. Ot- kawałek sprężystej stali w funkcjonalnej (choć rzadko estetycznej) oprawie. W przypadku dao Master Cutlery trudno się nie zgodzić z tego rodzaju opinią- stworzona przez nich broń pozbawiona jest jakichkolwiek ornamentalnych wygibasów, co zdecydowanie wyszło jej na dobre. Surowa, funkcjonalna czarna oprawa, solidna klinga, czarna drewniana pochwa z trzema okuciami i... to już. Dao jest to dość długa (86 cm) z klingą w formie "ogona wołu", w piórze obusieczną. Jest ostra, co nie dla wszystkich musi być zaletą, w każdym razie ja nie cierpię ćwiczenia z tępą bronią, moim zdaniem prowokuje do traktowania miecza czy szabli jak niegroźnego kawałka metalu który można chwytać jak popadnie "bo i tak nic się nie stanie". W przeciwieństwie do podobnego Watersong Dao od Hanwei klinga jest raczej gruba (3mm), dzięki czemu w czasie ćwiczenia nie ma się wrażenia jakby manipulowało się kawałkiem blachy czy wręcz radziecką ręczną piłą do drewna. Jak w prawdziwych, przystosowanych do silnych cięć z ramienia dao, środek ciężkości przesunięty jest w stronę sztychu co rzeczywiście bardzo zmienia sposób w jaki operuje się bronią.

Główne zalety ? Z pewnością bardzo "realne" ostrze, solidna konstrukcja i brak jarmarcznej ornamentacji. Wady ? Tych też kilka się znajdzie. "Uszczelnienie" jelca tarczowego bezbarwną żywicą (szczęściem dość łatwą do usunięcia). Kiepsko wykończone powierzchnie ostrza, prawdopodobnie po prostu "pociągnięte" szlifierką której śladów nikt już nie usuwał. Fakt- akurat ta wada jest dość łatwa do usunięcia (papier ścierny, pasty polerskie i odrobina cierpliwości) i nie wpływa na walory użytkowe broni ale nie ma sensu udawać że wszystko jest cacy.

Rzecz która jest równocześnie zaletą jak i wadą, zależnie od upodobań i podejścia: ostrze wykonane jest ze stali nierdzewnej. Oznacza to że można go dotykać paluchami a po treningu nie martwić się o wycieranie i oliwienie tylko odwiesić na stojak i zapomnieć aż do chwili kiedy znowu będzie potrzebne. Z drugiej strony to raz- niewątpliwe odstępstwo od tradycji a dwa- nie ma się co oszukiwać, stal nierdzewna jest zdecydowanie mniej odporna od węglowej. Jako że szukałem szabli stricte treningowej, służącej głównie do form a nie do cięcia użycie tego rodzaju materiału było dla mnie jak najbardziej akceptowalne.

Na koniec drobny detal: frędzel, jak każe tradycja przyczepiony do grzybka rękojeści. Kwiatek u kożucha. Biały, z jakichś kiczowatych, prujących się syntetycznych sznurków, z drewnianym koralikiem. Koszmarek. Odczepiłem bo bardziej przeszkadzał i irytował (tu akurat pewnie niebagatelną rolę odgrywa mój brak doświadczenia w operowaniu bronią tego typu) niż zdobił.