Pokazywanie postów oznaczonych etykietą symbol. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą symbol. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 sierpnia 2017

I bestia, i smok, i szewczyk

Ostatnia rycina. W tym przypadku mamy "w ręku" jedynie "błędną" wersję Torchii- ta "koszerna", autorstwa LCF jest zaledwie opisana.

Hebrajska litera Teth (Wąż), rzymska VIIII i grecka Theta (dziewiąta litera alfabetu)

N.NC SCO TEN.BR LVX

NUNC SCIO TENEBRIS LUX - w luźnym przekładzie "Teraz wiem że z ciemności- światło".

Tym co widzimy jest więc obraz zatracenia- brama prowadząca do królestwa cienia. Goła baba z półksiężycem na podołku siedzi na siedmiogłowym smoku. W tle płonący zamek. Niestety- to najmniej ciekawa i najbardziej oczywista z wszystkich rycin. Motyw ikonograficzny kurwy babilońskiej jest tak stary, jak sama wizja św. Jana. Znowu mamy kręgi powiązanej z diabłem i śmiercią Diany, Lilith i Megajry. Nieco ciekawsze jest rozważenie roli jaką odgrywa ta rycina w całym zestawie któremu się przyglądaliśmy. Jako że należy ona do błędnego ciągu- a więc do mylnej czy może celowo zwodniczej ścieżki tych, którzy nie potrafią odnaleźć prawdy- pokazuje cel, ku któremu ona prowadzi. Oto apokalipsa. Zwycięża zwierzęca, ciemna strona ludzkiej natury. Zamek, mający być schronieniem, miejscem ucieczki czy wręcz symbolem ludzkiego ciała- płonie. Ostatnim krokiem ścieżki głupców jest zagłada. Rozwiązanie pod każdym względem sztampowe, ale, bądźmy szczerzy: czegóż innego można było oczekiwać? Klasyka klasyki. Śmierć, śmierć, śmierć.


Pozostaje jeszcze to, co nie zostało powiedziane, czy raczej to, co- zgodnie z tradycją ezoteryczną- powiedziane być nie może. Zarówno w ksiażce, jak i w filmie, nie oglądamy "prawdziwej", lucyferiańskiej wersji dziewiątej bramy. Wiemy, że miał na niej widnieć zamek jaśniejący światłem. Przyjmując tę wersję za dobrą monetę nie posuwamy się w gruncie rzeczy w przód ani o krok, bo cóż mówi taka wizja? Mówi o oświeceniu jako o końcu drogi, ale nie wyjaśnia tego, na czym owo oświecenie miałoby polegać. Szkatułka pozostaje zamkniętą dla tych, którzy nie szli ścieżką- a ci, którzy nią podążali nie potrzebują kolejnych wskazówek.

Oto i koniec. La commedia e finita- i moja krótka opowiastka razem z nią. Dziękuję Ci, czytaczu i Wam, drogie i nieodmiennie kształtne inspiracje.

wtorek, 31 stycznia 2017

Kaśka, co mamy na kole?

Rycina ósma- ostatnia przed la grande finale.

Hebrajska litera Chet, rzymska ósemka i grecka litera eta. Maksyma przypisana do tej ilustracji to

VIC. I.T VIR.
VICTA JACET VIRTUS

Cnota leży pokonana

Przed murami obronnymi widzimy dwie postaci. Jedna z nich- kobieta w długiej sukni- klęczy, z dłońmi złożonymi w geście modlitwy, druga- mężczyzna w pełnej zbroi- zamierza się mieczem. W tle widać również klasyczne koło fortuny. Ryciny LCF i AF różnią się jedynie obecnością aureoli wokół głowy egzekutora.


Ponownie mamy do czynienia z tworem mocno synkretycznym, na dodatek zlepiającym dwa, kompletnie ze sobą nie powiązane motywy ikonograficzne. Pierwszy- to koło fortuny. Motyw alegoryczny znany właściwie w całej średniowiecznej europie, a mający swoją genezę hen, w świecie helleńskim (choć jego najstarsze przedstawienia ikonograficzne to zaledwie 55 rok przed naszą erą). Na ustawionym pionowo kole umieszczano wyobrażenia różnych postaci- tych wyobrażających szczęście i tych, które oznaczały pecha. Z każdym obrotem jedne z figur szły w górę, drugie- w dół, co miało symbolizować kapryśną zmienność losu. Emblem nieuchronnej zmienności. Sama Fortuna- piękna kobieta w bogatych szatach- zwykle stała przy kole bądź trzymała je w rękach. Co ciekawe, podobnie jak Sprawiedliwość czy Synagoga, przedstawiana była często z oczyma przewiązanymi przepaską (ślepota bezstronności).


Koło fortuny. Oczywiście piękne godzinki księcia de Berry.


Koło fortuny- jedna z kart tarota bolońskiego... i kilka innych średniowiecznych przedstawień pani fortuny z różnych iluminacji średniowiecznych






Jeśli chodzi o drugi motyw rzecz jest nieco bardziej złożona. W identyfikowaniu symboli i konstrukcji ikonograficznych bardzo często ważna jest nie tyle wiedza, co zdolność do wychwytywania podobieństw. Układów rąk, nóg, póz ciała, poddawanie się natrętnie drapiącemu w mózg poczuciu „ja to już widziałem”. Nie inaczej jest tutaj. Poza kata i jego ofiary jest jak najbardziej typowa, znana i natychmiastowo rozpoznawalna dla wszystkich, którzy kiedykolwiek oglądali średniowieczne czy renesansowe teatrum sprawiedliwości. Teatrum- bo kaźń nigdy nie była przypadkowa. Każda z postaci w procesie miała do odegrania swoją rolę, a to, do jakiego stopnia rola ta była skodyfikowana bywa czasami wręcz przerażające. Skazany był nie tylko przestępcą- był również odkupującym przez cierpienie swoje grzechy, niemal Jezusem (porównanie wcale nie moje i bynajmniej nie na wyrost). Stąd choćby zwyczaje nazywania wzgórz szubienicznych Golgotą czy wszystkie rytuały związane z ostatnim posiłkiem i jego, bardzo rozbudowaną, symboliką. Nie zapuszczając się w wątki poboczne: oto kat z mieczem stojący przy skazańcu. Gest- jako się rzekło- bardzo typowy, powtarzany na tysiącach (jeśli nie milionach) wyobrażeń. Czy będzie to św. Mikołaj ratujący życie skazańcowi, czy odgłowienie św. Pawła, czy inna krwawa scena martyrologii chrześcijańskiej- zawsze w gruncie rzeczy to samo ustawienie ciał. Oprawca z szeroko rozstawionymi nogami i skręconym ciałem, trzymający oburącz miecz o zaokrąglonym sztychu. Za pasem kilka sznurków, przygotowanych do pętania kończyn skazańców. Ofiara- wpisująca się w rolę- z nabożną rezygnacją odsłania szyję. Znane. Typowe.


Święty Mikołaj ratujący skazanych młodzieńców (Toruńskie Muzeum Narodowe, galeria sztuki gotyckiej).

Całość robi się ciekawsza, kiedy podłubać trochę w imaginarium. Oto nie trudno znaleźć scenę bardzo podobną do tej, z XI wrót do krainy cieni. Męczeństwo św. Katarzyny. Nabożna chrześcijanka miała- za odmowę nie tylko nawrócenia się, ale i dania.. ręki cesarzowi (jako powód podawała fakt, że jest już oblubienicą Jezusa) być skazaną na łamanie kołem. Dzięki bożej interwencji koło- narzędzie kaźni- zostało połamane bądź- w innych wersjach legendy- spalone ogniem który spadł z nieba i robotę trzeba było oddać w ręce małodobrego. Mamy więc obrazy wywyższonego koła, oprawcy z mieczem i pięknej kobiety. Obrazy na tyle konfundujące, że Katarzyna (z zawodu święta patronka niezamężnych dziewcząt i studentów) ze swymi atrybutami męki- kołem i mieczem- zaczęła się zlewać z postacią bardzo nieświętej Fortuny.


Męczeństwo św. Katarzyny wg. Jana Provoosta...


...Cranacha...


... Durera...


...i znowu Cranacha. Możemy dodać jeszcze absurdalnie makabrycznego Łukaszka Signiorellego


Z tymi okruszkami wiedzy pora wrócić do ryciny. Napis „Cnota leży pokonana” mógłby (jak- mam nadzieję- widać) rzeczywiście z powodzeniem odnosić się do kaźni św. Katarzyny. Problem polega na tym, że przekaz lucyferiański zdecydowanie nie jest- jak chcieliby straszący diabołem- nihilistyczny. Głowę kata otacza aureola. Jest postacią zdecydowanie pozytywną. Moja interpretacja? Viator dekapituje Fortunę. Zrzuca z piedestału wiarę w los, odbierając mu prawo do kierowania sobą. Samodzielnie wybiera swoją przyszłość.

Skoro już wygrzebałem ilustrację z rękopisu Carmina Burana warto może przypomnieć sam tekst (z ukłonami dla fanów "Gwiezdnych Wojen" i bombastycznego stylu Carla Orffa)


O Fortuna
velut luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis;
vita detestabilis
nunc obdurat
et tunc curat
ludo mentis aciem,
egestatem,
potestatem
dissolvit ut glaciem.

Sors immanis
et inanis,
rota tu volubilis,
status malus,
vana salus
semper dissolubilis,
obumbrata
et velata
michi quoque niteris;
nunc per ludum
dorsum nudum
fero tui sceleris.

Sors salutis
et virtutis
michi nunc contraria,
est affectus
et defectus
semper in angaria.
Hac in hora
sine mora
corde pulsum tangite;
quod per sortem
sternit fortem,
mecum omnes plangite!

niedziela, 13 listopada 2016

Ścieżka lewej ręki

Druga brama. Dla porzadku: najpierw rzeczy oczywiste. Rycina oznaczona jest hebrajską literą bet, rzymską dwójką i grecką betą. Przedstawia brodatego mężczyznę, który stoi przed zamkniętymi drzwiami. W jednej z rąk trzyma klucze. Przed nim, na ziemi, stoi latarnia, obok której czeka pies. Obok prawego ramienia mężczyzny widać hebrajską literę teth. Maksyma towarzysząca grawiurze to

CLAVS. PAT.T
CLAUSAE PATENT
“otworzyć to, co zamknięte”

To wszystko.


Zaczynając od rzeczy najmniej oczywistych: litera teth. Tym co ciekawe w hebrajskich literach (a przynajmniej- tą z ciekawostek, o które chodzi w tej chwili) jest to, że każda z nich ma przypisane znaczenie symboliczne. W przypadku litery teth jest to wąż. Po co? Ano... weźmy fragment Księgi Wyjścia (7.8 i dalsze):

Pan tak powiedział do Mojżesza i Aarona: «Jeśli faraon powie wam tak: "Uczyńcie cud na waszą korzyść", wtedy powiesz Aaronowi: Weź laskę i rzuć ją przed faraonem, a przemieni się w węża». Mojżesz i Aaron przybyli do faraona i uczynili tak, jak nakazał Pan. I rzucił Aaron laskę swoją przed faraonem i sługami jego, i zamieniła się w węża. Faraon wówczas kazał przywołać mędrców i czarowników, a wróżbici egipscy uczynili to samo dzięki swej tajemnej wiedzy. I rzucił każdy z nich laskę, i zamieniły się w węże. Jednak laska Aarona połknęła ich laski. Mimo to serce faraona pozostało uparte i nie usłuchał ich, jak zapowiedział Pan.

Litera zastępuje węża, wąż zastępuje laskę. Dość sympatyczna gimnastyka znaczeniowa. Symbol ukryty w symbolu. Sumując: mamy brodatego mężczyznę z laską i latarnią, któremu towarzyszy pies. Nie, nie jest to święty Mikołaj. To symbol z nieco innych kręgów.


Dziewiąta karta wielkich arkanów tarota. Pustelnik. Ten, który odwrócił się od świata i szuka wewnątrz siebie. Laska to symbol wędrówki (temat przewodni całej serii), jak również- co widać w przytoczonym fragmencie Biblii- atrybut maga. Latarnia ma symbolizować poszukiwanie (moglibyśmy ponownie sięgnąć do biblijnego imaginarium i przywołać gesty zapalania latarni i szukania). Obrazek bardzo typowy, wręcz ikoniczny- do tej pory jedziemy “po schemacie” tak bardzo , jak tylko możliwe. Pies- przewodnik i obrońca jest dodatkiem odrobinę rzadszym, ale również spotykanym. Ciągle- dość prosto. Pustelnik stoi przed drzwiami które oddzielają go od celu jego wędrówki. W jednej z rąk ma klucze- więc otwarcie ich wydaje się być kwestią chwili. W czym problem? Jedynym co różni “właściwą”, lucyferiańską rycinę od “błędnej” wersji jest to, w której ręce znajdują się klucze. Lewa bądź prawa. Tą “właściwą”, prowadzącą do oświecenia jest … lewa. Jak to interpretować

Pierwszy z tropów- siedzący po lewicy i po prawicy Baranka. Apokaliptyczna wizja w wersji św. Jana. Dość czcigodna- ale nijak nie pasująca do przesyconej kabałą symboliki księgi, na dodatek jednoznacznie negatywna, skazująca adepta na potępienie. Ostatecznie- za bramami Nowego Jeruzalem mieli się znaleźć czarownicy… i psy. Miałoby to sens- gdyby nie klucze, umożliwiające otwarcie bramy. Nasz pustelnik nie stoi przed bramą Jeruzalem. Nie jest potępionym. Rycina wskazuje drogę przekroczenia progu- a nie sposób pozostania poza nim.

Drugi- odkładamy na bok Nowy Testament i sięgamy do momentu, w którym na zachodzie po raz pierwszy zaczęto mówić o ścieżkach prawej i lewej ręki- czyli okultystycznych rozróżnień na magię “dobrą” i “złą”. Miało to miejsce gdzieś w ostatniej ćwierci XIX wieku, w środowisku skupionym wokół madame Bławackiej. Szalenie fascynująca postać- arystokratka, medium “rozmawiające” z duchami i jeden z głównych filarów teozofii. Poruszamy się w świecie który nieco wcześniej przyprawił naszego wieszcza o zawroty głowy równie nielekkie, co romans z Ksawera Deybel. W świecie mistycyzmu, duchów wszelkiej maści i kolorów, ektoplazmy, pukania w stoliki i pukania mediów na stolikach (bądź pod nimi). Niestety- kiedy podrapać, okazuje się, że Elena Pietrowna zapożyczyła terminologię z dość nieprzyjemnych rytuałów hinduskich, raz że nijak nie przystających do tradycji judeochrześcijańskiej, w kręgu której się obracamy, a dwa- jednoznacznie negatywnie naznaczających tych, którzy podążają ścieżką lewej ręki. Wędrowiec jest postacią pozytywną.

Kluczem do odczytania ryciny jest- ponownie- drzewo sefirot. Wyszliśmy z Malkuth. Przesuwamy się w górę, do Yesod. W wędrówce ku doskonałości (czy: ku temu, który jest doskonały) opuszczamy świat materialny- któremu odpowiada prawa strona- i przenosimy się w regiony duchowe- czyli stronę lewą. O ile planetą Malkuth była ziemia, o tyle Yesod odpowiada księżyc. Malkuth jest żeńskie- Yesod męskie. Nasz wędrowiec- Viator- przechodzi od vita activa, aktywności w świecie materialnym, której symbolem był rycerz, do vita contemplativa- odosobnienia, którego symbolem jest odwracający się od świata pustelnik. W poszukiwaniu oświecenia wędrówka przez świat zmienia się w wędrówkę do wnętrza samego siebie. Druga brama.


sobota, 12 listopada 2016

Siarka oświecenia.

To zabawne jak gnostyckie i lucyferiańskie dzieło pokazywane jest w naszej TV raz za razem i równocześnie jak rzadko jest tak naprawdę rozumiane czy choćby analizowane (oralizowane odrobinę częściej, ale i z tym szału nie ma). Polański, idąc tropem powieści Arturo Pérez-Reverte, stworzył utwór wielowątkowy i wielopoziomowy, rodzaj chińskiej szkatułki w której otwarcie jednego z zamków odsłania tylko kilka kolejnych. A skoro już nasze telewizje po raz kolejny wygrzebały ten cukiereczek i podetknęły mi go pod nos (jakbym nie miał własnej kopii)- to pomarudzę sobie trochę na tę okoliczność.

Na początek- kilka koniecznych truizmów. Lucyfer, do którego,jako do twórcy księgi, odwołują się autorzy, oznacza dosłownie nosiciela światła. W tradycji chrześcijańskiej ortodoksji imię to jest oczywiście powiązane ze złem i biblijnym szatanem- wielkim, osobowym adwersarzem boga (pozostałość po dualizmie zoroastrianizmu i jego "najcenniejszy" wtręt do pierwotnej doktryny judaizmu). W tradycji gnostyckiej postać ta jest interpretowana nieco inaczej, chociaż- jeśli za światło uznać oświecenie, które, sprowadzone do samych swoich podstaw, jest zdolnością do rozpoznania istoty rzeczy, a nie tylko rozróżnienia dobra i zła (psianki z pewnego drzewa, posadzonego w pewnym prywatnym ogródku, wąż…)- to oba nurtu pozostaną w gruncie rzeczy zgodne. Światło przyniesione przez Lucyfera stało się równocześnie przyczyną wyniesienia i upadku ludzi, zarówno jako zbiorowości, jak i jednostek. Kwestia tego, czy niosący je jest postacią prometejską, czy też nie zależy w dużej mierze od przyjętej optyki (bądź wyznawanej wiary).

Księga- "Dziewięć Bram do Królestwa Cieni"- jest traktatem o podróży. Postaci badaczy (tak w powieści jak i w filmie) mniej lub bardziej świadomie próbują podążać drogą podobną do tej, o której opowiadają grawiury. Historia Corso, który z Królestwa Cieni wznosi się ku oświeceniu i historia Balkana który przez Królestwo Cieni podąża ku płomieniom potępienia i zatraceniu- obie podążają ścieżkami wyznaczonymi przez symboliczne konstrukcje przedstawione na rycinach. Życie staje się ilustracją ilustracji, tak jak świat jest księgą (bo koniec końców został stworzony przez Słowo).


Oczywiście referencje do gnostycyzmu nie są jedynymi jakie tu znajdziemy. Oprócz nich konieczne będzie sięgnięcie do tradycji kabały, a co za tym idzie- do filozofii neoplatońskiej i wizji świata jako emanacji. Spróbuję dotykać ich w sposób umiarkowany i myć dokładnie ręce. Każda z dziewięciu ilustracji odpowiada jednej z sefirot- emanacji boskiego światła, przez które możliwe jest “poznanie” tego, co niepoznawalne w kolejnych, coraz doskonalszych, odsłonach. Każda z nich numerowana jest przy pomocy kolejnej litery alfabetu hebrajskiego, greckiego i rzymskiej cyfry.

Pierwsza sefirota to Malkuth. Jedyna, która nie stanowi bezpośredniej emanacji boskiego majestatu, ale raczej pokazuje go jak “światło odbite”, poprzez kreację. Symbolizuje świat namacalny, materialny. Punkt wyjścia dla poznania. Równocześnie najbardziej pogardzana jako najniższa i najwyżej wynoszona- jako ta, która znajduje się u samych podstaw drzewa życia (i śmierci). Używając języka kabalistów: w każdej Malkuth jest trochę z Kether (najwyższej z sefirot, nazywanej Koroną) a w każdej Kether- trochę z Malkuth. Obie je łączy to, że “zbierają w sobie” cechy wszystkich pozostałych emanacji. Tak jak będąca najbliżej absolutu Kether promienieje wszystkimi przejawami chwały (zaczynam mówić jak teolog…), tak znajdująca się najniżej, materialna Malkuth zbiera ich wszystkie przejawy w świecie materialnym. Używając gnostyckiej formuły- “jak ponad, tak i pod” (używając innej, nieco bardziej znanej “jako w niebie, tak i na ziemi”).


To przydługie tłumaczenie jest konieczne dla objaśnienia pierwszej z rycin. Oto konny rycerz kładzie palec na ustach, nakazując milczenie. Jedzie przez pusty krajobraz, drogą wiodącą do miasta. Przy drodze stoi samotne drzewo. To wszystko. Dwie wersje (“prawomyślna” i ta “fałszywa”) różnią się jednym detalem- ilością wież widocznych spoza murów miasta. Rycinie towarzyszy łacińska maksyma. W książce jest to

NEM. PERV.T QUI N.N LEG. CERT.RIT
NEMO PERVENIT QUI NON LEGITIME CERTAVERIT
(nikt, kto nie działa zgodnie z regułami nie osiągnie celu)

ale w filmie zastąpiono ją o wiele prostszą

SI.VM E.T AV.VM
SILENTIUM EST AUREUM
(milczenie jest złotem)

Każda z rycin pokazuje w ten czy inny sposób postać wędrowca. Tego, który dąży do oświecenia. Rycerz (powstrzymam się- choć z trudem- od analogii do Durera) jest tym, który poszukuje. Jest symbolem vita activa. Działania (a nie mówienia). Jednym z najpełniejszych podsumowań gestu jest maksyma buddyzmu w wersji pop- “Don't talk about it, just do it.” W tym przypadku mamy dodatkowo bardzo ważne, choć proste objaśnienie tego, do jakiego celu (i w jaki sposób) podążać ma adept. W wersji “prawomyślnej”- do duchowej doskonałości, absolutu, symbolizowanego przez liczbę trzy. Ten, który zbłądzi (wersja "fałszywa") będzie poszukiwał skarbów jak najbardziej ziemskich (liczba cztery), choć nie zawsze materialnych. Uzupełniając obrazek poplątanych powiązań symbolicznych- rycerz jest również najwłaściwszą postacią dla Malkuth, której w Tarocie mają odpowiadać postaci giermków czy- jeśli wola- waletów.


poniedziałek, 25 października 2010

Say hello, wave goodbye

Gdyby się nad tym zastanowić to japońskie koty są jak teściowe. Mają opinię tak złą, że odsyłanie ich do diabła wypadałoby traktować jak grubą nieuprzejmość w stosunku do władców piekieł, z drugiej jednak strony zdarzają się i takie które uważa się za istoty dobroduszne i przynoszące szczęście (mowa oczywiście o kotach- każde porównanie ma granice poza które nie należy go rozciągać bez ryzyka popadnięcia w absurd).

Swego czasu, spacerując z najlepszą z żon po Chinatown, weszliśmy do sklepiku z gadżetami do komórek. Opakowania, naklejki, paski, smycze i oczywiście najróżniejsze maskotki. Wyszliśmy z małą paczuszką zawierającą coś takiego:



Na pierwszy rzut oka krzyżówka Wańki-wstańki z pokemonem. W rzeczywistości jest to uproszczona wersja maneki-neko (dosłownie "zapraszający kot"), jednej z najpopularniejszych japońskich figurek-amuletów, mających przynosić szczęście. Jeśli chodzi o popularność i zasięg występowania klasyczny maneki-neko jest azjatyckim odpowiednikiem naszych gipsowych krasnali, z tym że zamiast brodatego koślawca mamy postać siedzącego, trójkolorowego kota z uniesioną łapą, czerwoną kokardą i dzwonkiem na szyi i tradycyjną, złotą monetą opartą o łapy.



Cała historia ma swój początek w epoce Edo, chociaż pierwsze datowane wyobrażenia są nieco późniejsze i pochodzą już z ery Meji, gdzieś około roku 1870. Oczywiście legenda występuje w kilku wariantach. Najbardziej popularny opowiada o kocie, który pojawił się przed podróżującym przez niegościnną okolicę dygnitarzem (w zależności od wersji miał nim być lokalny bogacz, daymio lub nawet sam cesarz), wykonując łapą gest przywołania. Podróżnik miał zareagować na kocie zaproszenie i dzięki temu uniknąć a to uderzenia pioruna który trafił dokładnie w drzewo pod którym wcześniej się zatrzymał, a to zasadzki wrogów, a to jeszcze innej nieprzyjemności. Według innej wersji (przytoczonej min. przez prof. Tubielewicz) pierwowzorem maneki-neko miał być ulubiony kot Usugumo – kurtyzany z Yoshiwary. Któregoś wieczoru zwierzę zaczęło łazić za swoją panią, miauczeć, zaczepiać łapą o kimono, słowem- być po kociemu upierdliwe. Właściciel przybytku w którym rzeczona kurtyzana pracowała czy to przesądnie wierząc że zwierze próbuje opętać swoją panią, czy też mniej przesądnie uznając że ma skurkowańca dość i chce chwili spokoju obciął mu łeb. Kocia głowa podskoczyła, podleciała pod sufit i zagryzła zaczajonego tam węża, w ten sposób chroniąc swoją panią przed niechybną śmiercią (swoją drogą frapujące że sierściuch pofatygował się podjąć jakiekolwiek sensowne działania dopiero post mortem). Jak to w legendach wszyscy wpadli w oszołomienie, zadziwieni wiernością kota, rozlali morze łez a potem zaczęli lepić figurki przedstawiające tragicznie zmarłego nieboszczyka, które miały tą cudowną właściwość że przyciągały klientów. Zdaniem niektórych badaczy fakt popularności motywu wśród kurtyzan był nieprzypadkowy- uważano podobno że tak jak koty potrafią opętać człowieka, tak gejsze rzucają podobny urok na mężczyzn.

Jak by nie wyglądała pierwotna historyjka, figurki maneki-neko wystawiane w witrynach sklepów i restauracji mają przynosić szczęście, bogactwo lub przyciągać gości. Wszystko zależy od tego, która łapa wykonuje gest przywołania wyglądający, żeby było weselej, dokładnie tak, jak u nas dziecięce „pa pa”. Jeśli prawa- szczęście i bogactwo. Jeśli lewa- wręcz przeciwnie, goście. Oczywiście przedsiębiorczy Chińczycy szybko podchwycili pomysł i zaczęli produkować figurki z obiema łapami w górze.

Kolor kota jest również nieprzypadkowy. O ile rude kocury uznaje się za fałszywe, czarne- za demoniczne a biały jest kolorem śmierci, o tyle trójkolorowe jako jedyne cieszą się opinią zwierząt wiernych i „szczęśliwych”.

Czerwona kokardka i dzwonek to dwa elementy wiążące się z historią współżycia kotów i ludzi w Japonii. Otóż kiedy czcigodny Tokugawa Ieyasu raczył wziąć cały narodek za kolektywną mordę, skończyło się słodkie kocie nieróbstwo i dawni pupile arystokracji zostali zmuszeni do ganiania za myszami i innymi szkodnikami. W początkowym okresie, biorąc pod uwagę płodność kotów pewnie nieszczególnie długim, zwierzęta te były raczej kosztownymi maskotkami służącymi demonstrowaniu zamożności nowobogackich właścicieli i jako takie cieszyły się różnymi przywilejami (za myszami po staremu ganiała służba). Wiązano im wstążki w kolorze który miał odganiać demony i zapobiegać urokom, do wstążek przyczepiano dzwoneczki ułatwiające odnalezienie stworzenia w razie gdyby przyszła mu do głowy zabawa w chowanego.

Jeśli chodzi o koty i Japonię- to chyba wszystko. Wracając do wizyty w małym chińskim sklepiku: jako że maneki-neko to bardzo popularny motyw, wiązała się ona dla mnie z odkryciem nieco innej natury, nijak nie związanym z ikonologią. Otóż dowiedziałem się że pojęcie „strap” może odnosić się do niewinnych, przyczepianych do telefonu zabaweczek w formie kotków, ptaszków i motylków.

Czego to ludzie nie wymyślą...