Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Genji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Genji. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 października 2011

Terapeuci z grzechotkami

Rokujo opętała Aoi no Ue. Oczywiście bezpośrednie okazywanie zawiści nie uchodzi damie o jej pozycji, zwłaszcza w sytuacji kiedy powodem całego zamieszania była afektacja kochanka. O całym tragicznym zdarzeniu nie wiedziała, ba- jeśli wierzyć autorce, szczerze współczuła ofierze. Rzeczywistego sprawcę demonicznego opętania kochanki Promienistego Księcia udało się zidentyfikować przypadkiem, a to za sprawą zapachu palonego maku, kadzidła używanego podczas rytuałów odpędzania demona którym przesiąknęły szaty damy Rokujo. Cała historia jest jednym z dziwniejszych rozdziałów Genji Monogatari. W opowieści elementy nadnaturalne nie pojawiają się zbyt często, toteż rozdział poświęcony opętaniu demonicznemu jest przez niektórych krytyków uznawany za nie pasujący do całości. Jakkolwiek by nie było, jest on najbardziej znanym opisem działania mononoke.

Mononoke to dość tajemnicze istoty pozbawione formy. Ich nazwa początkowo zapisywana była fonetycznie, dopiero po jakimś czasie przypisano jej znaki kanji, stąd trudno o odgadnięcie jaka interpretacja nazwy będzie pierwotną. Wiemy że składa się ona z dwu członów: mono, który należałoby przetłumaczyć jako „coś”, zwykle coś nieznanego, niedookreślonego (w tym przypadku nie ma większych kontrowersji), oraz ke – zapisywane jako 気 oznacza energię, ale w odmiennym (dominującym obecnie) zapisie 怪 również coś dziwacznego, podejrzanego, widmowego. Sądząc z mizernych rezultatów jakie przyniosły działania najpotężniejszych dworskich egzorcystów mamy do czynienia z bytami potężnymi i równocześnie wyjątkowo słabo określonymi.

Opętanie dokonało się bez udziału woli i świadomości osoby która była przyczyną całego wydarzenia. Nie był w nie zaangażowany żaden demon czy inny piekielny przydupas. Mononoke nie zaliczają się tak naprawdę do yokai- są raczej sposobem w jaki manifestują się skrywane a potężne emocje zupełnie zwyczajnych osób. W literaturze klasycznej znajdujemy jeszcze jeden przykład działań tych istot, historię opowiadaną przez wielką konkurentkę Murasaki Shikibu. Wspomina ona kilkukrotnie o zabiegach egzorcystów, przy okazji swoim zwyczajem napomykając o ich nieszczególnie nabożnym zachowaniu.

Sama wiara w opętanie ma czcigodne korzenie, zagnieżdżona jest w szamanizmie (od którego- bądźmy szczerzy- shinto nieszczególnie daleko odpełzło), z jego brakiem wyraźnego rozdziału światów duchów, demonów i ludzi. Choroby, słabości, nieszczęścia- wszystko to było wynikiem działań istot nadprzyrodzonych które posługiwały się ciałami swych ofiar dla osiągnięcia własnych celów. Dręczenie nie ustawało dopóki ów cel nie został osiągnięty. Człowiek był wehikułem służącym woli istoty nadprzyrodzonej. Popychadłem bogów.

Kiedy przyjmie się tego rodzaju optykę, jasnym staje się że wyleczenie chorego możliwe jest tylko na dwa sposoby.

Jednym z nich jest podjęcie walki: przeciwstawienie dręczycielowi istoty potężniejszej od niego (których uwagę przyciągana na różne, mniej lub bardziej zrytualizowane sposoby) któregoś z boskich orędowników) i sprawienie by pobyt w ciele opętanego stał się skrajnie nieprzyjemny. Hałasowano, potrząsano różnej maści magicznymi grzechotkami czy dzwonkami, okadzano wszystko zapachami o których wierzono że są dla niematerialnego gościa szczególnie niemiłe, używano mających podobne właściwości ziół.



Pielgrzym z podróżnym kijem- grzechotką shakujo (sanskr. khakkhara). Pierwotnym przeznaczeniem laski z brzękadłami było odstraszanie groźnych zwierząt oraz ostrzeganie przed pielgrzymem drobnych stworzeń, by ten nieopatrznie nie nadepnął na któreś i nie spaprał sobie karmy. Dżwięk brzękadła miał również odstraszać demony, stąd używano go podczas egzorcyzmów. Shakujo było również jedną z legendarnych broni wu-shu. Ręcznie kolorowana fotografia z końca XIX w.

Drugi sposób polegał na czymś zupełnie odwrotnym- odkryciu i spełnieniu życzeń prześladowcy. Niestety, opętani zwykle nie byli w stanie komunikować się ze sprawcą swoich nieszczęść (koniec końców nie zawsze byli świadomi przyczyny stanu w którym się znajdują). Konieczny był interpretator czy mówiąc precyzyjniej głośnik. Funkcję taką brał na siebie pomocnik egzorcysty, zwykle osoba specjalnie przygotowana do pełnienia roli głośnika czy „ust” wyjawiających sekrety i pragnienia, a czyni to zawsze w sformalizowanej, teatralnej manierze, używając idiomów których kobietom wysokich rodów nawet nie wypadało znać. Co znamienne o ile opętującym jest zwykle duch kobiety, to medium niemal zawsze (przynajmniej do końca epoki Heinan, czasu „działania” mononoke w klasycznej postaci) są mężczyźni. Jeśli wierzyć relacji Sei Shonagon, kobieta- medium była w jej czasach widokiem nie do zniesienia dla arystokratycznych widzów. Połączenie niekontrolowanego, „dzikiego” zachowania z ceremonialnym, „męskim” językiem było czymś co wykraczało poza wszelkie normy. Rola kobiet- szamanek została zredukowana do kilku największych przybytków shinto jak choćby Ise (stopniowe wypieranie ich z oficjalnego kultu to wyjątkowo pasjonujący temat, ale chyba ciut zbyt obszerny na drugą nad ranem).

Niezależnie od sposobu działania który okazywał się skuteczny w danej sytuacji, niezależnie od tego czy całą operację przeprowadzał szaman, kapłan czy wróżbita, w swojej istocie egzorcyzm zawsze polegał na przywróceniu porządku świata. Oczyszczeniu tego co nieczyste, naprawieniu krzywd które bez zaświatowej interwencji pozostawałyby nieznane. Wyrównanie i zamknięcie rachunków. W tym miejscu starożytne zabiegi magiczne i współczesne teorie różnej maści psychologów spotykają się. To co nieuświadomione, nieznane, zapomniane i destruktywne po nazwaniu i poznaniu przestaje szkodzić.

niedziela, 1 maja 2011

Genji guruma

Była to moja pierwsza w życiu aukcja na e-bayu i pierwszy „prawdziwy” japoński zabytek jaki miałem w rękach. Rękojeść do wakizashi, kupiona za 30 dolców w tych pięknych, dobrych czasach kiedy za dolara płacono 3.36 złotego. Oplot był tak brudny, że pierwotny kolor taśmy do dziś pozostaje dla mnie tajemnicą. Fuchi z czarnego rogu, do połowy zeżartego przez znienawidzoną przez kolekcjonerów odmianę chrząszcza wyraźnie świadczyło o tym, że była to rękojeść ceremonialna - na dworach tak szoguna jak i daymio niedozwolone było noszenie podczas służby mieczy z metalowymi fuchi, jako że uderzenie tak „obutą” rękojeścią mogłoby być śmiertelne. Czarno lakierowana samegawa. Kashira z motywem czegoś co wyglądało jak wyrzucone w paprocie koło wozu, podobnie wyglądało jedno menuki (drugie z nich, z motywem czysto roślinnym, kompletnie nie pasowało do zestawu). Ozdoby bardzo przyzwoitej jakości, utrzymane- jakżeby inaczej- w regulaminowym stylu oficjalnej i promowanej przepisami szogunatu szkoły Goto.



Koło jest obok swastyki, jednym z najstarszych symboli solarnych,t odpowiednikiem występującego we wszystkich kulturach świętego dysku. Motyw koła jest też jednym ze sztandarowych symboli buddyzmu. Symbolizować może cykl samsary, nieustający kołowrót narodzin i śmierci; może też być symbolem nauk Buddy, tego, który jako pierwszy obrócił koło dharmy. W takim wydaniu kształt koła oznacza doskonałość, każda ze szprych stanowić ma odpowiednik jednej z ośmiu prawd. Oś to samodyscyplina, niezbędna dla osiągnięcia doskonałości, z kolei łącząca szprychy obręcz to świadomość (mówiąc dokładniej cnota nazywana przez Japończyków „sanmaji” rodzaj koncentracji, stanu skupienia umysłu. Jakby tego wszystkiego było mało, mistycy buddyjscy stworzyli tysiące wariacji bazujących na tych podstawowych motywach. Mamy więc koło które jest – jak słońce- źródłem światła, ale w wydaniu religijnym ma to być światło nauk Buddy. Mamy koło groźny atrybut króla- wojownika (pozostałość po dawnych rydwanach bojowych), służące jako broń wielu duchom opiekuńczym. Skoro już powóz i przemieszczanie się, to również rozprzestrzenianie prawa buddyjskiego na wszystkie strony świata... i tak dalej i tak dalej i tak dalej. Jako że miało być o kole ze starej rękojeści, pozwolę sobie zostawić wszystkie możliwe interpretacje symboli buddyjskich na boku i wrócić do starej rękojeści.




Motyw na niej przedstawiony określa się mianem Genji guruma („Koło Genji”) i- jak sama nazwa wskazuje- nawiązuje on do dzieła Genji Monogatari. Jest to- ujmując rzecz możliwe wprost- japoński odpowiednich Iliady czy Odysei. Klasyka bez której ani rusz, ale której czytanie rzadko kiedy przyprawia o wypieki na twarzy. Rzecz pisana przez damę dworu Murasaki Shikibu na użytek innych, równie zblazowanych, dam dworu, jest opasłym i naprawdę ciężkim do strawienia harlequinem. Opowiada historię kolejnych podbojów miłosnych cesarskiego syna- tytułowego księcia Genji, nazywanego Księciem Promienistym. Nasz książę, jak przystało bohaterom literatury tego typu, jest ideałem dworskiego lowelasa. Wszystko co robi jest idealne: idealnie pisze listy, nienagannie dobiera akcesoria stroju, ba- nawet wzdycha w odpowiednich momentach i z właściwą intonacją. Jak nietrudno się domyślić całość jest afektowana do obrzydzenia i tak pretensjonalna, że gdyby nie patyna i szlachetna proweniencja krytycy zadziobaliby autorkę bez krztyny miłosierdzia. Niestety, przy tych wszystkich wadach, jest równocześnie najpełniejszym zbiorem realistycznie opisanych scen z życia japońskiego dworu epoki Heian, a co za tym idzie pozycja której ominąć nijak się nie da.

Arystokraci tej epoki nie kalali się czymś tak prostackim jak jazda na końskim grzbiecie, tego rodzaju formy aktywności pozostawiając osobom niepoważnym, chamskim i mało lub zgoła nic nie znaczącym „w towarzystwie”,czyli sługom i nieokrzesanym wiejskim burakom, za jakich wówczas uważano samurajów. Dobrze urodzeni przemieszczali się w bogato zdobionych powozach ciągniętych przez woły. Jako że arystokracja zgromadzona w stolicy przez długie lata z podziwu godnym poświęceniem zajmowała się niczym, wszyscy służący na dworze, konkurowali o błachostki w rodzaju przywilejów noszenia szat z takim bądź innym obramowaniem (użycie części kolorów zależne było od rangi noszącej je osoby), przewodniczenia różnej maści ceremoniom religijnym, wreszcie typowymi dla tego rodzaju sytuacji mniej lub bardziej jadowitymi przepychankami.

Jedną z bardziej znanych scen tego rodzaju grupowego świadczenia sobie nieuprzejmości była tak zwana „bitwa powozów”, opisana w dziewiątym rozdziale epopei. Zazdrosna kochanka księcia, dama Rokujo, próbowała wcisnąć się pomiędzy powozy ustawione tak, by dać ich pasażerom szansę oglądania procesji, w której jedną z głównych ról pełnił Genji. Doszło do regularnej bijatyki pomiędzy sługami róznych osobistości, w wyniku której Rokujo nie tylko została odkryta (co samo w sobie oznaczało utratę twarzy), ale również znieważona i zmuszona do opuszczenia miejsca zajścia, co w rezultacie doprowadziło do jednego z ciekawszych wydarzeń tej opery mydlanej. Otóż Rokujo do tego stopnia straciła panowanie nad sobą, że w postaci ducha mononoke zaczęła dręczyć osoby drogie Genjemu, doprowadzając do śmierci dwu z nich, pań Yugao i Aoi. Dodatkowego smaczku całości dodaje fakt, że wszystko to działo się bez jej świadomego udziału- o roli jaką odegrała Rokujo dowiedziała się dopiero w wyniku egzorcyzmów.



Bitwa Powozów, Malowidło na sześcioskrzydłowym parawanie pokrytym złotą folią, połowa XVII wieku, kolekcja Johna C. Webera, Nowy Jork.

Jakie były losy właścicieli rękojeści i miecza który był w niej osadzony- trudno powiedzieć. Patrząc na ślady kolejnych, nieudolnych reperacji i prób utrzymania jej w stanie używalności, zagubienia jednego menuki i zastąpienia go egzemplarzem o klasę gorszym, wreszcie stopniowego rozpadu i zapomnienia trudno oprzeć się wrażeniu, że w tym przypadku los pieczołowicie wykonanych symboli ciągłego przemijania i zmienności sprawił, że mimo upływu lat jedynie zyskały one na wymowie.