Lisy pełniły w folklorze japońskim rolę „czarnego luda”. Jeśli jakiekolwiek zwierzęta oskarżano o jednoznacznie zły charakter - były nimi właśnie lisy. Oczywiście – koty, o których pisałem wcześniej, czy tanuki, również miały swoje za uszami, bywały mordercze, demoniczne, przerażające, ale jeśli szukać stworzenia, którego bezinteresowna, złośliwa skłonność do szkodzenia ludziom przebijałaby wszystko inne, to kiedy już opadnie kurz, na polu bitwy pozostaną tylko lisy i kobiety.
Wierzenia, o których mowa (te dotyczące lisów), są dość powszechne na terenie całej Azji. Do Japonii przybyły z Chin, gdzie pierwsze ich ślady odnaleźć można w pochodzącej z 4 wieku p.n.e. (choć wielokrotnie później przerabianej i edytowanej) księdze Shan-hai Ching (Księgi Gór i Mórz), klasycznym tekście składającym się z krótkich opowieści o najróżniejszych cudeńkach, jakie można zobaczyć na świecie. Opisuje on krainy geograficzne, zasiedlające je stworzenia i rośliny, często przytacza związane z nimi legendy, czy - bardziej praktycznie - sposoby wykorzystania ich w medycynie. Głęboko w pas kłaniają się analogie z europejskimi „opisaniami świata” czy bestiariuszami.
Według Shan-hai Ching lisy z dziewięcioma ogonami potrafią mówić głosem podobnym do głosu ludzkiego dziecka, a ich mięso chroni osoby, które je zjedzą, przed wszelkim złem.
Ilustracja do jednego z późniejszych wydań Shan-hai Ching
Nieco późniejsze dzieło, Księga Zhou, wyjaśnia, że biała lisica o dziewięciu ogonach została zesłana z niebios jako rodzaj gwaranta zachowania porządku - bóstwo mające opiekować się cesarzem, kiedy ten spełnia wolę nieba, lecz również mogące doprowadzić do zrzucenia go z tronu, kiedy utraci mandat niebios. W tym drugim wcieleniu zwierzę stało się symbolem rewolucji, oporu wobec władzy co - jak nietrudno się domyślić - bardzo szybko (już za panowania dynastii Han) doprowadziło do przypisania mu cech demonicznych. Od tego czasu biały lis o dziewięciu ogonach stał się klasycznym „czarnym charakterem” legend.
W najwcześniejszej wersji tej historii, powtarzanej później w różnych wersjach, lisica miała opętać Mo Xi, nałożnicę króla Jie z państwa Xia, co doprowadziło do upadku całej dynastii. Opowieść ta miała prawdopodobnie służyć pokazaniu tego, do jak okrutnych działań posuwają się niebiosa, wspierając prawowitych władców, jednak z czasem zaczęła żyć własnym życiem. Jej zręby pozostawały te same - mamy piękną kobietę, która posiada władzę nad sercem władcy, a która z czasem okazuje się być żywiącym się ludzkim ciałem i krwią demonem (wspominane wcześniej opowieści o demonicznym kocie są późniejszą redakcją tego samego mitu). Koniec końców maskarada wydaje się, ktoś tam znajduje trupy, ktoś inny przepędza demona (lub ucieka on sam, wystraszony szczekaniem psów). Oczywiście zmieniali się bohaterowie. Jie z Xia został zastąpiony przez Zhou z Shang (zawodowo również króla), dynasta Xia przez dynastię zachodnią Zhou. Po przeniesieniu opowieści na grunt japoński, opętaną będzie słynna kurtyzana Tamamo-no-Mae, zaś jej niedoszłą ofiarą cesarz Konoe.
Artystyczna wizja japońskiej wersji tej opowieści. Hokusai.
Oczywiście to zaledwie jeden z rodzajów opowieści związanych z lisami. Stworzenia te nazywano na wyspach kitsune. Ich główną zdolnością była umiejętność przyjmowania postaci ludzkiej (są kolejnymi - po kotach - groźnymi „człowiekołakami”). W niektórych legendach dokonują tego „tak po prostu”, bez żadnych rytuałów czy akcesoriów, w innych - konieczne są różnego rodzaju przygotowania. Najbardziej charakterystyczny był przesąd o tym, że chcący zająć się taką przebieranką lis musi przez jakiś czas balansować umieszczoną na głowie ludzką czaszką (w niektórych wersjach do czaszki dorzuca się najróżniejszych śmieci - liści, trzcin i temu podobnych). Jeśli się uda - przeistoczenie będzie niemal doskonałe. Jedyną cechą, dzięki której można odkryć podstęp, jest strach przed psami lub - w niektórych wersjach legend - ukryty pod odzieżą ogon. Lisy słyną z tego, że tworzone przez nie kreacje kobiece są zwykle prześliczne, co dało podstawy określeniu „kitsune-gao”, lisia twarz, używanemu do opisania osoby o wąskiej twarzy, z wysoko umieszczonymi, wydatnymi kośćmi policzkowymi i oczyma osadzonymi blisko siebie. W pewnych okresach dokładnie tak wyglądał ideał piękna kobiecej twarzy.
Zanim przejdziemy do omówienia lisów będących yokai, warto wspomnieć o tych pełniących nieco bardziej chwalebne funkcje. Otóż kitsune są służkami Inari - jednego z ważniejszych bóstw shinto, opiekuna plonów, bóstwa ryżu, herbaty i płodności, a w dawniejszych czasach patrona kupców i kowali zajmujących się produkcją mieczy. W każdej świątyni Inari znajdzie się para posągów kitsune, zwykle przedstawianych z jakimś magicznym przedmiotem (najczęściej spełniającym życzenia klejnotem) w pysku lub łapie. Wierzy się, że nawet wyobrażenie lisa ma dość mocy, by rozproszyć złą energię (kimon).
Inari w otoczeniu lisów pomaga miecznikowi Munechika w wykuciu ostrza nazywanego potem "Małym Liskiem".
Jeśli idzie o yokai, możemy je z grubsza podzielić na zenko (czyli „dobre” lisy, czasem wprost utożsamiane z posłańcami Inari) i yako (czyli „polne” lisy), mające o wiele bardziej demoniczne usposobienie. Rozróżnienie jest dość późne i, mówiąc szczerze, dość problematyczne - wszystkie kitsune mają dość podobne „charaktery”. Są kochliwe, psotne i niewiarygodnie wręcz mściwe (co upodabnia je do innych wyjątkowo szkodliwych i niestety niemitycznych istot). Te „dobre” często latami pozostają w związkach z zakochanymi ludźmi, odgrywając role modelowych żon, ba - mając potomstwo. Motyw pięknej małżonki, która musi odejść po tym, kiedy jej mąż, zwykle przypadkiem, odkrywa jej prawdziwą naturę, jest tu najczęściej powtarzanym typem opowieści. Najstarsze ludowe wyjaśnienie znaczenia słowa kitsune, przytoczone w opowieści z 6 wieku n.e., opiera się na grze słów kitsu-ne- czyli „przychodzi i śpi” oraz ki-tsune - „zawsze przychodzi”. Ma być pozostałością po historii o zakochanym rolniku, którego żona-lisica spędzała z nim noce jako kobieta, a nad ranem, w swej prawdziwej, zwierzęcej postaci, uciekała do lasu. Opowieści oparte na tym schemacie są chyba jedynymi jednoznacznie „dobrymi” historiami o lisach - we wszystkich innych odgrywają one role stworzeń w najlepszym razie kłopotliwych.
I jedne i drugie lisy specjalizują się w głupich kawałach w rodzaju przebrania się za prowokujące gejsze, zaciągnięcia jakiegoś nieszczęśnika na jawiące mu się jako wykwintny dom rozrywki bagna, , napojenia i nakarmienia aż do granic i ulotnienia się. Całość nie byłaby może szczególnie dokuczliwa, gdyby nie fakt, że goście lisów karmieni są ich odchodami i pojeni moczem, które to specjały w momencie rozwiania się czaru wracają do swej pierwotnej postaci, co nieszczęsna ofiara odchorowuje przez kilka dni.
Lisy „polne”, czyli yako, to stworzenia nieco inne niż kitsune - o wiele mniejsze od zwykłego lisa, rozmiarów plus-minus łasicy, w kolorze czarnym, białym bądź całkiem niewidzialnym. Jeśli wierzyć opowieściom, mają one być niedościgłymi mistrzami opętań. O ile duch zazdrosnej kobiety (niekoniecznie martwej) może doprowadzić rywalkę do obłędu (świetnym przykładem będzie tu historia Rokujo z Genji Monogatari, która wykończyła rywalkę nawet o tym nie wiedząc), o tyle kitsunetsuki - opętanie przez lisy - jest sprawą o wiele bardziej skomplikowaną. Ofiary, którymi są niemal wyłącznie młode kobiety, nabywają zdolności mówienia obcymi językami, czytania i pisania, wykazują też niezwykły apetyt na tofu i słodką fasolę (według legend przysmaki lisów), które to upodobanie znika bezpowrotnie wraz z ustaniem opętania w sposób tak radykalny, że ex-opętane nigdy w życiu nie dotykają „lisich” dań. Niezastąpiony Lafcadio Hearn opisuje, jak to na ciele opętanych pojawiają się żyjące własnym życiem guzy czy wybrzuszenia, które „uciekają” kiedy spróbuje się nakłuć je jakimś ostrym przedmiotem. Inne źródła wspominają, że jeśli yako poliże bliznę po oparzeniu lub ślad po ospie - osoba polizana nieodwracalnie umrze w mękach. Remedium miało być rozrzucanie wokół siebie popiołu.
Metody leczenia tego rodzaju przypadłości były różne. Zaczynano po dobroci - od egzorcyzmów i składania ofiar w świątyniach Inari. Kiedy to nie skutkowało, nieszczęsną dręczono na rożne sposoby, chcąc wypłoszyć zamieszkującego jej ciało demona. Dostawała solidny łomot od zgromadzonego kolektywu, była głodzona, przypalana, topiona - słowem stosowano wszystko, co tylko miłosierni współplemieńcy byli zdolni wykombinować. Paralele z europejskimi opętaniami są tu wręcz zaskakujące. Metodą ostateczną, na którą nieczęsto się decydowano, było ogłaszanie polowań na lisy. Hideyoshi miał wystosować do kapłanów opiekujących się świątynią Inari ultimatum, mówiące, że jeśli opętanie młodej kobiety pozostającej pod jego opieką natychmiast się nie skończy, wybite zostaną wszystkie lisy w regionie. Sądząc po braku informacji dotyczących prześladowań lisów za czasów jego panowania, należy przyjąć, że okazało się skuteczne.
Co ciekawe, kitsunesuki jest najzupełniej autentyczną chorobą psychiczną, jedną z najwcześniejszej (bo już w epoce Heian) wyodrębnionych. Dotknięci nią ludzie święcie wierzą, że zostali opętani przez lisy. Jedzą tofu i azuki, unikają kontaktu wzrokowego, są hiperaktywni i cierpią na bezsenność. Podobno przypadłość ta jest endemiczną odmianą klinicznej lykanotropii, tym bardziej interesującą, że w większości swych "mrocznych" wcieleń lisy wykazują wiele cech wspólnych wampirom czy sukkubom z innych kręgów kulturowych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą demon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą demon. Pokaż wszystkie posty
środa, 22 stycznia 2014
niedziela, 2 sierpnia 2009
Problemy z ogórkami
Połykam ksiażki. To jeden z moich mrocznych nałogów. Trzystustronicowa powieść to zwykle trzy- cztery godziny. Przy tego rodzaju nawykach czytelniczych nie bardzo mogę sobie pozwolić na bycie wybrednym i często- gęsto przebijam się przez lektury ledwie- ledwie wybijające się ponad poziom intelektualny Joli Rutowicz. Dziś w supermarkecie wygrzebałem pierwszą część cyklu o Saint- Germain. Niestety- jak przystało na cykl wampiryczny główny bohater, oprócz tego że żywi się krwią nosi wyłącznie czarne ubrania, spojrzeniem zniewala kobiety, jest nieludzko silny, bogaty i inteligentny słowem- ideał oczyma zakompleksionych pryszczatych nastolatków bądź niedopchanych panien z pretensjami do mrocznego emploi. Przebijając się przez kolejne peany ku czci obowiązkowo bladego herosa nie mogłem nie uśmiechnąć się na wspomnienie wampirów z Japonii... Oczywiście każda kultura ma jakichś krwiopijców. W przypadku mitologii japońskiej mamy oczywiście różnorakie złowrogie stwory które "przy okazji" potrafią pozbawić swoje ofiary krwi jak złowrogie duchy, koty bądź tanuki, ale tak naprawdę jedynym prawdziwym wampirem, wysysającym życie z swoich ofiar jest stworek z pozoru raczej niegroźny czyli kappa (河童- dosłownie "dziecko rzeki").
Wygląda toto dość pokracznie- trochę jakby małpie założyć na łapy płetwy pływackie, tors wpakować w skorupę żółwia a na łbie wygolić tonsurkę i dorzucić solidną porcję rybiego smrodu. Pośrodku tonsurki, na samym czubku płaskiej czaszki każda kappa ma wgłębienie wypełnione wodą ze zbiornika w którym żyją. Mimo swych małych rozmiarów kappa jest dziesięciokrotnie silniejsza od człowieka, pod warunkiem że woda z wgłębienia nie wyschnie bądź nie zostanie wylana- jeśli do tego dojdzie kappa traci całą swoją siłę, według niektórych legend może nawet umrzeć. Ta drobna niedogodność wielokrotnie ocaliła życie ludziom wyzwanym przez kappy na pojedynek. Kappy, w przeciwieństwie do wielu istot o których zdarzyło mi się pisać wcześniej, są Japończykami z krwi i kości. Uwielbiają narodowy sport Japonii- sumo (w którym są podobno mistrzami, legenda przypisuje im wynalezienie koppo- "twardych" technik ataku na kości), co zresztą jest powodem dla którego zaczepiają ludzi zabłąkanych w pobliżu zbiorników wodnych i wyzywają ich na pojedynki o wyjątkowo wysokie stawki. Z jednej strony- skarby zebrane przez kappy jako nagroda za wygraną walkę, z drugiej- dość bolesna i wyjątkowo prawdopodobna śmierć. Na szczęście kappy posiadają proporcjonalnie silnie rozwiniętą inną typowo japońską cechę- poszanowanie dla etykiety. Człowiek przymuszony przez tych zielonych gangsterów do pojedynku powinien rozpocząć go od ceremonialnego ukłonu- kłaniając się w odpowiedzi kappa utraci życiodajną wodę i znajdzie się na łasce człowieka.

Kappa w całej krasie. Rysunek Hokusai.
Kappy to (przynajmniej od epoki Muromachi- w ich przypadku ewolucja wizerunku wydaje się przebiegać w sposób odwrotny do tego który można obserwować w przypadku tengu) istoty z złe, choć zawsze pieczołowicie przestrzegające wszelkiego rodzaju umów, nawet jeśli ma im to przynieść szkodę. Większość ich żartów jest może niekoniecznie w najlepszym guście ale nieszczególnie groźnych- ot, uwielbiają zaglądanie pod kimona przechodzących mostkiem czy przeprawiających się łodzią kobiet, głośnie pierdzenie w twarz rybakom i inne dowcipasy tego typu. Powodem dla którego te pokraki zawsze przypominają mi się kiedy tylko widzę obraz klasycznego, do znudzenia idealnego "europejskiego" wampira jest fakt, że kappom przypisuje się winę za śmierć większości topielców- zwłaszcza dzieci. Topielcy, zwłaszcza jeśli namakali odpowiednio długo, mają mieć (panie wybaczą dosłowność) obrzękłe odbyty, co dało asumpt do powstania legend o wodnych demonach które żywią się krwią, siłą życiową bądź- to moja ulubiona wersja- z czystej złośliwości wyciągają (mówiąc precyzyjniej wysysają) jelita i żołądek przez odbyt zostawiając tylko obrzękły, pełen płynu bęben. Jak sądzę ostatnia odmiana odnosi się do nieboszczyków którzy pławili się w wodzie z dużym zacięciem i dobrze świadczy o dociekliwości i naukowym podejściu ludzi żyjących w pobliżu zbiorników wodnych.

Jak widać na nieszczególnie wysokich lotów drzeworycie Tsukiyoki Yoshitoshiego nie zawsze kappy straszą rybaków puszczaniem wiatrów- jak mówi japońskie przysłowie "od czasu do czasu i kappa utonie"- każdemu może się podwinąć noga. Niektóre pomyłki mogą być bardzo groźne w skutkach, nawet dla demonów. 1881,
Co ciekawe pośród wielu teorii dotyczących pochodzenia kappy, z których jedne mówią o portugalskich mnichach (tonsura i słowo kapa), inne o małpach (ogólny pokrój i- niestety chińska- legenda o królu małp) znajduje się też taka, która tłumaczy ich pochodzenie faktem wyrzucania przez Japończyków martwych lub w pełni sprawnych ale nie do końca potrzebnych noworodków do rzek. Mizuko- dosłownie wodne dziecko- (水子) to nazwa jaką dziś określa się dzieci zmarłe przed porodem, a która wcześniej odnosiła się do wszystkich zmarłych dzieci. Nie da się nie zauważyć że jej znaczenie jest na dobrą sprawę identyczne ze znaczeniem słowa kappa. Jeśli stare, shintoistyczne bóstwa wody stały się mściwymi wcieleniami dzieci skrzywdzonych za życia, ich pragnienie zemsty na żywych wydawałoby się być uzasadnione i bardzo typowe. Choć tłumaczenie to jest najbardziej ponurym ze wszystkich z jakimi się spotkałem, brzmi najbardziej prawdopodobnie i przypomina o tej stronie historii kraju kwitnącej wiśni o której raczej nieczęsto wspomina się w poetyckich opisach. Oczywiście z pewnością mamy tu do czynienia z nałożeniem się na siebie dwu toposów- starego, pochodzącego jeszcze z epoki antycznej i nowego, nadającego kappom wszystkie cechy właściwe wszelkim mściwym duchom z japońskich podań. Jeśli chodzi o stary wzorzec to pierwsza wzmianka o duchach wody odpowiadających współczesnym wizerunkom kappa pochodzi z Nichon Shoki a więc mówimy o roku 720 (choć tam mówi się raczej o bogu rzeki- Kawa no Kami), i dotyczy bardziej staromodnej personifikacji sił przyrody, posiadających zarówno cechy negatywne jak i pozytywne (jak choćby przypisywana kappom umiejętność leczenia złamań i zwichnięć).
Pozostaje jeszcze kwestia wyjaśnienia tytułu postu... otóż kappy przepadają za ogórkami. Mają na ich punkcie tak kompletnego bzika, że można wyłgać się od śmierci rzucając im kilka ogórków. Dlaczego ? Nie mam najzieleńszego pojęcia, faktem jest że maki z ogórkiem nazywa się nie kyuri maki, a właśnie kappa maki. Smacznego
Wygląda toto dość pokracznie- trochę jakby małpie założyć na łapy płetwy pływackie, tors wpakować w skorupę żółwia a na łbie wygolić tonsurkę i dorzucić solidną porcję rybiego smrodu. Pośrodku tonsurki, na samym czubku płaskiej czaszki każda kappa ma wgłębienie wypełnione wodą ze zbiornika w którym żyją. Mimo swych małych rozmiarów kappa jest dziesięciokrotnie silniejsza od człowieka, pod warunkiem że woda z wgłębienia nie wyschnie bądź nie zostanie wylana- jeśli do tego dojdzie kappa traci całą swoją siłę, według niektórych legend może nawet umrzeć. Ta drobna niedogodność wielokrotnie ocaliła życie ludziom wyzwanym przez kappy na pojedynek. Kappy, w przeciwieństwie do wielu istot o których zdarzyło mi się pisać wcześniej, są Japończykami z krwi i kości. Uwielbiają narodowy sport Japonii- sumo (w którym są podobno mistrzami, legenda przypisuje im wynalezienie koppo- "twardych" technik ataku na kości), co zresztą jest powodem dla którego zaczepiają ludzi zabłąkanych w pobliżu zbiorników wodnych i wyzywają ich na pojedynki o wyjątkowo wysokie stawki. Z jednej strony- skarby zebrane przez kappy jako nagroda za wygraną walkę, z drugiej- dość bolesna i wyjątkowo prawdopodobna śmierć. Na szczęście kappy posiadają proporcjonalnie silnie rozwiniętą inną typowo japońską cechę- poszanowanie dla etykiety. Człowiek przymuszony przez tych zielonych gangsterów do pojedynku powinien rozpocząć go od ceremonialnego ukłonu- kłaniając się w odpowiedzi kappa utraci życiodajną wodę i znajdzie się na łasce człowieka.

Kappa w całej krasie. Rysunek Hokusai.
Kappy to (przynajmniej od epoki Muromachi- w ich przypadku ewolucja wizerunku wydaje się przebiegać w sposób odwrotny do tego który można obserwować w przypadku tengu) istoty z złe, choć zawsze pieczołowicie przestrzegające wszelkiego rodzaju umów, nawet jeśli ma im to przynieść szkodę. Większość ich żartów jest może niekoniecznie w najlepszym guście ale nieszczególnie groźnych- ot, uwielbiają zaglądanie pod kimona przechodzących mostkiem czy przeprawiających się łodzią kobiet, głośnie pierdzenie w twarz rybakom i inne dowcipasy tego typu. Powodem dla którego te pokraki zawsze przypominają mi się kiedy tylko widzę obraz klasycznego, do znudzenia idealnego "europejskiego" wampira jest fakt, że kappom przypisuje się winę za śmierć większości topielców- zwłaszcza dzieci. Topielcy, zwłaszcza jeśli namakali odpowiednio długo, mają mieć (panie wybaczą dosłowność) obrzękłe odbyty, co dało asumpt do powstania legend o wodnych demonach które żywią się krwią, siłą życiową bądź- to moja ulubiona wersja- z czystej złośliwości wyciągają (mówiąc precyzyjniej wysysają) jelita i żołądek przez odbyt zostawiając tylko obrzękły, pełen płynu bęben. Jak sądzę ostatnia odmiana odnosi się do nieboszczyków którzy pławili się w wodzie z dużym zacięciem i dobrze świadczy o dociekliwości i naukowym podejściu ludzi żyjących w pobliżu zbiorników wodnych.
Jak widać na nieszczególnie wysokich lotów drzeworycie Tsukiyoki Yoshitoshiego nie zawsze kappy straszą rybaków puszczaniem wiatrów- jak mówi japońskie przysłowie "od czasu do czasu i kappa utonie"- każdemu może się podwinąć noga. Niektóre pomyłki mogą być bardzo groźne w skutkach, nawet dla demonów. 1881,
Co ciekawe pośród wielu teorii dotyczących pochodzenia kappy, z których jedne mówią o portugalskich mnichach (tonsura i słowo kapa), inne o małpach (ogólny pokrój i- niestety chińska- legenda o królu małp) znajduje się też taka, która tłumaczy ich pochodzenie faktem wyrzucania przez Japończyków martwych lub w pełni sprawnych ale nie do końca potrzebnych noworodków do rzek. Mizuko- dosłownie wodne dziecko- (水子) to nazwa jaką dziś określa się dzieci zmarłe przed porodem, a która wcześniej odnosiła się do wszystkich zmarłych dzieci. Nie da się nie zauważyć że jej znaczenie jest na dobrą sprawę identyczne ze znaczeniem słowa kappa. Jeśli stare, shintoistyczne bóstwa wody stały się mściwymi wcieleniami dzieci skrzywdzonych za życia, ich pragnienie zemsty na żywych wydawałoby się być uzasadnione i bardzo typowe. Choć tłumaczenie to jest najbardziej ponurym ze wszystkich z jakimi się spotkałem, brzmi najbardziej prawdopodobnie i przypomina o tej stronie historii kraju kwitnącej wiśni o której raczej nieczęsto wspomina się w poetyckich opisach. Oczywiście z pewnością mamy tu do czynienia z nałożeniem się na siebie dwu toposów- starego, pochodzącego jeszcze z epoki antycznej i nowego, nadającego kappom wszystkie cechy właściwe wszelkim mściwym duchom z japońskich podań. Jeśli chodzi o stary wzorzec to pierwsza wzmianka o duchach wody odpowiadających współczesnym wizerunkom kappa pochodzi z Nichon Shoki a więc mówimy o roku 720 (choć tam mówi się raczej o bogu rzeki- Kawa no Kami), i dotyczy bardziej staromodnej personifikacji sił przyrody, posiadających zarówno cechy negatywne jak i pozytywne (jak choćby przypisywana kappom umiejętność leczenia złamań i zwichnięć).
Pozostaje jeszcze kwestia wyjaśnienia tytułu postu... otóż kappy przepadają za ogórkami. Mają na ich punkcie tak kompletnego bzika, że można wyłgać się od śmierci rzucając im kilka ogórków. Dlaczego ? Nie mam najzieleńszego pojęcia, faktem jest że maki z ogórkiem nazywa się nie kyuri maki, a właśnie kappa maki. Smacznego
poniedziałek, 20 lipca 2009
Mezu i Gozu
Gozu Rasetsu i Mezu Rasetsu. Demon o głowie wołu i demon z końską głową. Para, która stałą się szserzej znana dzięki mandze "Samotny Wilk i szczenię" i opartym na niej filmom oraz serialowi Dragonball. Stanowią część piekielnej menażerii zaimportowanej do Japonii z Chin podczas budowania japońskiego piekła. Pierwotnie obaj pełnili funkcję demonicznych sekretarzy chińskiego sędziego zmarłych Yánluó czy- jak dawniej nazywano go w Japonii- Yemmy (znany nam już król piekieł Enma), a jeszcze wcześniej- hinduski Yama. Jak widać władca podziemi przeszedł wiele przeobrażeń zanim z hinduskiego bóstwa śmierci stał się buddyjskim sędzią zmarłych. Gozu i Mezu przeszli drogę podobną do tej, jaka była udziałem ich pryncypała. Z hinduskich demonów żywiących się ciałami zmarłych (termin razetsu oznacza właśnie demona) stali się godnymi szacunku sekretarzami najważniejszego z sędziów podziemi. W mitologii chińskiej mieli być pierwszymi postaciami jakie zmarły spotyka po śmierci, to oni eskortowali go w zaświaty. W najstarszych wyobrażeniach przedstawiani są jako dostojnie ubrani urzędnicy, wyposażeni w laski bądź buławy będące oznakami ich urzędu, od swych ziemskich odpowiedników różniący się jedynie nieco nietypowymi głowami.

Enma wydający wyrok, obok jeden z demonicznych sekretarzy. Poniżej wykonawca wyroku- demon okrywa grzesznika trzymaną w ręku skórą zwierzęcą, każąc go za grzechy przeciwko żywym istotom odrodzeniem w ciele zwierzęcia. Chińskie malowidło na jedwabiu ilustrujące apokryficzną "Sutrę dziesięciu królów", 1150-1195, prawdopodobnie port Ningbo. Obrazy czy zwoje tego typu przyczyniły się do spopularyzowania chińskich motywów ikonograficznych w Japonii- w świątyniach japońskich znajduje się całkiem pokaźna liczba tego rodzaju importów.
Wraz z wielką przemianą duchowości jaka miała miejsce pod koniec okresu Heinan i rozprzestrzenianiem się wiary w nadejście mappo, ich funkcja, a wraz z nią sposób przedstawiania, uległy dość znaczącej przemianie. W IX- XI wieku, dość niespokojnym okresie historii Japonii skomplikowane nauki buddyzmu ezoterycznego traciły coraz bardziej na znaczeniu na rzecz koncepcji sekt głoszących doktryny o wiele prostsze, kładące nacisk na rolę jaką w zbawieniu każdego grzesznika- z definicji niezdolnego do samodzielnego osiagnięcia oświecenia- mają pełnić duchowi przewodnicy (zwykle różnej maści bosatsu). O ile fakt powstania tego rodzaju soteriologicznych koncepcji nie miał wielkiego znaczenia dla ikonografii infernalnej, o tyle już głoszona przez nie wizja dziejów była dla niej kluczowa. Obie wielkie "nowe" sekty, tak tendai jak i shingon, głosiły, że dzieje ludzkości weszły w swój trzeci etap- okres upadku czy "późniejsze dni prawa"- właśnie Mappo- w którym nauki buddyjskie są ciągle przekazywane ale ludzie ze swej natury są tak słabi i niestali, że bez pomocy z zewnątrz nie są w stanie ich przyjąć. Przeświadczenie o słabości i nikczemności natury ludzkiej oraz nieuchronności upadku prowadziło do odmalowywania przez różnego rodzaju kaznodziei- takich jak choćby wspomniany już Genshin- różnego rodzaju koszmarnych obrazków pokazujących losy cierpiących męki piekielne.

Gozu i Mezu- fragment "piekielnego zwoju". Japonia, XII wiek. Tradycyjnie ciało Gozu było granatowe, Mezu- czerwone.
Rozbudowywane i ciągle uzupełniane wizje piekieł wymagały powoływania do życia nowych bytów- maszyneria nie mogła działać bez obsługi. Dla Gozu i Mezu nie oznaczało to zmiany na lepsze- z wygodnej posady administracyjnej przeniesiono ich "w teren", gdzie wrócili do swych dawnych demonicznych nawyków- zaczęli torturować potępionych i żywić się ciałem i krwią grzeszników. Co ciekawe owa przemiana związana była ze specyficznym rozumieniem prawa karmana- Gozu (humanoid z głową byka) miał żywić się grzesznikami którzy za życia łamali buddyjskie tabu zabijania i jedli wołowinę, z kolei Mezu dręczył tych, którzy źle traktowali konie.

Enma wydający wyrok, obok jeden z demonicznych sekretarzy. Poniżej wykonawca wyroku- demon okrywa grzesznika trzymaną w ręku skórą zwierzęcą, każąc go za grzechy przeciwko żywym istotom odrodzeniem w ciele zwierzęcia. Chińskie malowidło na jedwabiu ilustrujące apokryficzną "Sutrę dziesięciu królów", 1150-1195, prawdopodobnie port Ningbo. Obrazy czy zwoje tego typu przyczyniły się do spopularyzowania chińskich motywów ikonograficznych w Japonii- w świątyniach japońskich znajduje się całkiem pokaźna liczba tego rodzaju importów.
Wraz z wielką przemianą duchowości jaka miała miejsce pod koniec okresu Heinan i rozprzestrzenianiem się wiary w nadejście mappo, ich funkcja, a wraz z nią sposób przedstawiania, uległy dość znaczącej przemianie. W IX- XI wieku, dość niespokojnym okresie historii Japonii skomplikowane nauki buddyzmu ezoterycznego traciły coraz bardziej na znaczeniu na rzecz koncepcji sekt głoszących doktryny o wiele prostsze, kładące nacisk na rolę jaką w zbawieniu każdego grzesznika- z definicji niezdolnego do samodzielnego osiagnięcia oświecenia- mają pełnić duchowi przewodnicy (zwykle różnej maści bosatsu). O ile fakt powstania tego rodzaju soteriologicznych koncepcji nie miał wielkiego znaczenia dla ikonografii infernalnej, o tyle już głoszona przez nie wizja dziejów była dla niej kluczowa. Obie wielkie "nowe" sekty, tak tendai jak i shingon, głosiły, że dzieje ludzkości weszły w swój trzeci etap- okres upadku czy "późniejsze dni prawa"- właśnie Mappo- w którym nauki buddyjskie są ciągle przekazywane ale ludzie ze swej natury są tak słabi i niestali, że bez pomocy z zewnątrz nie są w stanie ich przyjąć. Przeświadczenie o słabości i nikczemności natury ludzkiej oraz nieuchronności upadku prowadziło do odmalowywania przez różnego rodzaju kaznodziei- takich jak choćby wspomniany już Genshin- różnego rodzaju koszmarnych obrazków pokazujących losy cierpiących męki piekielne.

Gozu i Mezu- fragment "piekielnego zwoju". Japonia, XII wiek. Tradycyjnie ciało Gozu było granatowe, Mezu- czerwone.
Rozbudowywane i ciągle uzupełniane wizje piekieł wymagały powoływania do życia nowych bytów- maszyneria nie mogła działać bez obsługi. Dla Gozu i Mezu nie oznaczało to zmiany na lepsze- z wygodnej posady administracyjnej przeniesiono ich "w teren", gdzie wrócili do swych dawnych demonicznych nawyków- zaczęli torturować potępionych i żywić się ciałem i krwią grzeszników. Co ciekawe owa przemiana związana była ze specyficznym rozumieniem prawa karmana- Gozu (humanoid z głową byka) miał żywić się grzesznikami którzy za życia łamali buddyjskie tabu zabijania i jedli wołowinę, z kolei Mezu dręczył tych, którzy źle traktowali konie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

