wtorek, 10 kwietnia 2012

Nie-tak-znowu-Complete JianShu

Chiński jian jest dość osobliwym przypadkiem. Broń bez której nie obejdzie się chyba żadna szkoła tai chi czy kung fu, wykorzystywana w setkach- jeśli nie tysiącach- form
i układów. Równocześnie całkowicie niemal wymarła umiejętność praktycznego jej zastosowania. Praktycznego- to znaczy do walki pełnokontaktowej, z przeciwnikiem który nie będzie patrzył na to czy changshan wystarczająco efektownie się układa albo czy cycata blondyna w pierwszym rzędzie zauważa go czy nie, tylko całą swoją uwagę skupi na tym jak możliwie szybko i sukutecznie przy...łożyć w łeb i wygrać starcie. Ostatnimi czasy ten stan rzeczy powoli- wręcz zaskakująco wolno- ulega zmianie. Powstają kolejne ugrupowania skupiające się na zrekonstruowaniu Jianshu i zrobieniu z niego pełnoprawnej sztuki walki, mogącej konkurować z kendo czy choćby DESW. Co ciekawe większość z nich działa poza granicami Chin. Największa to World Jianshu League, jeśli się nie mylę z USA, http://www.worldjianshu.org/) i Traditional Chinese Sword League z Australi (http://www.swordleague.com/). Obie organizacje robią co mogą żeby tworzyć filie
i organizować zawody, póki co co prawda z dość mizernym rezultatem, ale jeśli zerknąć na to, jak wyglądały początki DESW można mieć nadzieję że z czasem będzie coraz lepiej.

W moje ręce wpadła ostatnio książka robiąca furorę, reklamowana jako „najbardziej kompletny podręcznik sztuki walki chińskim mieczem” czyli „The complete jianshu. Chinese combat sword for sport”, autorstwa sifu Jasona Tsou i Artura Shonfelda.



Rzecz wydana bardzo praktycznie. Miękka okładka, wewnątrz 237 stron spiętych sprężynką, co znakomicie przedłuża żywotność każdego podręcznika, zwłaszcza w sali treningowej.




Całość podzielono na 6 rozdziałów:

Wprowadzenie (strony 1-20)
Głównie opis budowy miecza, nazewnictwo jego części oraz opis protektorów, tak tych uznawanych za wmagane, jak i opcjonalnych.

Omówienie głównych zasad (21-58)
Sposoby trzymania rękojeści, kilka słów o konieczności symetrycznego ćwiczenia obu rąk, koncept „bram” (w szermierce europejskiej: otwarć), dystansów, synchronizacji w czasie
i drobna dolewka mistycznego jumbo-jumbo (koniec końców mówimy o wschodniej sztuce walki), szcześciem podanego w dość strawnym sosie.

Podstawy Jianshu (58-111)
Rozgrzewka, statyczna i dynamiczna, ćwiczenia koordynacji, Qi Gong dla praktyków jianshu, wreszcie postawy.

Trening (112-194)
Trzy zestawy ćwiczeń: ofensywne, defensywne i związane z „kontrolą bram” (mówiąc po ludzku: bloki dynamiczne), ćwiczenia zadaniowe w parach, kombinacje.

Praca nóg (193-210)

Sparring (211-221)
System punktów, opis wyposażenia, rozmiar planszy, sposób oceniania. Część przeznaczona dla osób myślących o bardziej sportowym podejściu.

Mamy też dodatki, zawierające tablice z zestawieniami wszystkich ćwiczeń, technik
i kombinacji. Wszystkie techniki pokazane są na seriach czarno-białych ilustracji. Książce towarzyszy płyta DVD, z demonstracją większości „mięsa” zawartego w podręczniku- poszczególnych ćwiczeń, technik, jest tu również przykład walk zadaniowych i sparringów. Całość jest dość ciekawą inicjatywą, ale nie ma co ukrywać- obarczoną wszystkimi możliwymi chorobami wieku dziecięcego. Kulawa angielszczyzna (skoro nawet ja to zauważam, to rzeczywiście musi to być dość koszmarna wersja angielskiego) jest do przełknięcia, koniec końców to nie epos poetycki, ważne żeby dało się zrozumieć „co autor miał na myśli”. Nieco poważniejszym grzechem jest fakt skoncentrowania się autorów na technikach solo. Pierwsze zdjęcia pary ćwiczącej w duecie znajdują się na stronie ...211, ostatnie- na 214, co daje nam raptem dwie kartki pokazujące samo starcie. Byłoby to zrozumiałe gdybyśmy mówili o podręczniku przeznaczonym wyłącznie dla osób początkujących, na dodatek z gatunku tych, które mają problemy z rozróżnieniem końców miecza. W pracy mającej w tytule słowo „complete” wygląda to na nieporozumienie. Sytuację nieco ratuje DVD, ale tu z kolei wyłazi inny problem- mówiąc językiem szermierzy ewidentny „brak obicia” obu demonstrujących techniki. Dopóki demonstrują techniki solo jest całkiem nieźle, widać że tą część mają opanowaną, są obyci z samą bronią, ale w sytuacji walki z przeciwnikiem pojawiają się jakieś cudaczne przyruchy, widać typową dla początkujących koncentrację na mieczu (tak własnym jak i przeciwnika) i technice oraz brak rzeczywistej intencji trafienia. Sama szermierka wygląda na dość podobną do wczesnego europejskiego rapiera- tego z traktatów Marozzo czy Agrippy. Moim zdaniem rapierzysta czułby się na sali treningowej jianshu jak ryba w wodzie, a i połączenie metody treningowej zaproponowanej przez sifu Tsou z rozwiązaniami taktycznymi choćby Capoferro nie byłoby jakąś straszną herezją.

Sumując: wbrew temu co sugeruje tytuł mamy do czynienia z solidnym podręcznikiem WPROWADZAJĄCYM do zapomnianej sztuki walki, której reanimacja na dobrą sprawę dopiero się zaczyna. Wygląda na to, że dział chiński imaginacyjnego muzeum sztuki walki bronią sieczną ciągle czeka na swojego Kustosza.

niedziela, 11 marca 2012

Nie ma to tanto

Najbardziej znanym z japońskich mieczy jest oczywiście katana. Niestety (a może i na szczęście) noszenie tak wielkich kawałów żelastwa przy sobie wyszło z mody, panowie o zapędach militarystycznych zdecydowali się na zredukowanie swoich ambicji do ostrzy dużo skromniejszych. Temu faktowi zawdzięcza swoją popularność inny z mieczy japońskich- tanto.

Na potrzeby różnej maści bronioznawczych upierdliwców z miejsca zastrzegam, że w rozumieniu europejskim tanto nie jest mieczem, a ledwo sztyletem. Jeśli przyjąć za podstawę klasyfikacji ostrzy regulacje reżimu Tokugawów, to za tanto uznać wypadnie mie... no dobrze, zrezygnujmy z drażliwego słowa: wszekie nihonto o ostrzu krótszym niż 1 shaku (czyli z grubsza licząc 1/3 metra). Broń tego typu mógł nosić każdy (na posiadanie mieczy dłuższych- o-tanto czy wakizashi potrzebne było zezwolenie), stąd ostrza tego rodzaju stanowią najliczniejszą i najlepiej reprezentowaną grupę japońskich antyków- militarów.

Tanto pojawiło się dość wcześnie, bo już w epoce Heian. Służyło do rozstrzygania starć wręcz, obcinania głów pokonanym przeciwnikom czy rozpruwania sobie brzucha (czemu zawdzięczało podśmierdującą patosem nazwę "strażnika honoru"). O ile gość przybywający z wizytą do domu samuraja zobowiązany był do odłożenia swoich mieczy, o tyle, poza sytuacjami wyjątkowymi, tanto wolno mu było zatrzymać. Niektórzy wielcy panowie demonstracyjnie nosili tanto bez mekugi (kołka utrzymującego ostrze w rękojeści)- ten nonszalancki gest pozbawienia się broni miał znaczyć "jestem tak dobrze chroniony, że nie potrzebuję używać mojego miecza, noszę go tylko dlatego, że tak wypada". Przez całe japońskie średniowiecze, aż do okresu wczesnego Edo, tanto produkowano masowo. Wojownik mógł na polu bitwy obejść się bez katany, yari czy teppo, ale przydatny we wszystkich możliwych sytuacjach, od cięcia sznurów po dekapitację przeciwnika "kozik" był niezbędny. Trudno się w tej sytuacji dziwić mnogości form jakie przybierały ostrza. Oczywiście najpopularniejsze były najłatwiejsze do wykonania, w gruncie rzeczy podobne do dzisiejszych noży rzeźnickich hira zukuri, w których obie strony klingi są płaskie (no dobrze, lekko soczewkowate).





Dwa tanto z głowniami w stylu hira zukuri ze zbiorów British Museum. Bardzo ładne bohi (zbrocze) na drugim z nich.

Druga wielka grupa to shinogi zukuri, czyli ostrza posiadające "ość"- shinogi. Trudniejsze do wykonania, często będące rezultatem wtórnego wykorzystania złamanych mieczy, ale ciągle- nieprzesadnie "wydumane". Wszystkie pozostałe odmiany to efekty mniej lub bardziej udanego połączenia zalet (bądź wad) hira i shinogi zukuri- a to z jedną stroną w stylu hira a drugą shinogi, a to z shinogi kończącą się w połowie ostrza- wersji jest naprawdę sporo, ale wymienianie ich "z kronikarskiego obowiązku" nie ma chyba sensu- tego rodzaju informacje wyjątkowo łatwo znaleźć. Tym, na co warto zwrócić uwagę i co jest w gruncie rzeczy powodem powstania tego wpisu, jest kształt sztychu (kissaki). Kolekcjonerzy noży bardzo często mówią o sztychu "typu tanto" bądź wręcz o "tanto" i mówiąc to mają na myśli coś plus minus takiego:



Co ciekawe różnej maści podrabiacze mieczy japońskich nadają taki "dłutowaty" kształt sztychom swoich produktów, idąc za wzorcami rozpowszechnianymi przez popkulturę i uznając go za najbardziej charakterystyczny i najbardziej "japoński" z możliwych. Najzabawniejsze w całej sytuacji jest to, że w japońskich tanto tego rodzaju kissaki w ogóle nie występuje. Biorąc rzecz na mniej lub bardziej zdrowy i mniej lub bardziej chłopski rozum- nic w tym dziwnego. Takie zakończenie ostrza jest na dobrą sprawę najgorszą z możliwych opcji. Zamiast krzywizny, która w czasie ruchu wprost tnie po łuku i rozsuwa materiał- prosty kształt który więźnie w przecinanym materiale. Krok (a nawet kilka kroków) wstecz. Skąd pomysł ? Trudno zgadnąć. Miecze japońskie tego rodzaju sztych miały na dobrą sprawę tylko w stosunkowo krótkiej epoce Heian, a i wtedy dotyczyło to wyłącznie mieczy długich, przeznaczonych do walki z konia i raczej nie stosowanych do sztychów. W przypadku tanto (czy raczej "noży typu tanto") popularny mit stał się podstawą do tworzenia pseudohistorycznych tworów, które z kolei wzmacniają działanie mitu... i tak dalej i tak dalej. Niestety zdarza się, że mający więcej entuzjazmu niż wiedzy amatorzy kierując się tego rodzaju popularnymi wyobrażeniami "poprawiają" kształt zabytkowego ostrza, nieodwracalnie je niszcząc.

niedziela, 27 listopada 2011

Repetitio est mater...

Pisząc o rzeźbie Mikaeri Amidy ledwo wspomniałem o amidyzmie, nie wyjaśniając na dobrą sprawę dlaczego akurat ten odłam buddyzmu miałby być postrzegany jako godny wzmianki konkurent dla- chociażby- chrześcijaństwa czy islamu. Pora chyba nadrobić braki i zjeść tę żabę (swoją drogą zabawne że Amerykanie w tego rodzaju sytuacji mówią o jedzeniu wrony). Przy okazji zdarzy mi się zapewne mówić o rzeczach oczywistych, za co z góry przepraszam.

Buddyzm dotarł do Japonii już w okresie Nara za pośrednictwem Korei i Chin. Kroniki z dużym zaangażowaniem opisują cuda do jakich miało dochodzić w związku z pojawieniem się posągu buddy i dość naturalnym oporem części arystokracji przeciwko nowym ideom. W rzeczywistości opór związany był nie tyle z religią czy ideologią, co z walkami dworskich koterii, jako że z trzech wielkich rodów które zmonopolizowały dostęp do wysokich urzędów nową religię promował ledwie jeden. Koniec końców ród Soga i nowa ideologia zwyciężyły o tyle, że buddyzm zyskał stałe miejsce na dworze cesarskim. Gdyby przyjrzeć się jednak temu zwycięstwu było ono o wiele bardziej pozorne niż choćby chrzest Polski. Ot- nominowano kapłanów sześciu sekt, zwanych później „sześcioma skarbami z Nara”, którzy mieli modlić się za pomyślność rządów cesarskich, pokój i dostatek. Biorąc pod uwagę to, jak obfity był panteon shinto, trudno uznać tego rodzaju „podbój” za znaczący, ale fakt pozostaje faktem- drzwi zostały uchylone. W okresie Heian do wcześniejszych odłamów dołączyły dwa nowe, ezoteryczne szkoły Tendai i Shingon. Obie zawierały bardzo ciekawe koncepcje i wpłynęły tak na umysłowość, jak i historię Japonii w stopniu co najmniej równie silnym co nieco mitologizowany Zen, ale ich wpływ na niepiśmienne masy był bardzo ograniczony z racji dużej złożoności doktryny.



Chińskie malowidło ścienne przedstawiające Gokuraku- Czystą Ziemię buddy Amidy. Dobrze widać bardzo charakterystyczne drzewa spełniające życzenia, przystrojone trochę jak bożonarodzeniowe choinki w supermarketach. Dynastia Ming, około połowy XV wieku. Zbiory Muzeum Sztuki w Birmingham

Znaczącą zmianą było dopiero pojawienie się amidyzmu w postaci tzw. sekty Czystej Ziemi. Dotarł on do Japonii dość wcześnie- już w X wieku mnich Genshin „nawrócił” Michinage no Fujiwara, ale jej rozprzestrzenianie się trwało dość długo- status osobnej szkoły znanej pod nazwą Jodo Shu uzyskała dopiero w XIV wieku. Ujmując jej nauki w największym skrócie oferowała ona stosunkowo prostą drogą do zbawienia. Opierając się na trzech sutrach (krótszej sutrze Sukhavativyuha, dłuższej sutrze Sukavativyuha i sutrze Amitayurdhyana) opisujących leżącą na zachodzie Czystą Krainę czy, używając europeizmu, Raj buddy Amidy nazywany pierwotnie Sukhāvatī a w buddyzmie japońskim określanego nazwami Gokuraku bądź Anraku. Sekta uznawała recytowanie imienia Amidy za jedną z metod medytacji których ostatecznym celem miało być utożsamienie się z nim i przez to odkrycie natury buddy w sobie, osiągnięcie oświecenia. W praktyce już następcy Genshina uprościli zasady i rozpowszechniło się przekonanie o zbawczej mocy, jaką miało mieć choćby jednokrotne szczere i żarliwe wezwanie imienia Amidy- wspomniane wcześniej nembutsu. Honen (1133-1212) twierdził wręcz że wszelkie medytacje i/lub rozważania nad sensem nembutsu są nie tylko zbędne ale i szkodliwe- tym co się liczy jest nieustanna nabożna recytacja. Jak pisał (cytując zresztą chińskiego teologa):

„Jedyne co rób to z całego serca powtarzaj imię Amidy . Czy to chodząc czy stojąc, siedząc czy leżąc, nigdy nie przerywaj tej praktyki choćby na moment. To właśnie ona niezawodnie prowadzi do zbawienia...”

Biorąc pod uwagę klarowność doktryny trudno się dziwić popularności tych nauk wśród ludzi, których nie pociągały skomplikowane konstrukcje teologiczne czy, równie złożone, ezoteryczne rytuały. Dołączmy do tego całą ikonografię pokazującą krainę z drzewami spełniającymi życzenia, Amidę zstępującego w asyście dwu bodhisatwów (Seishi i Kannon) by przyjąć duszę wiernego wyznawcy, relikwiami pozostałymi po kremacjach tych, którym miało się udać (znakiem "udanego przejścia" miało być odnalezienie w prochach tzw. sarira- kulistych, krystalicznych tworów, nieco podobnych do perły zarówno jeśli chodzi o wygląd, jak i skład chemiczny) i będziemy mieć obraz religii mesjanistycznej i misyjnej, z prostym i łatwym do zapamiętania zestawem praktyk, nieprzesadnie rygorystyczną i wystarczająco „plastyczną” żeby poddawać się różnym wymogom życia.

nembutsunembutsunembutsu....

sobota, 26 listopada 2011

Czarną ma skórę ten nasz koleżka

Zdarzyło mi się ostatnio w czasie dyskusji na temat sztuki japońskiej usłyszeć o wartościach estetycznych typowych dla niej en masse. Twierdzenie zostało prowizorycznie podparte rzuceniem terminu „mono no aware” i zdrową dozą nabzdyczenia, co dodało całej sytuacji wyjątkowo ujmującego kolorytu, natomiast dla mnie stało się przyczynkiem do zastanowienia się nad tym, w jakim stopniu obraz sztuki japońskiej został zdominowany przez jej najbardziej rozpowszechnioną i- co tu dużo ukrywać- plebejską edycję, czyli pop-kulturę epoki Edo.

Ot- prosty myślowy eksperyment: pytanie z dziedziny „malarstwo japońskie”. Jakieś nazwiska? Zwykle w odpowiedzi na tak rzucone pytanie można usłyszeć o Hokusai, Kuniyoshi, Utamaro, Moronobu (no dobrze, „zwykle” w tym przypadku oznacza drugie miejsce, zaraz po otwierającym stawkę „sp..laj”). Mówiąc krótko: artyści owszem wybitni, czasem nawet malarze, ale ludzie, którzy współcześnie cieszą się popularnością nie dzięki malarstwu, a drzeworytowi. Ich prace tuszem, malarstwo w monochromatycznym stylu suibokuga sumi-e czy w o wiele bardziej dekoracyjnym stylu wielkiej szkoły Kano pozostają na dobrą sprawę nieznane, podczas gdy „Wielka fala” czy ośmiornice dopieszczające poławiaczkę awabi uznawane są za reprezentatywne przykłady sztuki japońskiej. Gest malarski, wyjątkowo znaczący w całej sztuce azjatyckiej, ze świetnymi przykładami autoportretów malowanych palcami maczanymi wprost w tuszu czy całym stylem hatsuboku („rozchlapanego tuszu”), nie istnieje w świadomości powszechnej, chyba że dotyczy kaligrafii.



Sushi i ukiyo-e. Japońska klasyka w wykonaniu- jakże by inaczej- Hiroshige.

Zostawmy zresztą malarstwo, unikając tym samym zarzutu o hołdowanie wypaczonym gustom zadeklarowanych onanistów czy innych- za przeproszeniem- inteligentów i sięgnijmy nieco szerzej. Kultura dawnej Japonii ? Gejsze, sushi, yakuza, samuraje, kimono, wachlarze, papierowe parasolki. Coś z jazdy obowiązkowej pewnie pominąłem, ale chętnym a upierdliwym polecam wklepanie w ramach eksperymentu „kultura Japonii” w google i zerknięcie na to, jakie obrazki wypluje wyszukiwarka zanim w wyniku scrollowania dojdziemy do tego, do czego dochodzi się w necie przy zadaniu dowolnego pytania, o ile oczywiście człowiekowi palce się wcześniej nie zmęczą. Znowu obraz głównie XVII wieczny, bo to i gejsze w swej kobiecej wersji pojawiły się na scenie dopiero w tym czasie i yakuza (jako zorganizowane grupy „dzielnych z gminu” czy- jak wolą inni- sformalizowane organizacje przestępcze) na dobrą sprawę nie istnieli poza środowiskiem wielkomiejskim. Kimono owszem, ma dość imponującą bo sięgającą jeszcze V wieku genealogię, ale to które uważa się za „ikoniczne”, czyli takie które „zwykły” europejczyk pokaże paluchem spytany o to, jak wygląda prawdziwe kimono to wzór który- ponownie, ukształtował się na ulicach Yoshiwary nie dalej niż tych 300 lat temu. Sushi ? Tu podobnie można grzebać bardzo głęboko, jako że wywodzi się ono z dawnych sposobów konserwowania ryb przy pomocy kwasów powstałych w wyniku fermentacji ryżu, ale ponownie- forma małych, szybkich przekąsek, związana jest z kuchniami ulicznymi Edo i sprzedawcami służącymi „czymś na ząb” publiczności w teatrach kabuki. Samuraje ? Tak, to kasta która powstała wcześniej, ale obraz faceta z dwoma mieczami, kierującego się niemal mitycznym kodeksem nie dość, że ma podstawy w regulacjach prawnych reżimu Tokugawów, to jeszcze w jego tworzeniu i popularyzacji paluchy maczali filmowcy zajmujący się gatunkiem chambara. Kojarzy ktoś samuraja bez miecza ? Słynnych siedem włóczni z Shizugatake ? No właśnie...



Afro Samurai. Jakoś tak... pasował mi do tego posta, a że ostatnio wygrzebałem całą serię, pomyślałem że nieładnie byłoby zostawić tą perełkę na boku. Bardzo zgrabna, satysfakcjonująco krwawa i nie do końca głupia, pięcioodcinkowa historyjka. Na dobitkę w anglojęzycznej wersji główny bohater mówi głosem S.L. Jacksona. Czego chcieć więcej ?

Wygląda na to, że po ponad 400 latach od nawiązania kontaktów pomiędzy obiema cywilizacjami, pomimo licznych błogosławieństw jak internet czy Martyna Wojciechowska, nasz obraz dawnej Japonii pozostaje takim, jakim go nam namalowali go nam jej europejscy „odkrywcy”. Biorąc pod uwagę, że w Afryce ciągle mieszka murzynek Bambo, to i tak nie najgorzej.

wtorek, 15 listopada 2011

Komu odbija pędzel

Dlaczego kitki, czy może raczej należałoby powiedzieć „pędzelki” cieszyły się w Japonii tak wielką popularnością ? Trudno powiedzieć. Wiadomo że fryzury z tego rodzaju ozdobą popularne były wśród wszystkich bez wyjątku warstw społecznych przez ponad tysiąc lat. Zaczęło się- oczywiście- w epoce Heian. Początkowo włosy układano na wzór chiński, jednak dość szybko doszło do powstania wariantów lokalnych.

Pierwszym, bardzo charakterystycznym, było pojawienie się sakayaki czyli łysinki, bardzo podobnej do tego co wielu panów dostaje w prezencie od natury bez jakichkolwiek wysiłków ze swojej strony. Według części badaczy miała ona znaczenie funkcjonalne- sprawiała że noszenie hełmu stawało się o wiele wygodniejsze- co wskazuje również na moment w którym nowo powstała warstwa jaką byli samurajowie- w opinii dworu w najlepszym razie grubo ciosani prostacy od mokrej roboty- zaczęła mieć znaczenie nie tylko polityczne, ale i kulturotwórcze. Co ciekawe tego, kto miał prawo nosić taką bądź inną fryzurę nie regulowały żadne ogólne ustalenia, znamy jedynie przykłady zaleceń z „kodeksów domowych”- zbiorów zaleceń które miały obowiązywać w ramach pojedynczych rodów. Jak by nie było już we wczesnej epoce Edo noszenie sakayaki (czy, używając innej nazwy, tsukishiro) nie było już w żaden sposób związane z funkcjami użytkowymi, pozostając kwestią osobistego wyboru. Powstały różnorodne wariacje jak yaro-mage, han-atama czy nakazori. Skoro już jesteśmy przy łysince: jednym z obowiązków samuraja (czyli mężczyzny z klasy bushi pozostającego na służbie) było przestrzeganie higieny i dbanie o wygląd. W czasie burzliwych przemian Meji Ishin wielu buntowników obnosiło się z zaniedbaną czy wręcz kompletnie zarośniętą sakayaki, swoim wyglądem głosząc wszem i wobec „jestem zajętym walką o przywrócenie władzy cesarzowi i wyrzucenie zamorskich diabłów, mam gdzieś takie pierdoły jak dbanie o włosy”. Swoją drogą to dość zabawne jak często zwykłe syfiarstwo próbuje się szminkować różnorakimi ideologiami.




Jak w każdej kulturze świata również i w Japonii epoki Edo moraliści bili w dzwony i bębny, wskazując na ekscentryczne fryzury jako oznakę upadku i rychłej zagłady ludzkości. Jednym z przykładów tego jak wyobrażano sobie szczyty ekstrawagancji jest niezbyt wysokich lotów ilustracja do książki Koikawy Harumachieho z 1781 (według innych 1783) roku, pokazująca dwóch utracjuszy w drodze do Yoshiwary. Oprócz innych ekstrawagancji mamy tu monstrualnych rozmiarów futatsu- yori.

Drugim z elementów fryzury był warkoczyk czy może kitka- mage. Zaimportowana z Chin jako nieodłączny element stroju dworzanina, początkowo wyglądała trochę jak kozacki osełedec i, podobnie jak sakayaki, miała znaczenie czysto praktyczne, pozwalając na pewniejsze umocowanie hełmu do głowy (warkoczyk bądź kitkę przewlekano przez otwór znajdujący się na szczycie kopuły). Z czasem wykształciło się całe mnóstwo odmian. Chasen- gami polegający na takim obwiązaniu kitki, że powstawał pędzelek, trochę podobny do miotełki służącej do spieniania herbaty. Mitsu- ori w którym naoliwione włosy zbierano razem i dwukrotnie składano, najpierw w przód a później na tył głowy czy jego uproszczona wersja, futatsu -yori (tylko jedno złożenie, w przód), wreszcie oichio czyli „liść ginko”- styl chonmage charakterystyczny dla zawodników sumo a polegający na rozłożeniu końcówki mage w wachlarz.

poniedziałek, 31 października 2011

Nie oglądaj się za siebie

Część historyków piszących o Japonii z lubością rozwodzi się o kluczowej roli jaką miała mieć dla sukcesów chrześcijaństwa na wyspie obecność elementów soterycznych, rzekomo nieobecnych w ramach kultów obecnych na niej przed przybyciem misjonarzy ze starego kontynentu. Motyw Mikaeri Amidy- Amidy oglądającego się wstecz- jest jednym z lepszych dowodów tego, jak bardzo dęta jest ta teoryjka.

Jego powstanie wyjaśnia- jak zawsze w przypadku świętych wizerunków- legenda. W XI wieku (dokładnie w roku 1082) w klasztorze Zenrin-ji służbę pełnił „emerytowany” dworzanin który na stare lata zdecydował się ogolić głowę i zostać mnichem, Eikan bądź według innych wersji Yokan. Pewnej nocy pełnić miał służbę przy posągu buddy Amidy. Polegała ona na nieustannej recytacji pobożnego wezwania nembutsu (namu Amida butsu- w dość „zgrubnym” tłumaczeniu- chwała imieniu buddy Amidy) podczas okrążania ołtarza. Praktyka ta związana była z wiarą w obietnicę że każdy, kto w swoim życiu przynajmniej raz szczerze wymówi te słowa, po śmierci zostanie przez Amitabhę ocalony przed cyklami kolejnych narodzin i odrodzi się w raju. W którymś momencie mnich zauważył że posąg zaczął zstępować z postumentu. Zdumiony przerwał recytację, a wówczas Amida odwrócił się w jego stronę i powiedział „Chodź za mną, Eikanie”, po czym zastygł w tej pozycji.

W rzeczywistości słynna rzeźba z Zenrin-ji jest przedstawieniem dość nietypowym, ale niekoniecznie nadprzyrodzonym. Ma 77 cm. wysokości, pochodzi z późnego okresu Heian/ wczesnego Kamakura, rzeczywiście najprawdopodobniej z XII wieku. Pokryta płatkowym złotem, z dodaną ażurową, płomienistą aureolą. Pierwotnie prawdopodobnie służyła do dewocji prywatnej, według niektórych przekazów była przez jakiś czas w posiadaniu rodziny cesarskiej. Przejście od hieratycznej rzeźby japońskiego średniowiecza do dużo bardziej ekspresyjnych dzieł czasów późniejszych zaczyna się od delikatnego ruchu głowy Amitabhy do którego usłużni czy może zauroczeni wizją nieznanego artysty z Kyoto teolodzy dopisali całe tomy objaśnień. Mimo tego, że za jego przyczyną niezliczone rzesze zostały już zbawione, Amida ogląda się za tymi, którzy ciągle jeszcze pozostali z tyłu. Bardzo podobne wizerunki stawiano bądź wieszano przy posłaniach umierających, żeby w ostatniej chwili mogli zanosić prośby o zbawienie.

sobota, 15 października 2011

Kto tym wszystkim trzęsie ?

Trzęsienie ziemi w Fukushimie było jedną z tych wielkich tragedii o których opowiada się pokoleniami. Słynnych „50 mężnych z Fukushimy” dołączyło do panteonu narodowych herosów, równie wzruszająca była reakcja emerytów zgłaszających się do misji zabezpieczania terenu po katastrofie. Osoby wystarczająco zarażone „japonizmem” kojarzą być może z relacji czy felietonów poświęconych temu wydarzeniu logo agencji zajmującej się wczesnym ostrzeganiem przed trzęsieniami ziemi. Przedstawia ono stylizowany pysk ryby namazu (samo logo jest zresztą bardzo, niestosownie wręcz, kawaii).



Jeśli chcielibyśmy być dokładni, słowem namazu zwykło się określać rybę z rodziny sumów, mówiąc ściślej gatunku Silurus asotus. Dlaczego akurat ta oścista i nieszczególnie lubiana (co w odniesieniu do wszystkożernych azjatów wiele mówi o jakości jej mięsa) ryba stała się symbolem związanym z katastrofami sejsmicznymi? Otóż według wierzeń średniowiecznej Japonii w prowincji głęboko pod ziemią, w zalanych wodą grotach żyć ma gigantyczna O-namazu. Ruchy jej wąsów powodują lekkie wstrząsy, kiedy zaczyna się miotać dochodzi do tragedii takich jak ta w Fukushimie czy wielkie trzęsienie ziemi w Edo w połowie XIX wieku. Oczywiście w uporządkowanej i hierarchicznie ułożonej mitologii japońskiej niewiele pozostawione jest przypadkowi i nie do pomyślenia jest by stworzenie tak groźne mogło ot tak sobie samopas pływać i powodować zniszczenia gdzie tylko mu przyjdzie ochota.



Kashima Okami powstrzymuje namazu. Niezbyt wysokich lotów drzeworyt z XIX w.

Boskim nadzorcą potwora jest Takemikazuchi, znany również jako Kashima Okami („wielkie bóstwo z Kashimy”), bóg który urodził się z krwi jaka wytrysnęła, gdy Izanagi, zrozpaczony śmiercią swej ukochanej żony, Izanami, odciął głowę swojego synalka- bóstwa ognia, będącego przyczyną jej cierpień (nietrudno sobie wyobrazić że poród tego rodzaju indywiduum rzeczywiście mógł mieć dość gwałtowny przebieg). Kagu-tsuchi zginął, z jego krwi narodził się Takemikazuchi. Jest to jedno z tych licznych, starych bóstw shinto które przez wieki nazbierały stosy funkcji i atrybutów. Jest bogiem miecza (dzięki niemu się narodził) i jednym z władców piorunów, patronem wojowników i sztuk walki. Był jednym z bóstw które podbiło Japonię dla władców wysokiego nieba, torując drogę potomkom Amaterasu na tron cesarski. Jedna z najstarszych szkół szermierki, Kashima Shinryu utrzymuje że nauki jej założyciela, Matusmoto-bizen-no-kami, są rezultatem boskiego objawienia do którego miało dojść za przyczyną Takemikazuchi-no-Mikoto w 1477 roku. Jedną z bardziej upierdliwych powinności bóstwa jest pilnowanie by ogromna namazu nie psociła za bardzo. Zwykle sprawę załatwia umieszczenie na łbie rybiszcza gigantycznego głazu Kaname-Ishi (którego wierzchołek pokazuje się pobożnym w sanktuarium w Kashima, w prowincji Izumo), jednak bóstwo też człowiek i od czasu do czasu zajmuje się czymś innym, z czego O-namazu skwapliwie korzysta, brojąc ile wlezie.

Legenda o tych dwojgu dała początek kilku (jeśli nie kilkunastu) ciekawym motywom ikonograficznym. W epoce Edo, po wielkim trzęsieniu ziemi Asai z 1855 nastąpiła eksplozja przedstawień wielkiej ryby- powstało około 700 typów przedstawień które- co ciekawe- już w dwa miesiące później niemal zupełnie zniknęły z rynku. Drzeworyty te, nazywane obecnie przez kolekcjonerów namazu-e, pokazywały wielką rybę jako herosa który wywraca na głowie porządek społeczny, karząc bogatych (o losie jaki w czasie kataklizmów spotykał biedaków taktownie nie wspominano), co w państwie policyjnym nie mogło spotkać się z aprobatą cenzury.



Namazu-e. Ryba zostaje ujarzmiona przez zwykłych mieszkańców miasta (oczywiście boski patron asystuje z chmurki) podczas gdy czerpiący profity z katastrofy przedsiębiorcy budowlani przyglądają się bezczynnie.

Są też wyobrażenia O-namazu korzącego się przed swoim „dozorcą” (od zwykłych pokłonów aż po rybie seppuku). Dość zabawna jest historyjka (czy może próba teologicznego wytłumaczenia katastroficznych rozmiarów klęski) która powstała właśnie po tym kataklizmie. Otóż Takemikazuchi wybierający się z gościną do swych niebiańskich krewnych poprosił Ebisu, jednego z siedmiu bogów szczęścia i było nie było rybaka, o przypilnowanie zwierzątka. Ebisu, wielbiciel trunków, jak nietrudno się spodziewać zamiast potraktować fuchę poważnie po prostu zasnął a O-namazu szalała aż do czasu gdy zaalarmowany hałasem Takemikazuchi wrócił z równin nieba (często przedstawia się go galopującego w stronę kataklizmu na białym koniu) i nie zaprowadził porządku.



XIX wieczna tsuka krótkiego miecza. Menuki z motywem namazu i tykwy. Walters Art Museum.

Z namazu związany jest jeszcze jeden charakterystyczny motyw ikonograficzny. Rybę tą przedstawia się w sąsiedztwie tykwy i jest nawiązaniem do chińskiego przysłowia (czasem błędnie podaje się że źródłem jest koan Zen z czasów szogunatu Ashikaga)"pochwycić suma przy pomocy tykwy". Naoliwiona tykwa ma być odpowiednikiem gigantycznego kamienia a przysłowie (obecnie już idiom) odnosi się do czegoś niewiarygodnie trudnego do osiągnięcia i dla wielu wyznawców zen było alegorią oświecenia.



Kashira- kapturek zamykający rękojeść miecza z jeszcze jedną wariacją tego samego motywu.